| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Moje podróże życia

1. Podróże w czasie PRL

Podróże w czasie PRL nie były łatwe. Myślę o okresie powojennym, aż do wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, kiedy zniesione zostały dla nas granice do krajów Europy zachodniej. Przynajmniej do niektórych. Pamiętam, że lecąc do Genewy musiałem mieć paszport i normalnie przekraczałem granice, ale Szwajcaria do Unii nie należy. Zbyt cenią sobie niezależność. Podobnie Anglia. W Unii już była, ale po wprowadzeniu nowej waluty – Euro, wystąpiła. Pewno były jeszcze inne, równie ważne przyczyny. Jedno jest pewne, Brytyjczycy z Unią nie mają już nic albo mało wspólnego. Muszę przyznać, że dotknęło to mnie prawie osobiście. W trakcie referendum o przystąpieniu Polski do UE miałem opory jak zagłosować. Z jednej strony w naszej wtedy sytuacji głosować przeciw nie można było. Z drugiej znałem naszych zachodnich sąsiadów. Wystarczy przeczytać na blogu „Skąd nasz ród”, by mnie zrozumieć. Przeważnie (były wyjątki) zachowywali się w stosunku do nas fatalnie. Gdy tylko mogli byli w stosunku do Polaków zaborczy i lekceważący. Przede wszystkim zabierali nam co tylko było można. 

Ponadto łatwo dogadywali się z Rosjanami. Udowodnili to nie tylko w czasie rozbiorów, ale także
w roku 1939. Nie wierzyłem im i jak wynika z sytuacji obecnej miałem rację. Wtedy w referendum głosowałem za naszym wstąpieniem do UE mając nadzieję, że obecność tam Francji i Anglii zabezpiecza nas przed agresywnością naszych zachodnich sąsiadów. Niestety pomyliłem się. Anglicy z Unii wystąpili, a Francja kupowana jest przez Niemcy przynajmniej na razie. UE dominowana jest przez Niemcy coraz bardziej i coraz skuteczniej. Czy rację mają ci, którzy twierdzą, że to co nie udało im się w dwu wojnach (I i II światowej) zrealizować za pomocą armat, może udać się teraz za pomocą wspólnej waluty. Może nawet, gdy kraje Europy, w tym nasz kraj, nie będą dostatecznie czujne.

Zabrnąłem za daleko, a miałem zgodnie z tytułem pisać o podróżach w PRL. Mam na myśli podróże zagraniczne. Polska zgodnie z porozumieniem w Poczdamie znalazła się po wojnie w sferze wpływów Związku Radzieckiego, inaczej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Kraj ten powstał po 1917 w wyniku tzw. rewolucji październikowej oraz wcześniejszych i późniejszych zaborczych wojen Rosji we wschodniej Europie i Azji. Kraj ten znacząco umocnił się w trakcie walk II wojny światowej będąc w koalicji zwycięskich państw głownie USA i Anglii. Ustępliwości chyba Stanów Zjednoczonych (inni uważali, że zdolności dyplomatycznych Stalina) zawdzięczali włączenie w ich sferę wpływów wszystkich państw wschodniej Europy, łącznie z wschodnią częścią Niemiec (NRD – Niemieckiej Republiki Demokratycznej). Kraje te łącznie z Polską (PRL – Polska Rzeczpospolita Ludowa) nosiły wspólną nazwę Krajów Demokracji Ludowej. Piszę o tym, gdyż należy odróżnić podróże do tzw. „Demoludów” od krajów należących do „zachodniej strefy kapitalistycznej”. Do krajów pierwszej grupy można było wyjechać stosunkowo łatwo, do tych drugich już nie. Jeździłem do pierwszych i drugich i mogę porównać. 

Chętnych do wyjazdów zagranicznych było wielu. Nie tylko turystycznie, chociaż spędzenie urlopu w Bułgarii, nad węgierskim Balatonem, na Krymie czy w Jugosławii należało do zdarzeń wyjątkowo cenionych. Zawsze można było coś przywieźć. Z Bułgarii kożuchy, z NRD buty itp. Bardziej mam jednak na myśli wyjazdy na tzw. zachód. Były przede wszystkim bardziej opłacalne. 

Nawet krótkotrwałe wyjazdy, tzw. służbowe opłacane przez delegujące instytucje. Brałem w takich udział. Były to wyjazdy na konferencje naukowe. Bardziej cenione były wyjazdy nieco dłuższe na staże naukowe opłacane przez instytucje zapraszające. Ze względu na różnice wartości waluty na rynku oficjalnym i czarnorynkowym nawet te były dochodowe. Nie mówię o dłuższych wyjazdach do pracy. Te były praktycznie zakazane, a granica szczelnie strzeżona przed przekraczaniem nielegalnym.

Do krajów Związku Radzieckiego przeważnie latałem samolotem. Kiedyś pojechałem pociągiem. Granica witała ogromnym transparentem „CCCP strana mira” (ZSSR kraj pokoju) i długimi wzdłuż torów zasiekami z drutu kolczastego. Pociąg przy wjeździe, a szczególnie wyjeździe był dokładnie sprawdzany z góry i z dołu i prawie rozbierany, by nikt nie schował się i nielegalnie wyjechał. Na terytorium Związku wzdłuż trasy po obu stronach torów zasadzone były wysokie i gęste krzewy, by nie można było obserwować terenu. Czego strzegli nie wiem. Może niezbyt ładnych i często zrujnowanych, byle jak remontowanych domostw. Im dalej w głąb kraju rad, tym widok ten był bardziej rzucający się w oczy. Pamiętam, że przy wyjeździe z Moskwy zabudowa miejska kończyła się gwałtownie i następowały rudery kryte kawałkami papy i blachy. Taki był ów „kraj pokoju”. Nic dziwnego, że opuścić go legalnie nie było można. Nasz kraj podobnie jak pozostałe „demoludy” nie były tak skrajnie strzeżone. Nie mniej legalne wyjazdy na zachód były skrajnie utrudnione. Dotykało to szczególnie twórców, ludzi sztuki i nauki. Zdobywali oni pozwolenia za zobowiązania do współpracy ze służbami. Ta praktyka była powszechna. Nic dziwnego, że Macierewicz – minister Spraw Wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego wykazał, że przeszło połowa członków rządu i posłów na sejm, było tajnymi współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa. Co ważniejsze takim współpracownikiem był sam Lech Wałęsa – t.w. Bolek, wtedy Prezydent RP. Nic dziwnego, że rząd Olszewskiego został głównie przez niego i większość sejmową obalony. Wyjątkowo zasłużył się w tym dziele dzisiejszy premier Polski Donald Tusk.

Wielu z Polski uciekało szczególnie zaraz po wojnie, gdy granica nie były zbyt szczelna. Uciekali także sportowcy. Sportowcom zezwalano uczestniczyć w zawodach. Takie wyjazdy do krajów zachodnich czasem, a nawet dość często, kończyły się odmową powrotu. Mój rówieśnik, kuzyn mojej żony Wiesław Jelonek mieszkał w Krakowie i trenował skoki o tyczce. Z zawodów w Szwecji nie powrócił. Mieszka tam i trójka jego dzieci do dziś. Ciągnęło go jednak do Polski i gdy stało się to możliwe, zdobył podwójne obywatelstwo i często odwiedzał stary kraj. Poznaliśmy się, często bowiem odwiedzał nas. Poznałem także jego dzieci.

Dlaczego piszę o tych powszechnie znanych sprawach. Już wspominałem, że wyjeżdżałem na konferencje zarówno do Związku Radzieckiego, jak i krajów zachodnich. Jednocześnie jak wynika z ankiety opublikowanej w części „Chłopcy ze WSI” nie byłem współpracownikiem służb. Ani jawnym, ani tajnym. Ani służb wojskowych, ani cywilnych. Jak to możliwe w świetle tego co napisałem powyżej. O wyjazdy nie występowałem ja lecz moja instytucja WAT, a uzasadniał wnioski Komendant – gen. S. Kaliski. Byłem wtedy szefem zespołu opracowującego dla prof. Kaliskiego laser do jego eksperymentów nad laserową syntezą termojądrową. Był to na świecie priorytetowy kierunek i należało śledzić co w tej materii dzieje się na naukowym świecie. W takim razie nie mnie osobiście, a Komendantowi WAT zależało na naszych wyjazdach i on o nie dbał. Tak w każdym razie było w końcowych latach 60. i początkowych 70. Mimo to wyjazdy do Związku Radzieckiego i krajów demokracji ludowych nie napotykały na trudności, zaś w kierunku zachodnim niby przychodziły zgody, ale np. spóźnione. Wyjazdy nie dochodziły do skutku. Pierwszy wyjazd do Anglii (Oxfordu) nastąpił w 1972. Był pod względem technicznym nieudany. Nie zostaliśmy dopuszczeni do zwiedzenia ośrodka zajmującego się lokacją optyczną. Za to, jak przypuszczam, byłem pod naszą kontrolą i obserwacją. Wyjazd był interesujący pod innym względem. Poznałem wtedy asa lotnictwa, uczestnika bitwy o Anglię pułkownika Łokuciewskiego, który w tym czasie był Attaché wojskowym. Podróż opisałem w opowiadaniu „Pułkownik” zamieszczonym na blogu w części OKRUCHY – polecam. Przy późniejszych wyjazdach były próby namówienia mnie na współpracę. Miałem niby informować z kim się spotykam i rozmawiam lub zbierać i dostarczać w biurze paszportowym wizytówki osób, z którymi się spotykam. Wymawiałem się argumentując ilością pracy. Na uwagę, że mogę przestać wyjeżdżać odpowiedziałem, że nie wyjeżdżam dla przyjemności. To moja praca, można oczywiście przeszkadzać, nie pozwolić mi pracować. Rozmowa została zawieszona. Miała niby mieć ciąg dalszy w przyszłości, co nigdy nie nastąpiło, chociaż wielokrotnie jeszcze wyjeżdżałem do wielu krajów Europy, do Stanów Zjednoczonych i do Japonii nawet wtedy, gdy prof. S. Kaliski już nie żył i w wyjazdach mi nie pomagał. Sądzę, że w miarę upływu lat ta metoda werbowania współpracowników uległa modyfikacji i dano mi spokój.

2. W poprzek Ameryki

2.1. Zbyszek

Miałem honor i przyjemność znać prof. Bohdana Karczewskiego. Nie tylko świetny fizyk, pracownik Instytutu Fizyki Politechniki Warszawskiej, ale doskonały gawędziarz. Uczył nas fizyki kwantowej, był recenzentem mego dorobku w kolejnych awansach, a prywatnie zaliczałem go do swoich przyjaciół. Chyba muszę przyjąć z wzajemnością. To on opowiedział mi, że w trakcie stażu w Stanach Zjednoczonych z żoną wybrali się podróż w poprzek Ameryki. Trwała ona przeszło tydzień i była dla nich niezapomniana. Nazwał ją podróżą życia. Ja przez pamięć dla profesora nazwałem ten cykl moimi podróżami życia.

