| by Zdzisław Jankiewicz | 2 komentarze

Grodzeń

Grodzeń – położenie, zarys historii

Wieś, w której urodziłem się, spędziłem czas okupacji, a później często wracałem najpierw do rodziców (właściwie matki), a następnie brata Janka, nazywała się GRODZEŃ. Grodzeń położony jest w północno zachodniej części Mazowsza, chociaż nieraz kojarzony był z Kujawami lub Pomorzem. Historycznie to Ziemia Dobrzyńska. W Napoleońskich czasach znalazła się w granicach Królestwa Kongresowego (tzw. Kongresówce), co poczytywane było, nie wiem dlaczego, za wyróżnienie. Przynajmniej ja tak to odbierałem.

Spójrzmy na przedstawiony wycinek mapy. Droga krajowa nr 10 na odcinku pomiędzy miejscowościami Lipno i Kikół, i odcinki dróg pomiędzy tymi miejscowościami a wsią Grodzeń tworzą trójkąt prawie prostokątny. Odległość pomiędzy Grodzeniem i Lipnem jest w przybliżeniu dwukrotnie większa niż odległość pomiędzy Grodzeniem i Kikołem. Grodzeń odległy jest od Kikoła około 4 km, a od Lipna 8 – 9 km. Przemierzałem wielokrotnie jedną i drugą przeważnie pieszo. Przez jakiś czas zaraz po wojnie (1946)  chodziłem do kikolskiej szkoły podstawowej. Były to kursy popołudniowe, tak że wracałem do domu późnym wieczorem.
W latach 1948 – 1951 chodziłem do szkoły średniej (do liceum) w Lipnie. Była to już zbyt duża odległość, by dwa razy dziennie pokonywać ją przed i po zajęciach szkolnych. Mieszkałem w Lipnie. W internacie, gdy udawało mi się zdobyć tam miejsce. Gdy nie miałem takiego szczęścia (jako syn średniorolnego chłopa nie zawsze mogłem z tego korzystać) mieszkałem na tzw. „stancji”. Był to pokoik zajmowany przeważnie przez dwóch uczniów, wynajmowany u starszych pań dorabiających sobie w ten sposób na życie. Na każdą niedzielę wędrowałem do domu. Należało zobaczyć się z rodziną i pewno trochę lepiej zjeść. Matka na tą wizytę zawsze robiła lepszy, niedzielny obiad. Sobotnia kolacja też była bardziej uroczysta. Droga do domu  po sobotnich lekcjach nie wydawała mi się długa. Szło się z ochotą. Za to powrót w poniedziałek nie był przyjemny. Przede wszystkim byłem przez matkę budzony przed 5,00, by się umyć, ubrać, zjeść śniadanie i zdążyć na lekcje, które zaczynały się punktualnie o godzinie 8,00. Brrrrr.

Teraz obydwie drogi są utwardzone i położony jest asfalt. W końcu większość mieszkańców Grodzenia ma samochody. Kiedyś za mojego dzieciństwa samochodu nie miał nikt. Dobrze, gdy rolnicy mieli wozy i konie. Później „kawalerka” jeździła rowerami. Miałem starsze siostry i wiem coś na ten temat. Przyjeżdżali rowerami do moich sióstr. Oni siedzieli w ogrodzie lub szli na spacer, a ja jeździłem ich rowerami. Droga do stawu (sadzawki) była lekko z górki i fajnie się zjeżdżało. Nie sięgałem niestety nogami z siodełka do pedałów, ale nauczyłem się jeździć przekładając nogę nie nad ramą a pod ramą. Był to karykaturalny sposób, którego bliżej nie potrafię opisać. Niestety dziś nie byłbym w stanie także tego pokazać. Zostawmy zatem ten problem.