        Ta podróż wiąże się jeszcze z jednym moim znajomym i powinienem mu poświęcić nieco, a nawet trochę więcej uwagi. To mój student, a później współpracownik Zbigniew Krzyżanowski. Znalazł się w składzie zespołu Z IIIa, budującym system laserowy dla prof. S. Kaliskiego do prowadzonych przez niego eksperymentów laserowej syntezy termojądrowej. Przyszedł stosunkowo późno, gdy były już ukształtowane grupy badawcze kierowane przez wcześniej przybyłych pracowników Nowakowskiego, Szydlaka i Wodnickiego. Dał się bliżej poznać w trakcie przenoszenia przez prof. Kaliskiego, wtedy już ministra Nauki, zespołu Z IIIa z WAT do IFPiLM przejmowanego przez Ministerstwo Nauki i Techniki. By bliżej zapoznać się z tymi zagadnieniami proszę zapoznać się z częścią „Miraż” na moim Blogu. Zbyszek, tak będę go nazywał ze względy na późniejszą zażyłość, napisał indywidualne podanie o pozostawienie go w WAT. Mam ten raport w swoich papierach i mogę go przedstawić (poniżej). Oczywiście prośba nie została spełniona i por. Z. Krzyżanowski znalazł się w IFPiLM. Forma raportu wskazywała, że nie przejdzie on bez echa.

Takich przypadków nie tyle prof. Kaliski (on wkrótce zginął), co płk. S. Denus wtedy dyrektor IFPiLM nie darował. Nie upłynęło wiele czasu, gdy Zbyszek nie tylko pożegnał się z pracą, ale nawet z wojskiem. Należał do osób odważnych dla mnie podejmujących zbyt ryzykowne decyzje. Miałem w Moskwie znajomego profesora zajmującego się laserami jodowymi również przeznaczonymi do nagrzewania plazmy (syntezy). Zapytałem, czy przyjmie doktoranta. Udało się i Zbyszek rozpoczął wykonywać pracę doktorską u prof. Zujewa w Instytucie Fizyki Akademii Nauk ZSSR. Proszę wybaczyć, ale nie wiem jak tam się utrzymywał. Wiem tylko, że wyjechał do Moskwy zdezelowanym Mercedesem, który tam robił wrażenie. Mógł jeździć środkiem jezdni razem z czarnymi Wołgami radzieckich notabli. Może się chwalił, ale u Zbyszka wszystko możliwe. W zasadzie na długi dość czas straciłem z nim kontakt. Obronił w Moskwie doktorat (dokładnie zdobył stopień kandydata nauk) i znalazł pracę w Holandii w znanym instytucie badawczym. Nic tylko pochwalić. Będąc na konferencji w Amsterdamie odwiedziłem ich. Napisałem ich, gdyż w międzyczasie rozwiódł się z żoną w Polsce i ożenił w Holandii. Nie pracował już instytucie, a zajmował się biznesem. Handlował alkoholem, który przewoził z Holandii do Polski i tu sprzedawał. Nie znam się na tym i nie będę się w związku z tym wypowiadał. Był w Polsce w czasie przełomu ustrojowego i widać było, że pieniądze raczej ma. Miał rozgałęzione kontakty w Rosji i Białorusi. Może tam również sprzedawał alkohol? Dokładnie nie wiem. Wyjeżdżał często do Stanów Zjednoczonych. Mieli dwóch synów, Zadbał, by każdy z nich urodził się w Stanach. Wtedy z tego faktu stawali obywatelami tego kraju. Gdy przenieśli się do Stanów na stałe, mieli już w rodzinie dwóch ich obywateli. Zdaje się, że mieszkają tam dotąd, chociaż nie wiem czy Zbyszek jeszcze żyje. Okrężną drogą dostałem wiadomość, że miał wylew do mózgu. Tego łatwo się nie przeżywa.

        Powróćmy do przerwanego wątku. Wtedy odbywała się w Los Angeles konferencja laserowa w której mogłem uczestniczyć. Miałem pieniądze. Nawet zgłosiłem jakiś komunikat z naszych prac. Zbyszek niewątpliwie zawdzięczał mi zorganizowanie doktoratu i był za to wdzięczny. Może także liczył na coś więcej. Przedstawiał mnie w Stanach różnym ludziom. Nie wiem. W końcu nie ważne. Skończyło się tym, że przyleciałem do Chicago, a dalej mieliśmy jechać wynajętym przez Zbyszka samochodem. Z podróży samolotem do Chicago zapamiętałem ciekawostkę. Wieczorem na kolacji u Zbyszka ugościłem ich przywiezionym z Polski salami. Wywołało to poruszenie. Zapytali w jaki sposób przemyciłem kiełbasę. Czy po przylocie byłem kontrolowany? Byłem. Miła pani zapytała po co przyleciałem do Stanów? Gdy dowiedziała się, że na konferencję do Los Angeles i że mam zamiar dalej jechać samochodem tak się tym zainteresowała, że chyba nie zajrzała, albo bardzo pobieżnie do mojej walizki i salami ocalało. Rzeczywiście pamiętam, że obok miłej pani stało wielkie pudło pełne rekwirowanych wiktuałów zabieranych podróżnym. Tak czy owak na kolację zajadaliśmy salami z Warszawy. 

2.2. Amerykańskie prawo jazdy

Pod dyktando Zbyszka, ta podróż została dobrze przygotowana. Na przysłany mi adres wysłałem do siebie dwie zaadresowane koperty. Zostały mi wręczone po przylocie. Ostemplowane w Polsce i USA. To dowód twego zamieszkania w Stanach, poinformowano mnie. Nie wierzyłem, a jednak to była prawda. Na drugi dzień zostałem zawieziony do stosownego urzędu, gdzie wydawano prawa jazdy samochodowe. Przed tym, drobiazg, należało zdać egzamin. To tam oprócz opłaty (chyba $20), należało tymi kopertami udowodnić, że mieszkam w Chicago. Nie do wiary. Chyba nie wierzyli, że Polacy (o innych nacjach nie będę się wypowiadał) sobie z tym nie poradzą. Może wierzyli w prawdomówność obywateli. To po co koperty? Tak czy owak dopełniłem formalności. 

Przygotowano mnie także do egzaminu. Są tam typowe, nie do darowania przewinienia i takież pytania. Trzeba je znać. Miałem i znałem. Musiałem odpowiedzieć na przeszło 40 pytań. Chyba odpowiedziałem źle, a raczej nie w pełni tylko na jedno. Zakwalifikowałem się tym do egzaminu praktycznego – jazdy. Na egzaminie jeździ się własnym samochodem. Dano mi z automatyczną skrzynią biegów. Tam to norma, innych praktycznie brak. U nas wtedy rzadkość. Nigdy nie jeździłem. Byliśmy co prawda na placu, ale miejsca nie za wiele. Przystosowałem trochę siedzenie, pojechałem nieco do przodu i do tylu po czym z duszą na ramieniu podjechałem do egzaminu.

 Podszedł do mnie młody człowiek przywitał się „halo”, rzekł „go” i pojechaliśmy. Zapytał, gdzie uczyłem się jeździć? Warszawa, uniesione brwi. Dużo samochodów? Znacznie mniej niż w Chicago. Skinienie głowy z zadowoleniem. Poczułem się nieco lepiej. Zjazd na autostradę i z autostrady do miasta. Parkowanie pod górkę i z górki. Wszystko jak mi przepowiadano. Prędkość mierzona w milach; kompletny brak wyczucia. W końcu dostałem ostrzeżenie. Jeżeli będę przekraczał prędkość poruszania się w mieście, egzaminator będzie musiał mi wpisać uwagę. Otrzeźwiło to mnie. Nie zapytałem jaka jest dopuszczalna. To byłby błąd. Powinienem to wiedzieć i to w milach. Ja przecież nigdzie się nie spieszę, a prędkość mniejsza od przepisanej może być. Zredukowałem i tak dowlokłem się do placu skąd wyjechaliśmy. Wyobraźcie sobie ja ten egzamin zdałem.

Dalej sprawy potoczyły się szybko bez żadnych problemów. Na białym tle zrobiono mi zdjęcie i po „pacierzu” jak mówiła moja babcia, czyli gdzieś po kwadransie otrzymałem plastykowy kartonik amerykańskiego prawa jazdy samochodem osobowym. Uradowany wybiegłem do oczekujących, którzy trochę z niedowierzeniem pogratulowali mi. Jeszcze jedna prawidłowość. Prawo jazdy było na minimum pięć lat i kończyło ważność w dniu moich urodzin. Przedłużane mogło być bez problemu, należało tylko we właściwym czasie zgłosić się w stosownym urzędzie w Chicago. Należy jeszcze dodać, że u nich prawo jazdy jest traktowane i używane jak dowód osobisty. Nie wiem czy takowy w ogóle w Stanach istnieje. Jest prawo jazdy i wystarczy. Traktowane jest ponadto jako dokument podstawowego ubezpieczenia: social security

        Trzeba zaznaczyć, że w Stanach honorowane są polskie prawa jazdy. Po cóż więc ta cała maskarada i jakby nie mówić trochę nerwów. Mogłem to sobie darować. Z nami równolegle jechali znajomi z Białorusi i oni ich praw jazdy nie starali się zdobywać. Wyjaśnienia Zbyszka uznałem za przekonywujące. Przede wszystkim mając ich prawo jazdy traktowany jestem jako miejscowy obywatel. Jest to ważne samo w sobie. Najważniejsze jest jednak postępowanie w przypadku otrzymania mandatu policyjnego. Tego wykluczyć nigdy nie można. Policjant w Stanach nie bierze pieniędzy. Wręcza mandat i zabiera prawo jazdy. Mandat upoważnia do dalszej jazdy, a prawo jazdy jedzie do miejsca wydania, a więc mego zamieszkania. W moim przypadku do Chicago. Tam będę mógł go odzyskać po zapłaceniu mandatu. W moim przypadku będę mógł go im podarować i mandatu nie płacić. Fantastyczne. Polak potrafi. Mnie się udało i tak nie zapłacić mandatu. Nie dostałem i prawo jazdy amerykańskie przywiozłem do Polski. Podobno mogłem tu na niego jeździć. Nie odkryłem jakie mogę mieć z tego tytułu korzyści. To z lenistwa. Dawno straciło ważność, ale gdzieś w papierach leży.

2.3. Wzdłuż równoleżnika

            Nie było to dokładnie wzdłuż równoleżnika, ale prawie. Jeżeli prof. Bohdan Karczewski uznał taką wycieczkę za podróż życia, to ja mogę tak ją nazwać tym bardziej. Z tym, że w moim przypadku nie była to tylko wycieczka. Jechaliśmy na konferencję i o określonym czasie powinniśmy pojawić się na jej otwarciu i obradach. Na jej omówienie przyjdzie czas. Na razie chcę przedstawić trasę, po której zamierzamy się poruszać.

Trasę pomiędzy Chicago i Los Angeles pokonywaliśmy autostradami, ale w przybliżeniu to prawie wzdłuż dwóch linii prostych pomiędzy miastami Chicago i Denver oraz Denver i Los Angeles. W Denver nie zatrzymaliśmy się mimo tego, że w tym czasie wyświetlany był znany amerykański serial filmowy o rodzinie Carringtonów. Nie skorzystaliśmy z takiej bliskości i nie odwiedziliśmy pięknej Alexis. Spieszyliśmy się.

        Wzdłuż zaznaczonych linii prostych z Chicago do Los Angeles jest ok 3000km, a po autostradach niewiele więcej. W sumie w jedną stronę mieliśmy do przejechania ok. 3,5 tysiąca kilometrów. Ładny kawałek drogi biorąc pod uwagę czas przeznaczony na jazdę. Już dokładnie nie pamiętam, ile w sumie jechaliśmy, ale była to raczej mordercza wycieczka.

Czas przedstawić środek lokomocji samochód, którym te tysiące kilometrów mieliśmy pokonaliśmy i drużynę. Zaczniemy od samochodu. Sześcio – osobowy Lincoln miejski (Down Town), dla czterech osób to pełny komfort. Jak na owe czasy samochód już z pełną automatyką np. zmian oświetlenia w czasie jazdy, klimatyzację itp. Stałem się ofiarą tego komfortu. Zmęczony zmianą czasu i przygotowywaniem do podróży na początku zasnąłem w samochodzie i zaziębiłem się. To podobno często się zdarza. W całej podróży nieco źle się czułem. Można widzieć mnie w flanelowej koszuli mimo tropikalnej temperatury na zewnątrz. To wynik tego przeziębienia. Pod maską silnik benzynowy o pojemności 5 litrów. Podobno dość oszczędny, w co trudno mi uwierzyć. Silniki wysokoprężne na ropę stosuje się tam tylko w ciężarówkach, w samochodach osobowych nie. Byłbym zapomniał – oczywiście był z automatyczną skrzynią biegów.

Teraz załoga. Organizator całości Zbyszek Krzyżanowski w środku z prawej. Dalej na prawo najmłodszy z nas, pracownik Zbyszka w Chicago, Czarek Wiszowaty. Pochodził podobno gdzieś z okolic Białegostoku. Aby dostać się do Stanów najpierw wyjechał do Kanady. Z Kanady przejście do Stanów jest bezproblemowe. Podobno, jak powiedział mi Zbyszek umie robić wszystko. Polak potrafi. Na lewo od Zbyszka Siergiej Bartoszewicz – Białorusin. Tam pracuje w jakimś instytucie naukowym. Myślę, a nawet jestem tego pewny, że ze Zbyszkiem organizowali „akcje biznesowe” pomiędzy Holandią, Polską i Białorusią, ale szczegółów nie znam. Jechał z nami, mimo że równolegle jechał także samochodem Białorusin prof. Skripko. Mieli chyba jednak komplet.

Spotkaliśmy taaaki samochód. Też Lincoln, ale jaki smok. Zrobiliśmy sobie na jego tle zdjęcie. Zastanawialiśmy się, czy nie lepiej by się nim jechało. Takie głupoty przychodziły nam do głowy.

Ameryka wschodnia, tam w większości znajdują się pola uprawne. Takim jest stan Illinois ze stolicą Chicago. Środkowa część Stanów, ta w części przez nas przejeżdżanej, przypomina raczej pustynię. Proszę popatrzeć na załączone zdjęcie. Takie rumowisko, częściowo skalne porośnięte dziwną dla mnie roślinnością. Przypomina pęki wyschniętych ni to traw ni krzewów. 

Przy autostradzie dla obsługi podróżnych spotykane były dwa miejsca. Nieduże miejscowości z daleka widoczną reklamą McDonalda i coś w rodzaju przydrożnych parkingów. W tym ostatnim o dziwo można było kupić chłodzone napoje, a w ubikacjach była ciepła woda. Znacznie więcej w miejscowościach przy autostradzie. Tam dla potrzeb podróżnych było prawie wszystko. Był McDonald, można było się zatrzymać i coś zjeść i zanocować. 

Nawet na najbardziej interesującej wycieczce człowiek musi jeść. Tej sprawie muszę poświęcić nieco uwagi chociażby z tego powodu, że było dla mnie, przynajmniej w początkowym odcinku podróży, fatalne. Nigdy i w Polsce, i za granicą nie uległem fascynacji McDonalda. Moje dzieci i wnuki tak, a ja nie. Tam we wschodniej części Stanów króluje McDonald. Przy stole wisiał telefon, z którego można było zadzwonić w dowolne miejsce na świecie. Zbyszek dzwonił, to albo było za darmo, albo niedrogo. Pamiętajmy, że wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych.

Obok McDonalda zawsze znajdował się hotel np. Holiday Inn. Można się było zatrzymać i w podgrzewanym basenie popływać, albo wziąć wodny masaż. Co więcej potrzeba; powinienem być zadowolony.

Ja jednak narzekałem. Po prostu nie mogłem żreć tych hamburgerów – buł zdaje się z wołowiną. Czarno widziałem dalszą podróż. Jak nic, zginę z głodu. Dobrze, że jechaliśmy dość szybko. Niektóre odcinki dniem i nocą. Muszę się pochwalić, że na równi z innymi, no prawie na równi prowadziłem tego smoka. Mógłbym w Polsce takim jeździć, gdyby nie trzeba było tankować, a właściwie płacić za benzynę. Przyzwyczajałem się do automatycznej skrzyni biegów. Raz przypominam sobie dałem ciała po dojeździe nocą na parking. Zapomniałem, że nie używam lewej nogi. Prawie już dojeżdżałem, gdy odruchowo lewą nogą jak w manualu wcisnąłem sprzęgło. Sprzęgło okazało się hamulcem i samochód zbyt gwałtownie zatrzymał się w miejscu. Wszystko co leżało na tylnej półce spadło na śpiących pasażerów. Przebudzony Zbyszek zapytał w co walnęliśmy? Na szczęście to tylko ja nabierałem wprawy w prowadzeniu automatu. Gdy chodzi o pożywienie, na szczęście zmieniło się. Po wjechaniu w zachodnią część Stanów, McDonald zamieniony został przez podobnego typu organizacje Stars. Mnie się spodobały. Jedzenie było w nich bardziej urozmaicone i moim zdaniem bardziej Polskie. No proszę i to w zachodnich stanach Ameryki. Zmieniliśmy też nieco zwyczaje. Zaczęliśmy jadać w restauracjach familijnych. Te Family Restaurant miały non stop działający tzw. „szwedzki stół”. Jadłeś, ile chciałeś za taką samą stawkę. Pamiętam śniadanie 5$, obiad (lunch) 10$. Decydowała godzina płacenia rachunku. Krążył człowiek z talerzem po sali, wybierał i pałaszował coraz to inne potrawy. Należało tylko patrzeć na zegarek i zdążyć zapłacić przed upływem godziny „zemsty”. Nie zdążyłaś, płaciłeś podwójnie. Przepraszam, że piszę ciągle o jedzeniu, ale to główny składnik kosztów.

Jeżeli pozwolicie, to w tej kwestii tylko jeszcze jedno zdjęcie. Nocą supermarkety spożywcze są otwarte. Spójrzcie, leżą tam tony owoców. Pewno nie sprzedane się zmarnują. My smakujemy czy na pewno reklamy są prawdziwe. Próbowaliśmy wszystkiego, oczywiście po trochu. Po kilka pomidorów i czegoś tam jeszcze. Nie mam pojęcia czy ktoś tego pilnował. Oczywiście wychodząc kupiliśmy funt (pół kilograma) pomidorów. Zbyszek miał kartę płatniczą ichniego banku. Kapelusz, który kupiłem przy okazji (oczywiście w innym sklepie) nie był już gratis. Raczej dość drogi. Pewno droższy niż podobny w Polsce, ale był z „dzikiego zachodu”. Mam go jeszcze na działce. Czy jednak ktokolwiek mi uwierzy, że przywiozłem go z Ameryki?

        Ameryka to kraj Indian. Za przykładem Kolumbem przybysze z za oceanu zabierali im ziemie i wypierali coraz dalej na wschód. Tam umieszczali w rezerwatach. Nie umiem powiedzieć jak teraz tam żyją, ale w ich kierunku jechaliśmy. Powinniśmy ich tam spotykać i spotykaliśmy. Nie chcę szerzyć nie sprawdzonych, a co gorsze mylnych wiadomości, ale spotkań tych nie odczułem jako budujące.

To ich przy autostradzie stragany, w których sprzedawali wyrabiane przez siebie drobne pamiątki. Coś tam kupiłem, ale już nie pamiętam co? Chyba komuś podarowałem. Mam wyrzuty sumienia, że to piszę. Przecież na dobrą sprawę nic o nich nie wiem, a się wymądrzam. 

W ogóle ta podróż była dla mnie tak ogromną porcją przede wszystkim emocji, że nie sposób było ją ogarnąć. Dziś przeglądam plik zdjęć, które zawdzięczam głownie Czarkowi. Chyba Zbyszek miał porządny aparat z dużą pamięcią i ciągle on i Czarek pstrykali. To dzięki nim mogę powrócić pamięcią do tego czasu i nie tylko coś rozsądnego, ale w ogóle cokolwiek o tej podróży napisać.

        Zbliżaliśmy się do ciekawszej części podróży, głownie z powodu urozmaiconej budowie geograficznej tej części Stanów Zjednoczonych. Zbliżaliśmy się do Kordylierów w tej części utożsamiane z łańcuchem gór Skalistych. Drogi bardziej kręte, po bokach strome krawędzie, a czasami fantastyczne figury utworzone przez porywiste wiatry. Przy drodze spotyka się inne ciekawe obiekty.

Zauważyliśmy kopalnię złota. Ciekawe czy teraz jest czynna. Spotkaliśmy też taką dziwną budowlę, 

niby schodkową piramidę. W starej przedkolumbijskiej Ameryce takie schodkowe piramidy były budowane. Jakie jest pochodzenie widocznej na zdjęciu struktury nie dociekałem i pewno się już nie dowiem. Ja tylko podziwiałem widoki po drodze, a Czarek ewentualnie rejestrował. 