Droga przy której mieszkaliśmy (ta do Lipna) nazywana była „traktem”. Była to droga gruntowa Latem pokryta była drobnym pyłem. W trakcie jazdy konnym wozem wzniecany był tuman kurzu, który osiadał wszędzie. Byliśmy do tego przyzwyczajeni. Ścieżka przy drodze do wędrówki pieszej nie była tak zapylona. Mimo tego po przejściu z Lipna do Grodzenia trzeba było czyścić buty, nie mówiąc o myciu nóg aż do kolan i trzepaniu ubrania. Deszczową wiosną, a szczególnie jesienią nasz trakt zamieniał się w głębokie „bajoro”. Szczególnie odcinki mniej piaszczyste były nie do przebycia. Ziemia w tych okolicach była dość dobra. Klasa druga i trzecia. Nadawała się do uprawy buraków cukrowych. Wywózka ich jesienią dużymi i ciężkimi wozami na kołach z żelaznymi obręczami rozwalała tą drogą dokumentnie. Pamiętam taki rok w czasie niemieckiej okupacji, gdy fornale z folwarku w Ciełuchowie na niezwykle głębokich wybojach specjalnie gubili buraki. Spadały w to błoto, a my biegliśmy za furą z koszykiem i je zbieraliśmy. Matka i siostry z buraków cukrowych umiały wygotować taką ciemną i gęstą ciecz – słodką melasę. Służyła nam do smarowania chleba i różnego rodzaju placków. Uzupełnialiśmy w ten sposób nasze wtedy wysoce niewystarczające zasoby żywności.

Jak widać położenie miejscowości uznawanej za rodzinną nie było wyszukane. Nie odznaczała się ona również zamożnością. Jej mieszkańcy byli raczej biedakami. Nie myliłem się wiele mówiąc czasem, że urodziłem się w „wiosze dechami zabitej”, co to „daleko do Boga i ludzi”.

A jednak miała ona cechy wyróżniające ją spośród sąsiednich wiosek. Na terenie Grodzenia stała Kaplica. To coś więcej niż Kaplica. Miejscowi nazywali ją zawsze i nazywają także teraz Kościółkiem [fot.1]. Kościółek pamiętam z początkowych lat okupacyjnych, gdy był remontowany. Remont, to za dużo powiedziane. Było to przystosowanie do użytkowania. Wcześniej uroczystości religijne w Kościółku odbywały się w Piotra i Pawła, patronów kościółka. Był odpust i festyn. Można było kupić obwarzanki, gdy rodzice dali 5 groszy. W pozostałe niedziele i święta wierni wędrowali do kościoła parafialnego w Kikole. Oczywiście na pieszo; znów nie taki świat drogi – głupie 4 km.
Dlaczego kościółek tak awansował w czasie okupacji? Ano stał się ważny. W kościele Kikolskim najpierw zamalowano tablice fundatora hrabiego Zboińskiego (nie był Niemcem), a następnie zamieniono go na magazyn mebli. W Kikole nie było wtedy gdzie odprawić mszy. W murze okalającym cmentarz jest do dziś kapliczka 2×2 metry, w wnętrzu której ksiądz umieścił ołtarz, a ludzie stali na dworze niezależnie od pogody i pory roku. Następną w okolicy świątynią do wykorzystania był nasz kościółek. Stąd jego awans.

Fot. 1. Kaplica – „Kościółek” w Grodzeniu

Remont polegał na otynkowaniu ścian zewnętrznych i pomalowaniu wewnątrz. Mieszkaliśmy niedaleko kościółka i pamiętam to tynkowanie. Mur był gruby na około 2 metry, zbudowany z kamieni łączonych białą spoiną wapienną. Fachowcy kręcili głowami: to musi być bardzo stare, – mówili między sobą – krzyżacka robota. Tego nie rozumiałem. 

Dziś na zewnątrz, jak widać na załączonym zdjęciu, wygląda równie okazale Wewnątrz nie jest już tak wspaniały [fot 2].