        Dojechaliśmy do chyba najważniejszego rejonu naszej podróży – do przełomu rzeki Colorado. Great Canion Colorado, ten cud przyrody wart jest wszelkich trudów, by tam dotrzeć i co niestety też istnieje kosztów. Mnie się upiekło. Nie poniosłem dużych. Samochód wynajął Zbyszek. Podobno na jego zarejestrowaną w Stanach firmę. Nie pamiętam już jak się dokładnie nazywała. Jakaś „konsultingowa” – nazwa niezobowiązująca do konkretnej działalności. Nie ważne, firma była i samochód można było dla niej wynająć. Podobno wynajem na firmę był dużo tańszy. Oni dbają i ułatwiają powstawanie i działanie na terenie USA organizacji gospodarczych. Poznałem jednego z tych przedsiębiorców i znam ich poglądy. Może jeszcze o tym napiszę. Powróćmy na trasę przejazdu.

        Pierwszy interesujący punkt w tej części kanionu to zapora i elektrownia Hoovera na granicy stanów Nevada i Arizona. Kiedyś największa na świecie. Zapora zbudowana jest na początku przełomu rzeki Colorado w tzw. Czarnym Kanionie. Spośród wykonanych zdjęć wybrałem dwa: pierwsze od strony sztucznego zalewu Mead, drugie od strony przeciwnej – odpływu wody.

Widoczne na pierwszym zdjęciu okrągłe budowle to spusty wody, na dnie których znajdują się turbiny napędzające generatory wytwarzające energię elektryczną. Spusty wody są budowlami niezależnymi, niezwiązanymi z tyłu widoczną szosą na szczycie zapory. Na zdjęciu nie jest to dobrze widoczne. Zdjęcie drugie wykonano z zapory tj. szosy biegnącej na jej szczycie. W dole widać budynki obsługi zapory i elektrowni, a z lewej strony na zboczu góry ledwo widoczne podporo trakcji elektrycznej. Wszystko w trakcie działania mimo, jak widać, licznych wycieczek zwiedzających ten obiekt.

   Kanion Colorado to rozległy obiekt liczący dziesiątki, a może setki kilometrów długości. My zwiedziliśmy zaledwie jedną z miejscowości. Nazywała się Canion o ile dobrze zapamiętałem.

Na środku placu postawiony został indiański namiot pewno dla tych, którzy tak jak my chcą przy nim zrobić sobie zdjęcie. Spośród licznych zdjęć z Kanionu wybrałem trzy i je prezentuję. Może powinienem więcej. Wiem, że dobrze wykonane fotografie dałyby lepszy pogląd o tej okolicy niż moje nieudolne opisy. Z drugiej strony mając w pamięci oglądane wcześniej obrazy, po obejrzeniu zdjęć odczułem wyraźny niedosyt. To było nie to. Na zdjęciach brakowało przestrzeni, głębi obrazów. Wszystko stało się płaskie. Pewno takie zdjęcia trzeba umieć robić. Nam wyraźnie tej umiejętności brakowało. Niezależnie więc od tego, ile zdjęć bym nie opublikował tego braku nie wyrównam. Muszą wystarczyć te, które zostały pokazane. Wszystkim serdecznie radzę, aby zobaczyli Kanion. Jego głębokość średnio wynosi ok. 1,6 km, a w najgłębszym miejscy przekracza 1,8 km. Te liczby też nam nic nie mówią. Lot samolotem sportowym jest na wysokości ok. trzykrotnie niższej. W takim razie wypatrując w kanionie kawałka rzeki (można było) patrzyliśmy na nią jak z dość wysoko lecącego samolotu. Bardziej obrazowo tego opisać nie potrafię.

Przed opuszczeniem tego uroczego miejsca zaproszę was jeszcze do czegoś w rodzaju muzeum.

To ta rudera na lewym zdjęciu. Wewnątrz z tyłu obrazy i drobne przedmioty za szkłem tego stolika. Powiem, że nie przemówiły one do mojej wyobraźni. Z pewnością ich nie rozumiałem. Zbyt duża różnica kulturowa. Szkoda.

            Tej atrakcji pod koniec podróży pominąć nie sposób. Las Vegas miasto kojarzone z hazardem. 

Zarówno miasto jak i w nim kasyna powinniśmy odwiedzić. Podobno neofici mają szczęście. Warto spróbować. Niestety przeznaczone na ten cel 20 dolców szybko szlak trafił.

2.4. Konferencja CLEO’92, Los Angeles

W końcu dotarliśmy do celu podróży. Los Angeles, nie stolica, ale największe i najliczniejsze miasto Kalifornii. Zgłosiliśmy się w miejscu rejestracji uczestników konferencji. W komplecie.

Jak widać na pierwszym zdjęciu jesteśmy już po rejestracji. Mamy zawieszone karty wejściowe na sesje konferencyjne i wystawę. Była to seryjna konferencja o nazwie CLEO – The Conference on Lasers and Electro-Optics z zawsze równoległą QELSQuantum Electronics and Laser Science. 

Byłem na wielu tych konferencjach w różnych miejscach na kuli ziemskiej. W Europie, ale nie tylko. Wtedy 1992 odbywała się w Los Angeles. Wystawy były dla nas wtedy najważniejsze. Tam prezentowane były nowości produkcyjne. W większości najnowsze dla nas, fachowców rozwiązania.

Nie będę dłużej relacjonował przebiegu konferencji. Nie o tym jest ta opowieść. Nie jest to koniec całej podróży. Pamiętajmy, że jesteśmy na zachodnim wybrzeżu. Nad Pacyfikiem – oceanem Spokojnym. Byłem tam po raz pierwszy. Trzeba było zanurzyć stopy w tej wodzie. Zanurzyłem, chociaż z przykrością muszę się przyznać, że nie zadbałem o to, by mieć na to dowód. Co prawda na drugim zdjęciu oceanu nie widać, ale uwierzcie mi na słowo. Jest po prawej mojej stronie.

Ta szeroka, piękna plaża jest charakterystyczna dla tego wybrzeża, a Ocean był wtedy Spokojny.

Prawie wszystko co ważnego już przeżyłem w tej podróży. Oczywiście była podróż powrotna i to podobną chociaż na pewno nie tą samą trasą. Muszę się przyznać, że może z powodu przeziębienia, a może z emocji byłem zmęczony, utrudzony. Nie odbierałem należycie tych przeżyć. 

W powrotnej drodze przejechaliśmy przez miasteczko Los Alamos. Miejscowość ta była związana,
a nawet zasłynęła sławnym programem budowy broni atomowej Manhattan. Tam prowadzono badania i skonstruowano bomby, które pod koniec II Wojny Światowej zostały zrzucone na japońskie miasta Hiroszima i Nagasaki. Senne małe miasteczko. Nic ciekawego, a raczej do ciekawej jego części nie dotarliśmy. Nie mogliśmy dotrzeć. Ta jego część jest zapewne nadal zamknięta. Czytałem gdzieś, że miejsce, gdzie prowadzono właściwe badania nuklearne znajdowały w specjalnym laboratorium wybudowanym głęboko pod ziemią w okolicy miasta Los Alamos. My tam oczywiście nie dotarliśmy. Do tego trzeba by było mieć specjalne uprawnienia. My go nie mieliśmy. Zatem udaliśmy się w drogę powrotną.

3. Historia kręta nieco

3.1. Krewni za granicą

            W opisanej na tym blogu historii mojego życia wszystko wygląda prosto. Skończyłem Liceum Ogólnokształcące w Lipnie, następnie zacząłem studiować na Fakultecie (Wydziale) Łączności Wojskowej Akademii Technicznej. To oczywiście święta prawda, a jednak z pewnym uproszczeniem. Taka prawda nie do końca. W tej prostej drodze pojawiły się pewne ścieżki kręte. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, czy gdy jeszcze byłem w liceum, a może już na studiach. Musiałem wypełnić ankietę, w której istniała rubryka o krewnych mieszkających zagranicą. Niejedna rubryka. Liczba ich była znaczna. Nazwiska, stopnie pokrewieństwa, gdzie przebywają, czy utrzymuję kontakt i pewno jeszcze kilka dalszych rubryk. Krewnych za granicą miałem. W USA ze strony matki, w USA i Francji ze strony ojca. Tyle wiedziałem. Był taki czas, że z niektórymi nawet się spotykałem. Jedna z sióstr mojej matki z mężem i synem wiedziona patriotyzmem (może męża – nie wiem) przyjechali do Polski przed 1920. Odkupili gospodarstwo rolne od Niemca i osiedlili się w tzw. korytarzu (pomiędzy Toruniem i Bydgoszczą) pozostawiając w Ameryce dorosłe już dzieci. Gdy po wojnie chodziłem do szkoły w Toruniu, ciocię odwiedzałem. Wkrótce jednak dzieci sprowadzili ich z powrotem do Stanów. Gdzie – nie miałem pojęcia. Chyba do Detroit, blisko granicy z Kanadą, bo tam mieszkały ich dzieci. Jeszcze mniej wiedziałem o zagranicznych krewnych ojca. Mieszkający we Francji odwiedzili nas krótko przed wojną. Przejechałem się nawet samochodem, którym przyjechali, ale to wszystko. Brat ojca Stanisław brał udział w wojnie i przebywał w obozie jenieckim w części Niemiec wyzwolonej przez Amerykanów. Był żonaty i miał dziecko. Powinien wrócić. Dziecko jednak zmarło w trakcie paniki ucieczkowej w 1939. Do żony już nie chciał wracać. Tam poznał wywiezioną do pracy w Niemczech Ukrainkę, ożenił się i razem wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Ojciec pomagał mu w zdobyciu rozwodu. 

Wujek Stanisław przysłał mi piękne wieczne pióro, gdy szedłem do liceum. Było świetne i dość długo mi służyło. Miałem go przez całą szkołę średnią i poszło ze mną do wojska. Nosiłem go nie w kieszeni, a niestety w torbie, skąd w czasie obiadu, gdy torba wisiała w szatni ktoś mi go skradł. Szkoda. Było ładne i dobrej jakości. Pewno też odpowiednio kosztowało. 

Tyle wiedziałem. Nawet dość dużo, ale nijak dane te nie pasowały do pytań w ankiecie. Niestety rubryki należało wypełnić zaraz i to szybko. Uznałem, że ponieważ umiem wypełnić tylko jedną z rubryk, a pozostałych nie, tej pierwszej nie będę wypełniał również. Wyszło na to, że krewnych za granicą nie mam. Przecież nie utrzymuję z nimi kontaktu, nie koresponduję, nie odwiedzam itd. – usprawiedliwiłam się przed sobą. Nawet gdybym chciał i tak nie wiedziałem co wpisać w kolejnych rubrykach. Tak stałem się kłamcą. Problem się powtórzył w latach 90. Jako już starszy oficer – pułkownik i pracownik naukowy WAT otrzymałem kwestionariusz dopuszczenia do informacji niejawnych. Pytań dotyczące krewnych mieszkających za granicą było nie mniej i jeszcze bardziej szczegółowe. Ręce mi opadły. Znów nie potrafiłem wypełnić tabelki. Tym razem nie uciekałem się do kłamstwa. Nie wypadało i nie było potrzeby. Zrezygnowałem z dopuszczenia do informacji niejawnych. Informacje niejawne nie były mi, tak prawdę mówiąc, do niczego potrzebne. 

3.2. Wujek w Ameryce

Myślicie, że tylko u nas w Polsce takie ankiety się wypełnia. Nic takiego. W roku 1993 byłem w USA w Chicago. Pozwólcie, że tą podróż zaliczę także do podróży życia. Odnalazłem rodzinę mego wujka Stanisława. Pomogła mi w tym wszystko potrafiąca żona mego kolegi Krzyżanowskiego Zbyszka. Wujek już nie żył i mogłem go co najwyżej odwiedzić na cmentarzu. Idealnie płaski teren porosły trawą dostępną do strzyżenia mechaniczną kosiarką. Na wysokości ziemi mała tabliczka z napisem Stanley Jankiewicz i dwie daty jego urodzenia i śmierci. Tyle pozostało po moim wujku. Nigdy bym tego miejsca nie odnalazł, gdyby nie zaprowadził mnie tam jego syn Eugeniusz. Moją rodzinę odnalazłem w Chicago w dzielnicy Skokie. Niewielki domek zamieszkały przez wdowę po Stanisławie Michalinę i ich syna. Córka Teresa Poch z domu Jankiewicz wyszła już za mąż. Mieszkają nieopodal. Jest matką dwóch panienek. Starsi mówią dobrze po polsku, niestety z wyjątkiem panienek. Wybrałem kilka fotografii z moim udziałem, by przybliżyć warunki w jakich mieszkają no i pokazać ich. Ktoś z miejscowych słysząc o Skokie powiedział, że pewno muszą być żydami, gdyż tam głównie mieszkają żydzi.

Chciałem napisać chociaż parę słów o jego synu. Eugeniusz Jankiewicz był żołnierzem i nawet walczył w Wietnamie. Proszę spojrzeć na zdjęcie powyżej. Na szafce stoi jego fotografia w mundurze. Mam także fotografię z czasów służby. Teraz nie wiem czym się zajmuje. Nie zgadało się by się dowiedzieć.

Powiedział mi, że chciał wstąpić do marines – Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Nie przyjęli go z powodu posiadania rodziny w Polsce. Podobno stanowiłoby to potencjalne niebezpieczeństwo wpływu na zachowanie przez niego tajemnicy służbowej. Grożąc rodzinie można zmuszać go do zdradzania tajemnic. Taki pech. W Stanach żołnierz jest zawodem chyba dobrze płatnym. Nie dla mego kuzyna Eugeniusza Jankiewicza.

Ciekawe co takiego powoduje, że nasze służby także interesują się naszym posiadaniem rodziny za granicą. Pewnie podobnie jak tam albo jeszcze gorzej po prostu nam się nie wierzy. Mając rodzinę za granicą, będziemy im przekazywali posiadane tajemnice, szkodząc wtedy socjalistycznej ojczyźnie. Tak czy inaczej w PRL posiadanie rodziny za granicą było źle widziane, a nawet ścigane, a ludzie tak skażeni z pewnych zawodów eliminowani. 

Pisałem na moim Blogu, że do WAT zostały z Liceum w Lipnie wysłane trzy kandydatury. Jedna nie dotarła na egzaminy z powodu posiadania przez ojca kandydata przeszło 10 ha ziemi. To była magiczna wielkość zaliczenia takich rolników do wrogów ustroju – kułaków. 

            Wtedy nie myślałem o tym. Teraz zastanawiam się, na ile moja kandydatura mogła być wątpliwa. Czy informacja o posiadaniu licznej rodziny w USA i Francji była służbom znana? Pewno nie. Ja ich o tym nie powiadomiłem. Mój brat, z którym o tym kiedyś rozmawiałem twierdził, że milicja rozpytywała o mnie w naszej wsi. Dotarli do kierownika szkoły, człowieka należącego do PZPR, a jednocześnie z nim (bratem) zaprzyjaźnionego. Ja znałem go również. Podobno powiedział mu o tym. Jeżeli tak, to brak informacji o mojej zagranicznej rodzinie im zawdzięczam, a właściwie temu, że nie byłem dostatecznie ważny. Nie zostałem dokładnie sprawdzony. Przecież tam na wsi rzecz była powszechnie znana. Tak czy inaczej dostałem się na studia w WAT, ukończyłem je i wiele lat przepracowałem w WAT dochodząc do tytułu profesora. Pewno, gdyby wiedza o moich zagranicznych członkach rodziny była znana, to jak mi pośrednio szczerze wyznał pułkownik J. Cimoszewicz, ojciec przyszłego premiera Polski, a wtedy zastępcę szefa przesławnej Informacji Wojskowej w WAT, moja kandydatura do WAT tak łatwo nie zostałaby przyjęta. Takie to były kręte niestety ścieżki historii mojej skromnej osoby. Dziś rozliczam je z pełną szczerością i odpowiedzialnością.

4. Konferencja Photonic West’95, San Jose

        Nie zamierzam zakończyć w tym miejscu relacji o podróżach do tej części zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Było ich więcej. Ta o której chcę teraz wspomnieć wydarzyła się w 1995 roku. Uczestniczyłem tam w cyklicznej konferencji Photonic West. To konferencja typowo amerykańska. Tym razem odbywała się w San Jose. Pamiętam nawet, że wygłosiłem na niej komunikat „Anomalous transmission of laser radiation in water and biological tissues”. Byłem również ponownie w mieście aniołów (Los Angeles). Mimo, że miasta te znajdują się niezbyt daleko od siebie nad Pacyfikiem, byłem w nich dzięki znajomościom. O tym za chwilę. Leciałem z Warszawy również przez Chicago, z tym, że trasę z Chicago na zachodnie wybrzeże odbyłem samolotem linii American Airlines. Też z pewnymi przygodami. Tym razem spałem w hotelu obok lotniska i przyjechałem dostatecznie wcześnie. Na szczęście. Nie miałem pojęcia, że na jednej praktycznie płycie lotniska mogą istnieć dwa różne porty lotnicze. Oczywiście trafiłem do niewłaściwego. Młoda, ale już dość potężnej tuszy murzynka (tam to dość typowe), uprzejmie zaprowadziła mnie na przystanek kolejki jeżdżącej wokół lotniska i w ciągu kilkunastu minut znalazłem się we właściwym miejscu. Zdążyłem. Zapakowany zostałem do samolotu i wylądowałem w San Francisco. 

4.1. Dan Bar Joseph

Z lotniska San Francisco odebrał mnie znajomy przedsiębiorca Dan Bar-Joseph. Właściwie także jemu tą relację poświęcam. Na imię miał Dan, zaś Bar-Joseph to nazwisko. Żartował, że nazywa się tak jak Jezus, bo Bar-Joseph tłumaczy się jako Syn Józefa. Jego firmę znalazłem na jednej z konferencji i znałem go wcześniej.

Dan Bar-Joseph Company LASER MODULES INC, Address: Las Vegas…

Pochodził z Rumunii, później pracował w jednej z laserowych firm w Izraelu, a w Stanach w jego firmie wytwarzano części laserów ciała stałego. Ja zainteresowałem się jego tzw. Nd:YAG głowicami tych laserów. Innych zainteresowanych informuję, że te głowice zawierały wewnątrz pręt materiału czynnego z kryształu granatu itrowo-aluminiowego domieszkowanego neodymem, lampę lub kilka lamp pobudzających i odbłyśnik. Wszystko było chłodzone odpowiednio czystą wodą. Kupiłem jego głowice. Robiliśmy takie lasery do różnych zastosowań. Mogliśmy myśleć o wykonywaniu takich głowic w naszych warunkach. Pewien problem był w wykonaniu odbłyśnika. Nie wchodźmy na razie w detale. 

            Dan Bar-Josepha poznałem bliżej, gdy przyleciał do Polski. Twierdził nawet, że uratowałem mu życie. Odbierałem go z lotniska w Warszawie. Był styczeń i niezły mróz. Dan wyszedł w garniturze z niewielką walizeczką pod pachą. Na moją przerażoną minę pokazał na walizeczkę, że ma tam płaszcz. Było to coś w rodzaju prochowca. Zawiozłem go do hotelu (miał zarezerwowany) i tego samego dnia przywiozłem mu mój kożuch. Krótki, ale zawsze. Zaprosiłem go też do domu. Furorę zrobiły podawane często przez moją żonę śledzie w śmietanie z kartoflami w mundurkach. Szynkę też jadł, problemu nie było. W rewanżu po powrocie do Stanów przysłał żonie jakieś słodycze, rodzaj suszonych śliwek na słodko. 

            Będąc w Stanach odwiedziłem go. Byłem u niego w domu i w firmie. Pokazał mi sposób wykonywania odbłyśników w postaci doskonale białych i doskonale rozpraszających powierzchni. Są skuteczniejsze niż wcześniej przez nas wykonywane powierzchnie lustrzane. Są w wykonaniu przede wszystkim prostsze, a na dodatek trwalsze. Nauczyliśmy się je u nas wykonywać i powszechnie je później stosowaliśmy. 

            Powracam do podróży do Stanów na wspomnianą już konferencję. Dan zamówił mi hotel, jak twierdził blisko 10 – 15 minut do miejsca odbywania konferencji. Zapomniał tylko dodać, że to czas jazdy taksówką. Pieszo nie ma szans, a próba dowiedzenia się w hotelu czy można dojechać autobusem była przyjęta z niedowierzeniem. Autobusami jeżdżą czarni (black only). Groziła mi upadłość finansowa. Taksówki były dość drogie, a dojazdy mogłem opłacać wyłącznie ze skromnych diet. Szczęśliwie w konferencji brał także udział jeden z moich znajomych profesorów z Polski. Był właścicielem firmy i dla niego wszystko jedno jakie koszty ponosi. Dzieląc się odpowiednio kosztami wybrnęliśmy z tej bez wyjścia sytuacji. Przepraszam, że opisuję takie problemy. Były to blaski, a raczej cienie wyjazdów służbowych. 

4.2. Lawrance Livermoore National Laboratory

Ten wyjazd wspominam głównie z innego, nie związanego z konferencją powodu. Miałem zaproszenie do LLNL (Lawrance Livermoore National Laboratory) by zwiedzić ten wiodący na świecie ośrodek, który od wielu lat prowadził badania nad laserową syntezą termojądrową. Proszę porównać z tym, co napisałem w części Miraż. Wspominam tam o tym ośrodku. Ich pracownicy brali udział w konferencji zorganizowanej w Ryni przez Komendanta WAT gen. Kaliskiego w 1975 roku. Poznałem wtedy szefa prowadzonych tam badań nad laserową syntezą termojądrową prof. Johna Holzrichter’a. Otrzymywałem od niego sprawozdania z pierwszych lat tych badań, aż do wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Wtedy WAT został skreślony z listy odbiorców tych sprawozdań. Te, które otrzymaliśmy dostępne są w Bibliotece WAT, gdzie je ostatnio przekazałem. Do 1995 r., gdy ta podróż miała miejsce dużo się zmieniło. W badaniach nad laserową syntezą pozostały właściwie jedynie Stany. Kraje Europejskie praktyczne wszystkie zrezygnowały. Ja jak wiadomo porzuciłem tą tematykę wkrótce po tej konferencji w Ryni. Straciłem także kontakty z ludźmi wcześniej prowadzącymi tam badania. Ponowny kontakt, a przede wszystkim zaproszenie na konferencję dotyczącą laserowej mikrosyntezy w Los Angeles zawdzięczałem prof. Henrykowi Fiedorowiczowi. Z możliwości zwiedzenia ośrodka i zapoznanie się z najnowszym laserowym systemem NOVA chętnie skorzystałem. Na owe czasy był to największy system laserowy na świecie. Zaryzykuję twierdzenie, że dotąd pozostaje największym. Wytworzenie w nanosekundowym impulsie (ok. 5 ns) energii 1,8 MJ (milionów dżuli) na długości fali ok. 351 nm (trzecia harmoniczna z lasera Nd:YAG) zapiera dech w piersi. To końcowy wynik na początek lat 2000. Wtedy (1995) pewnie tyle jeszcze nie było, ale dla nas było i tak dużo. Możliwość zobaczenia tego cudu techniki laserowej uznałem za nie lada przeżycie. Z zaproszenia skorzystałem skwapliwie. 

        Do Livermoor zawiózł mnie Bar Joseph. Ciekawe mając mnie na siedzeniu pasażera, mógł jechać stosunkowo pustym pasem przeznaczonym dla kierowców wykonujących zadania biznesowe. Na pasie obok tłoczyły się samochody mające na pokładzie tylko kierowcę. Ci nie byli zaliczeni do biznesmanów wykonujących aktualnie ważne zadania i im miało się nie spieszyć. Takie przedziwne zarządzenia panowały. Nawet takie drobnostki (nie wiem, czy można to nazwać drobnostką) istniały w celu ułatwienia działania firmom gospodarczym w USA. Takich ułatwień musiało być więcej.

Fragment systemu laserowego NOVA do eksperymentów nad laserową syntezą termojądrową.

        Dan, ów mój znajomy, spróbował przenieść się do Europy. Jego wybór padł na Maltę, gdzie przeniósł się wraz z firmą. Nie na długo. Wkrótce doszedł do wniosku, że takich warunków do prowadzenia działalności gospodarczej jak w Stanach nie ma nigdzie. Powrócił znów na wschodnie wybrzeże, do którego pewnie przywykł. Dobrze, może teraz dopomóc mi dostać się do Livermoor. 

        To niezbyt duże miasteczko, a w nim wspomniane laboratorium zajmowało sporą jego część. Będę go w dalszym ciągu nazywał laboratorium, chociaż my przez laboratorium rozumiemy bardziej salę z wyposażeniem, a nie pokaźną część miasta. Wstęp do tej części miasta był kontrolowany. Byłem na liście gości. Bar Joseph już nie i musiał odjechać. Otrzymałem w stosownym kolorze przepustkę noszoną na tasiemce na szyi i zaopiekował się mną znajomy Henryka profesor, którego nazwiska niestety już nie pamiętam. Szkoda, podarował mi reklamowy szkic laboratorium, a nawet go podpisał choć nieczytelnie. To jedyna pamiątka jaka pozostała mi z tego miejsca. Kolorową przepustkę zabrano mi przy wyjeździe, bezwzględnie zdjęto mi ją z szyi.

Centrum badań nad laserową syntezą termojądrową w Livermoore.

            Centralną częścią laboratorium było ogromne gmaszysko, w którym zainstalowany był system laserowy do nagrzewania plazmy deuterowo-trytowej z zamiarem doprowadzenie jej do syntezy. Obok (patrz zdjęcie powyżej) stały mniejsze budynki infrastruktury, zapewniające odpowiednio czyste powietrze w głównym gmachu, obniżenie ciśnienia (prawie próżnia) w obudowach prowadzących wiązki laserowe i chłodzenie lasera. Ten system laserowy to naprawdę potęga. 192 kanały laserowe, z których promieniowanie kierowane było ze wszystkich stron na „kropelkę” o wymiarach znacznie poniżej milimetra (zdjęcie obok) stanowiącej dla tego systemu laserowego „tarczę”. Należało ją ( kropelkę) na tyle ogrzać i ścisnąć by zgromadzony w niej deuter i tryt zamienił się w hel i przy okazji wydzieliła się spora porcja energii syntezy termojądrowej. To po to to gmaszysko i cały ten system laserowy został zbudowany. Dlaczego taka mała kropelka? Większa nazywa się bombą wodorową i ewentualnie spowodowałaby wyparowanie wszystkich zgromadzonych tam budynków. Obliczono, że należy to robić bardzo małymi porcjami, ale dość często.

Ocena LLNL bilansu energetycznego naszej cywilizacji i animacja laserowej syntezy tj. uzupełnienia tej luki.

Specjaliści z LLNL podali swoją ocenę bilansu energetycznego naszej cywilizacji. Przedstawiony przez nich obraz (rysunek po lewej stronie) nie jest optymistyczny. W 2050 roku na ziemi zabraknie 250 GW mocy prądu elektrycznego. Eksploatowane do tej pory źródła, ich zdaniem tej luki nie są w stanie zapełnić. Nie ulega jednak wątpliwości, że dalszy rozwój naszej ziemskiej cywilizacji bez dodatkowych źródeł energii odbywać się nie może. Z pewnością obraz ten jest obarczony jego ich tendencyjnym widzeniem. Uzasadniali prowadzenie badań nad laserową mikrosyntezą tj. Rozwiązanie widzieli w przedstawionej po prawej stronie animacji. System laserowy (pokazano tylko jeden kanał) miał z częstością 100 razy w sekundzie powodować syntezę jąder we wspomnianej powyżej kropli, a uzyskaną energię znanymi metodami zamienić na energię elektryczną. Aby zrealizować ten pomysł, należało drobiazg zacząć od jednej małej porcji, owej kropelki.

Próby trwały kilka lat. I co? Niestety nic z tego. Zdaje się w 2013 poddano się. Osiągnięto dość dużo. Energia syntezy osiągnęła poziom włożonej energii z lasera, ale do przereagowania całego materiału w kropelce zostało jeszcze daleko, daleko. Mimo istnienia jeszcze innych pomysłów zdaje się, że z laserowej syntezy tj. zrezygnowano. O innych planowanych wcześniej procesach też mało się słyszy. Miejmy nadzieję, że na razie, że jeszcze do nich wrócimy.

        Laserowa mikrosynteza (małymi porcjami) tj. to dobry kawałek mego życia. Na życzenie szefa (nazywaliśmy go czasem szeryfem) komendanta WAT gen. S Kaliskiego zajmowałem się tym zagadnieniem prawie dziesięć lat. Mam w stosunku do niego (tematu, nie generała) swoje przemyślenia. Generała zresztą też. Moim zdaniem nie tyle nie potrafiliśmy (mówię w imieniu wszystkich tym zagadnieniem się zajmujących) dostatecznie ogrzać tej tarczy, co jej ścisnąć. Gorąca plazma dyfunduje, gwałtownie rozszerza się i ściskanie jej wieloma, z wszystkich stron strumieniami promieniowania laserowego okazuje się nieskuteczne. Brak tej metodzie symetrii. Obawiam się, że to było główną przyczyną porażki. To przykra porażka. Będąc entuzjastą technik laserowej, pisząc o jej cywilizacyjnym znaczeniu, z przykrością stwierdziłem, że był to jedyny przypadek, gdy przewidywane jej zastosowanie nie spełniło się. Inne, nieraz równie nieoczekiwane i fantastyczne, kończyły się pozytywnie. Taki cykl wykładów, również znajdujący się na Blogu przedstawiłem w części „Trochę techniki”, „Cywilizacyjne zastosowania laserów”. Może jeszcze uda mi się go pokazać w innej formie.

        Z drugiej strony synteza lekkich jąder (wodoru i jego izotopów) to niezwykłe i powszechne we wszechświecie źródło energii. Warunki dla syntezy tych jąder spełnione są wewnątrz gwiazd i oczywiście naszego Słońca. Wszechświat tej energii zawdzięcza życie na wybranych planetach. Na pewno na Ziemi. To wielka rzecz. Uświadommy to sobie. Jak wielkim osiągnięciem byłoby opanowanie tej reakcji dla produkcji praktycznie nieograniczonej ilości energii tu na ziemi. Energii nam brakuje. Może ludzkość nie powinna z syntezy tj. rezygnować. Mam również taką nadzieję. 

            Rozgadałem się. Wszystko co napisałem powyżej właściwie wiadomo jest dopiero teraz. Wtedy, w 1995 r., gdy miałem zamiar zobaczyć ten system, była jeszcze nadzieja. Prace były w toku, chociaż system laserowy był praktycznie ukończony i prawie kompletny. Takim go zobaczyłem. Osobistych jego zdjęć nie mam, aparatu fotograficznego wnieść nie można było. Mogę jedynie przekazać to, co wtedy zobaczyłem i pomyślałem. To co zobaczyłem w porównaniu z tym co my budowaliśmy dzieliła wieczność. Kiedyś napisałem, że nas nie było stać ani technologicznie, ani finansowo na badania w tym zakresie. Teraz miałem tego dowód. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem z naszej strony była rezygnacja z tego kierunku i zajecie się tym co byliśmy w stanie robić. Postąpiłam słusznie odchodząc z IFPiLM i od tej tematyki. 

        To nie wszystko, co w Livermoore zobaczyłem. Mój przewodnik zaprowadził mnie do normalnego budynku i normalnego laboratorium, z tym, że znów za mną były zamknięte drzwi do części technologicznej. Był to dział technologii laserów półprzewodnikowych. Pokazano mi DL – Diody Laserowe i ich macierze generujące w sposób ciągły w zakresie promieniowania czerwonego. Kolor pomiędzy takim jak z lasera He-Ne, a rubinowego. Ale jakie moce. Już rzędu dziesiątków watów. Miałem możność przekonać się, zobaczyć jaką będzie przyszłość techniki laserowej. Nie do końca. Ta, która w wyniku tego faktu powstała, dopiero miało się okazać. 

5. Najdalej na wschód

            Dotychczas w tym cyklu występowały podróże do USA. Jechałem (leciałem) tam w kierunku zachodnim. Do podróży życia chcę zaliczyć również jedną odbywaną w kierunku wschodnim. Kryteria wyboru podróży zaliczonych do podróży życia nie są ściśle określone. To taki mój wybór indywidualny. Podróże te związane były z dodatkowymi przeżyciami, nie tylko po prostu udziałem w Konferencji lub wizytą w instytucji naukowej, którą zwiedzałem lub z którą współpracowaliśmy.

            To nie prawda, że latałem jedynie na zachód. W Europie także na południe do Szwajcarii, Włoch i południowych Niemiec. Wielokrotnie byłem na konferencjach w Monachium. Chociaż były interesujące także pod względem turystycznym (krajoznawczym) nie będę o nich tu wspominał. Nie będę także tu pisał o szeregu podróżach na wchód np. do Kijowa, Moskwy i np. do Leningradu (dawnego Piotrogrodu), chociaż to sławne miasta i widziałem miejscowości w ich sąsiedztwie np. Carskie Sioło. Najdalej na wschodzie w byłym związku Radzieckim byłem w stolicach Armenii, Gruzji i Uzbekistanu. Ostatni to kraj, którego stolicę Taszkient najdalej na wschodzie odwiedziłem. Nawet nie raz. Akademik Prochorow chętnie organizował tam swoje konferencje (Kwantowaja Elektronika i Nieliniejnaja Optyka – KENO), na które mnie zapraszał. Udało mi się być również w Samarkandzie i Bucharze. O tych podróżach, o ile pamiętam, już częściowo wcześniej pisałem. Najdalej na wschodzie znajduje się Taszkient. Podróż do Taszkientu uznamy za skrajnie odległą na wschodzie. Zamiar pojechania nad Bajkał z znajomymi Ukraińcami nie doszedł do skutku. Szkoda, ale pewno nie byłby łatwy, a może nawet możliwy. Nie czas żałować.

            O podróży, którą chcę wspomnieć teraz była znacznie dalej na wschód. Do Japonii. Byłem tam tylko raz. Na Konferencji AHPLA’99 w Osace.

5.1. Konferencja AHPLA’99, Osaka

Wyjazd na konferencję do Osaki zawdzięczam również profesorowi Henrykowi Fiedorowiczowi. Był zaproszony do Instytutu Laserowego Uniwersytetu w Osace (w brzmieniu angielskim: Institute of Laser Engineering, the University of Osaka) jako „visiting professor”. Z prośbą o zgodę na skorzystanie z ich zaproszenia i wyjazd Henryk zgłosił się do mnie zaraz po włączeniu jego zakładu do IOE WAT. Uważałem współpracę tego typu z tak ważnym ośrodkiem za wyróżnienie także dla miejsca pracy i taką zgodę natychmiast otrzymał. Nie uważałem tego za specjalnie moją zasługę, chociaż p. Henryk w liście do mnie serdecznie mi za nią podziękował.

Pewno zaproszenie dla mnie na organizowaną tam konferencję laserową, mogę traktować za coś w rodzaju rewanżu. Przyjmijmy takie wyjaśnienie tego zdarzenia. Zaproszenie przysłał mi prof. Hiroyuki Daido (Institute of Laser Engineering, Osaka University). Poznałem go wcześniej na jednym z wyjazdów do Moskwy. On też to spotkanie pamiętał.

Na International Forum on Advanced High Power Lasers and Applications (AHPLA’99), Osaka. Po mojej prawej prof. H. Fiedorowicz, po lewej prof. H.Daido i prof. E. Foerster (Jena)

Na “International Forum on Advanced High Power Lasers and Applications AHPLA’99 Osaka” (1-5 listopada 1999 r.) mam z nim pamiątkowe zdjęcie. Także z prof. H. Fiedorowiczem i jego znajomym z Uniwersytetu Friedricha-Schillera w Jenie prof.Eckhartem Foersterem. O samej konferencji nie będę wiele pisał. Nie wygłaszałem tam żadnego komunikatu. Bardziej chcę wspomnieć o tym co tam zobaczyłem, rozmowach, które udało mi się odbyć oraz miasto, które udało mi się zwiedzić. To dla czytelnika Bloga może być ciekawsze. Po kolei.

Na konferencji zobaczyłem po raz pierwszy Noblistę z laserów Ch. Townesa. Niestety z nim nie rozmawiałem. Z razem z nim nominowanymi Rosjanami: Basowem i Prochorowem, miałem honor poznać się osobiście. Ch. Townes był honorowym gościem konferencji i był oblegany przez miejscowych notabli. Żył równo 100 lat i wtedy był już w podeszłym (84 lata) wieku. Wtedy tak uważałem. Teraz może byłbym innego zdania.

Drugim zdarzeniem, które utkwiło mi w pamięci było zwiedzenie lasera petawatowego w budowie. Jego budowę w pełni zakończono w 2015 r. Ma parametry: moc 2 PW (1015 W) w impulsie 1ps (10-12 s). Jest on w dalszym ciągu rozbudowywany przede wszystkim w kierunku powiększania mocy, chociaż pewno też w kierunku zmniejszania czasu trwania impulsu. Przeznaczenie: badania podstawowe w zakresie fizyki. Granicą jest wytwarzanie impulsów atosekundowych (1 as = 10-18 s). Podobno, gdyby z taką rozdzielczością czasową wykonywać zdjęcia, otrzymalibyśmy ostry obraz elektronu krążącego wokół jądra w atomie wodoru. No, no. Rozmarzyłem się.

 Laser petawatowy w ILE Osaka

Może jeszcze kilka słów o tym jak profesorowie z ILE zdobywają pracowników do swoich jednostek organizacyjnych. To nie zawsze są Japończycy. W każdym razie nie tylko. Nie wiem dokładnie jak długo, ale takim pracownikiem visiting professor był Henryk Fiedorowicz. Widocznie ten system jest lepszy lub tańszy, albo jedno, i drugie, bo powszechnie stosowany nie tylko w Japonii. Rozmawiałem z jego doktorantami. Było ich kilku i wszyscy z Korei Południowej. Jednego można było być pewnym. Oni ciężko pracowali, by doktoraty zrobić. Przy okazji muszę się przyznać do popełnienia pewnej niezręczności. Powiedziałem, że mnie jako Europejczykowi trudno rozróżnić narodowości Chińczyków, Japończyków i Koreańczyków. Wywołało to poruszenie. To niemożliwe. Oni, ludzie z Korei mają zupełnie inną cerę. Nie powinienem się mylić. Przeprosiłem, jestem obserwatorem mało uważnym.

5.2. Hotel i Miasto 

Osaka, jak większość miast japońskich położona jest na wschodnim wybrzeżu wysp japońskich przy ujściu rzek. To jedno z największych miast – trzecie co do wielkości miasto Japonii. Załączam mapę jego położenia by uzasadnić kłopoty na jakie napotkałem w podróży. Nawet dwie, bo na pierwszej brak położenia Uniwersytetu. Miałem szczęście, bo w samolocie poznałem Polaka, po którego wyjechano na lotnisko.

Osaka zajmuje rozległy teren wybrzeża morza wewnętrznego o takiej samej nazwie.

Port międzynarodowy Kansai zbudowano na morzu, skąd zostałem zabrany z poznanym podróżnym i zawieziony do stacji metra już na lądzie. Zdziwiłem się, że było to dość daleko. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy do hotelu, który miałem zamówiony jechałem godzinami metrem. Była to stacja ostatnia tej linii w okolicy uniwersytetu, gdzie także odbywała się konferencja. Te odległości mierzone były wieloma dziesiątkami kilometrów. Nic dziwnego, że podróże trwały i trwały. W końcu dojechałem. Nieco zmęczony zapytałem przechodzące dwie panie o hotel, którego nazwę miałem zapisaną. Panie najpierw mi się grzecznie pokłoniły. A później pokazały kierunek, w którym powinienem się udać. Na szczęście słyszał moje pytanie przechodzący mężczyzna, dogonił mnie i wskazał w oddali budynek w kierunku przeciwnym. To nowe doświadczenie. W Japonii są tak grzeczni ludzie, że odpowiadają na pytania, których nie rozumieją lub na które nie znają odpowiedzi. Należy brać to pod uwagę. Hotel okazał się być budynkiem niezbyt okazałym. Nie wysoki do jakich byłem przyzwyczajony w innych miastach europejskich. Może było ich więcej, nie sprawdziłem. Teren mocno zadrzewiony. Skraj miasta.

Wejście do hotelu
Pokój jak na dwie osoby – maleńki

Te zdjęcia wykonałem osobiście. Wziąłem z sobą kamerę i nagrałem niektóre scenki. Z tych nagrań pochodzą zdjęcia, które tu są przedstawiane. Bardzo przepraszam za ich jakość. Kamery w tym czasie nie były najwyższej jakości, zapis na kasetach magnetycznych i co najważniejsze operator tzn. ja w pełni nie profesjonalny. Kamera nie miała stabilizacji obrazu, a ja zbytnio ją ruszałem. Obrazy są z reguły nieostre. Wybrałem te znośne. Muszą mi państwo wybaczyć, potraktować ze zrozumieniem. 

Było w nim miejsce do pracy
Łazienka z podstawowym wyposażeniem
Miejsce do zrobienia herbaty
Możliwość wypoczynku po japońsku, w kimonie

Powracam do opowieści. Pokój był maleńki, w szczególności biorąc pod uwagę, że dla dwóch osób.

Był jednak dobrze wyposażony, że wspomnę o czajniku do herbaty, filiżankach oraz co ważniejsze także herbacie. W łazience też były wydaje się potrzebne do higieny materiały.

Może to wystarczy jak na prezentację hotelu. Nie pamiętam już ceny, ale posiadane finanse to zniosły. To najważniejsze. Przejdźmy do miasta. Przez jedno z okien mojego pokoju hotelowego mogłem widzieć fragment kolei jednotorowej. To specyfika Japonii. Nie mogłem takiej okazji nie wykorzystać. Poczekałem i polowałem Proszę co udało mi się zaobserwować.

Widoczny pas to betonowa szyna
Wagon pociągu głęboko obejmuje szynę

Niestety zdjęcie prawe jest już widocznie nieostre. Wszystkie są i jeszcze będą nieostre, ale to szczególnie. Może dodatkowo uwidocznił się ruch pociągu. Nic nie poradzę. Jeszcze tylko jedno ujęcie z okna na taxi stojące przed hotelem. Starałem się zajrzeć im do środka. Pewno tego nie widać.

Ich taxi mają białe, koronkowe pokrowce na siedzeniach.

Koniecznie chcę ich pochwalić. Kierowcy są w czarnych mundurach, noszą czapki z lśniącym daszkiem, a pokrowce na siedzeniach są białe i koronkowe. Wyobrażacie to sobie w Warszawie? Ja nie.

Czas wyjść z kamerą na miasto. Osaka to stare miasto. Podobno było mocno zniszczone w czasie wojny. Tego teraz nie widać. Stare zabytki wkomponowane są w nowoczesny pejzaż. Zdjęcie zamku nie jest moje, dlatego jest dobre. Zrobione z platformy widokowej jest już moje. Łatwo to sprawdzić. Jest znacznie gorszej jakości. Taras obszedłem w koło. Wykonałem wiele zdjęć.

Zamek w Osace
Widok z tarasu zamkowego (jeden z możliwych)

Wybrałem to nie bardzo wiem, dlaczego. Co gorsze nie wiem jaką funkcję spełnia widoczny ogon rybi. Może to odprowadzenie wody, tzw. rzygacz. Nie było, jak zapytać, a pewno powinienem wiedzieć?

            Japonię tak samo jak kraje Europejskie podobno dotyka dotkliwy brak przyrostu naturalnego. Mimo to liczy w tej chwili przeszło 120 milionów ludzi. Topografia wysp zamieszkałych przez tą liczbę ludności powoduje, że gęstość populacji terenów nabrzeżnych znacząco przekracza średnią. To widać nawet na pierwszy rzut oka takiemu laikowi jak ja, który był tam pierwszy raz. Przede wszystkim odległości. Transport w miastach jest czteropiętrowy: pod ziemią metro, na poziomie gruntu autobusy i samochody osobowe, górą dwie oddzielne linie kolejowe: kolej jednoszynowa, coś w rodzaju metra nadziemnego i normalna kolej przeznaczona, jak wszędzie do podróży dalszych. 

Osłony chronią przed hałasem samochodów
Powszechne samoobsługowe kioski

Nie jestem w stanie tego pokazać, ale te pojazdy przebiegają w pobliżu okien wysokich budynków. Nie wiem co z akustyką. Na poziomie gruntu istnieją, są (pokazuję je) ekrany chroniące przed hałasem ruchu samochodowego. Wysoko nic przed nadmiernym hałasem nie chroni. Może pociągi są ciche? Nie wiem. Mam nadzieję. 

Staram się wyławiać z tej podróży elementy ciekawe. Teraz może mniej, ale wtedy rzucało mi się w oczy wiele miejsc z automatami samoobsługowego kupna różnego typu towarów. Nie dotyczy to tylko biletów, ale towarów powszechnego użytku. Szczególnie napojów, słodyczy, a czasem kanapek. Kiosk pokazany powyżej stał po prostu przy ulicy. Większość z nich znajduje się na dworcach, czy na dużych przystankach.

Ciekawych, nie spotykanych u nas rzeczy było wiele. Spieszę chociaż o nich wspomnieć. Pierwszy to bardzo głębokie rynsztoki. Muszą podobno odebrać wodę z bardzo obfitych deszczy, które tu się zdarzają. Może mało ciekawe, ale zauważyłem i zanotowałem. Szczególnie w starszej części miasta. Ta dróżka wiodła do budynku konferencji. Zdjęcie obok pokazuje inną cechę miasta.

Wyjątkowo głęboki rynsztok
Budynek w głębi należy do UO

Pełne wykorzystanie skrawków ziemi i hodowanie na nich pięknie strzyżonych drzew i krzewów.

Biorąc pod uwagę szczupłość miejsca, widoczna dbałość o zieleń jest godna pochwały.

Jak często krzewy te są strzyżone? 
Wykorzystanie każdego skrawka ziemi

5.3. Nara

   Na teren tworzący Osakę składa się z wielu miejscowości. Jedna położona w pobliżu, to Nara.

Obydwa posągi przedstawiają Buddę chociaż to nie są te same posągi

Pierwsza stała stolica Japonii. Dziś głownie ośrodek klasztorny. Na tyle blisko położony, że udało mi się go zwiedzić. Zdjęcie lewe pochodzi z Internetu. Mam jednak własne, to prawe. Rzekłbym niewiele gorsze, muszę się więc nim pochwalić. Na zdjęciach jedna ze świątyń, ta najważniejsza. W takim razie dwa następne zdjęcia (moje) pochodzą z wnętrza. Pokłońmy się Buddzie.

Do Nary wybrałem się jednak z innego powodu. To miasto słynie z tego, że zamieszkują je w symbiozie ludzie i jelenie. Jak widać mogą. I jedni i drudzy przyzwyczaili się do siebie. Chciałem koniecznie to zobaczyć. W końcu nie znam na świecie innych tego typu miejsc. Wyobraźcie sobie, że to prawda. Pełno ich tam. Jedzą podobno z ręki. Nie próbowałem. Podobno zabronione i słusznie.

Tak zbliżyłem się do końca pobytu w Osace i Japonii. Mogłem co prawda „wpaść” jeszcze do Tokio, ale wybaczcie miałem już dość. Wystarczy. Czas do domu. Przyleciałem do Osaki liniami KLM należącymi do Holandii. Nasz LOT chyba tam wtedy nie latał. Powrót miałem zarezerwowany także tymi liniami. Do Amsterdamu, a z Amsterdamu do Warszawy już LOT-em

5.4. Podróż powrotna

   Gdy leciałem do Japonii jakoś nie widziałem ziemi. Dokładnie nie pamiętam. Musimy też wziąć pod uwagę, że lot na wschód (pod słońce) daje odczucie skracania czasu. Mamy wrażenie, że czas płynie szybciej. Gdy lecimy np. w nocy, wydaje się, że trwa ona krócej. Odwrotnie, gdy lecimy na zachód – ze słońcem, czas jakby się wydłużał. Dokładnie miałem to wrażenie. Lecieliśmy w dzień.

Zmieniający się obraz na widocznym wysoko monitorze informował nas o miejscu, gdzie się znajdujemy i parametrach lotu. Na mało ostrym obrazie widać mały biały samolocik na prawym skraju obrazu. Tam jesteśmy. Niewiele przelecieliśmy, chociaż Kamczatkę już chyba też i jesteśmy nad lądem azjatyckim. Lecimy na wysokości przeszło 10 km, z szybkością ok 800 km/h. Ciekawa informacja: mamy przed sobą przeszło 7200 km. Wiedząc z jaką lecimy prędkością łatwo sprawdzić, że w samolocie spędzimy jeszcze prawie 9 godzin. To kawał drogi i lecieć będziemy dość długo. Kierujemy się w stronę granicy morskiej północnej Syberii. Taka jest najkrótsza trasa. Bardzo interesujące. Cały czas był dzień i dobra widoczność. Korzystałem i próbowałem nagrywać to co widziałem na ziemi. Brak dobrego sprzętu (i przyznajmy–umiejętności) powoduje, że nagranie ma kiepską jakość. Stąd zdjęcia uzyskane a tych nagrań są raczej jeszcze gorsze. Trudno, takie są.

Kilka słów ogólnych o widocznych i dalszych zdjęciach. Pierwsze może sugerować, że to niebo w pogodny dzień z widocznymi z rzadka chmurami. Chmury z rzadka tak, ale to nie niebo, a widok pod samolotem. Niebieski, a właściwie błękitny kolor to rozproszone przez atmosferę słoneczne promieniowanie. Gazy w atmosferze rozpraszają głównie część krótkofalową widma i stąd ów błękit. Z ziemi widzimy niebo też błękitne. Chmury to para wodna. Większe cząsteczki i rozpraszają w pełnym widmie, dlatego widzimy je jako białe. Gdyby było ich więcej widzielibyśmy je w postaci białego kobierca. Tak jest przeważnie w czasie podróży przez Atlantyk np. do USA. Na zdjęciu prawym chmur brak. Może to Kamczatka. Jest górzysta. Ośnieżone szczyty są białe, mimo że błękitna poświata pozostaje. Będzie nam towarzyszyć także na innych zdjęciach.

Zaraz po starcie widok obszernych urządzeń portowych i statki na morzu. Nic dziwnego międzynarodowy port lotniczy Osaki – Kansai jest położony właściwie na morzu.

To ciekawe zjawisko. Lekkie zachmurzenie uniemożliwia praktycznie obserwację ziemi. Jednak w miejscu rzek ruch powietrza odsłania płynącą wodę. Rzeki są dobrze widoczne. Na zdjęciu lewym, to ujście (delta) znacznie większej rzeki. Ujścia dużych rzek syberyjskich pokazują dwa dolne zdjęcia.

Nie pytajcie mnie których, bo nie potrafię odpowiedzieć. Jak pamiętam jest ich tam co najmniej trzy: Ob, Jenisej i Lena. Miałem dużo szczęścia, że udało mi się zobaczyć, a nawet coś zapisać z tej podróży. To fart. Siedziałem przy oknie, z dala od skrzydła samolotu i miałem dobrą widoczność. Śmiało tą podróż mogę zaliczyć do podróży życia.

        Nie skończyła się jeszcze i przygody z nią związane także. Zmuszeni byliśmy awaryjnie lądować w Helsinkach. Jeden z członków podróży zachorował i został w przewieziony do szpitala. My nie opuszczaliśmy samolotu. Natychmiast start i lądowanie w Amsterdamie. W Europie nie było co oglądać przez okno. Chmury, nic na ziemi nie widać. 

Na lotnisku w Amsterdamie tylko czegoś się napiłem. Jeść dostałem chyba dwa razy w samolocie. Nie było potrzeby. Lot do Warszawy z przygodami. Po wylądowaniu okazało się, że nie jesteśmy w Warszawie, a w Katowicach. Taka nieprzewidziana zmiana miejsca lądowania samolotu spowodowana złą pogodą. Była już późna noc. LOT gwarantował nocleg w normalnym hotelu. W naszym samolocie poznałem panią (na sąsiednim fotelu) z którą umówiłem się rano na podróż koleją do Warszawy. Polka, wyszła za mąż za Holendra i mieszka w Amsterdamie. Jechała do Warszawy służbowo w ramach jakiejś organizacji, w której pracowała. Przy wejściu do wagony dziwny tłok i po wejściu do przedziału stwierdziłem, że moja znajoma ma otwartą taką przez ramię torebkę, a tam brak wszystkiego: dokumentów, kart płatniczych i pieniędzy. Została doszczętnie okradziona. To drugi raz byłem świadkiem takiego zdarzenia. Pierwszy dotyczył Włocha, którego tak okradziono przy wejściu do pociągu na dworcu Warszawa Centralna. Wstyd, że takie rzeczy się u nas zdarzają. 

Po dojeździe do Warszawy pomogłem jej złożyć relację na policji i pożyczyłem trochę pieniędzy. Dziwne, że policjant nie kwapił się z przyjęciem doniesienia. Dopiero, gdy poprosiłem go o nazwisko, diametralnie zmienił nastawienie. Jeżeli byłem świadkiem dwóch takich przypadków, to znaczy, że jest to problem częsty. Muszą grasować wyspecjalizowane w tym procederze bandy. Nawet jako nie fachowiec łatwo wyobrażam sobie zorganizowanie akcji, w których bez trudu możnaby ich wyłapać.

Dlaczego tak się nie dzieje? Dlaczego policjant niechętnie sporządził meldunek o kradzieży? 

        Z tej podróży życia przywiozłem drobne upominki i mnóstwo wspomnień, którymi teraz z wami się dzielę.