Fot. 2. Wnętrze kościółka w Grodzeniu

Ze starego kościółka jaki pamiętam z lat okupacyjnych pozostał obraz wiszący po prawej stronie krzyża. To patroni Kościółka – św. Piotr i św. Paweł. Obraz jest już ciemny, poszarzały ze starości. Pod względem kompozycji jest typowy: św. Piotr dzierży w ręku klucze, a św. Paweł – miecz. Państwo tego nie widzą – ja pamiętam.
Kiedyś był w kościółku jeszcze drewniany ołtarz. Właściwie taka plaska kompozycja odstawiona na ok. półtora metra od tylnej ściany. Przestrzeń ta wykorzystywana była przez księdza do przebierania się w szaty liturgiczne. Bym zapomniał. Na tylnej ścianie nad wejście zawieszona była podstawa chóru z wejściem po lewej stronie w postaci krętych ciasnych schodków. Na chórze stał ciemny mebel, który kiedyś podobno miał zdolność wydawania dźwięków, ale ja ich nigdy nie słyszałem. Jeżeli od widzianego na zdjęciu wnętrza odejmiemy to wszystko, nazwa, że był to nie kościół a kościółek, będzie usprawiedliwiona. W trakcie późniejszej gruntownej przebudowy wszystkie ta elementy zostały usunięte. Wnętrze stało się bardziej przestronne, dla mnie jednak czegoś mu brak, coś straciło. Obecne wnętrze przestało być miniaturowym kościołem, a stało się modlitewną salką. Wiem, że z ołtarza, który pamiętam sypało się próchno, był dokumentnie zjedzony przez korniki, a na chór nie pozwalano już wtedy wchodzić, bo groził zawaleniem.
Gdy odwiedzam strony rodzinne, zawsze gdy mam taką możliwość, odwiedzam kościółek. Chodziłem z bratem gdy żył. Teraz w Grodzeniu bywam coraz rzadziej, a do kościółka mogę chodzić tylko sam.

Kościółek, jego pochodzenie stanowi pewnego rodzaju tajemnicę. Niby wszystko jest jasne. Wewnątrz, po prawej stronie wejścia znajduje się tablica wyjaśniająca historię jego powstania. Możemy z niej dowiedzieć się, że kościółek został zbudowany w 1778 r. przez Jaśnie Wielmożnego Ignacego Antoniego Zboińskiego, wojewodę Płockiego dla wygody mieszkańców Grodzenia. [fot.3]

Fot. 3. Tablica wmurowana wewnątrz kościółka
Fot. 5. W sąsiedztwie Kościółka znajduje się niemiecki cmentarz
(zdjęcie satelitarne)

Nie wiedzieć dlaczego przekaz miejscowy, przez lata powtarzany przeczy literalnie rozumianemu zapisowi tablicy. Zgodnie z nim kościół jest starszy, wcześniej był kościołem ewangelickim, a sąsiadujące z nim ziemie zamieszkiwali osadnicy niemieccy. 

To prawdopodobne. W sąsiedztwie Kościółka w odległości kilkuset metrów po drugiej stronie traktu na niewielkim wzniesieniu znajduje się miejsce gdzie wcześniej był cmentarz niemiecki [fot. 4]. Celowo piszę „niemiecki”, a nie ewangelicki. W tych stronach nie było innej narodowości ewangelików, poza Niemcami. Jeszcze do 1945 r. na tym cmentarzu chowani byli miejscowi mieszkańcy narodowości niemieckiej. Jest rzeczą naturalną, że w pobliżu kościołów umieszczane były cmentarze. W takim razie kościółek powinien być kościołem ewangelickim. Cmentarza katolickiego w okolicy nie było i nie ma. Był i jest dopiero w Kikole przy kościele parafialnym. 

Możliwe jest inne tłumaczenie tego faktu. Mógł być zbudowany cmentarz w miejscowości zamieszkałej dostatecznie licznie przez ludność danego wyznania, w tym przypadku narodowości niemieckiej. Rzecz w tym, że we wsi Grodzeń mieszkała tylko jedna rodzina niemiecka i to na jej skraju. W sąsiednich wsiach, np. leżącej na wschód od Grodzenia wsi Makówiec było znacznie więcej osadników niemieckich. Dlaczego mieli zrobić cmentarz akurat w Grodzeniu, gdzie Niemców praktycznie nie było? Dlatego napisałem, że przekaz o ewangelickim pochodzeniu Kościółka jest prawdopodobny.
A oto, co na temat miejscowego przekazu o pochodzeniu kościółka i wsi Grodzeń napisał mój brat.

Jak głosi wieść przekazywana z pokolenia na pokolenie, parę set lat temu, średniej wielkości wieś (o powierzchni ok. 4 km kwadratowych) Grodzeń w całości zamieszkiwali osadnicy niemieccy. Dowodem tego jest istniejący w pobliżu kościoła cmentarz ewangelicki. W sąsiednich wsiach Janowie i Makówcu jeszcze krótko przed wojną (II wojną światową) w 30% zamieszkiwali Niemcy. Podobno w XVIII wieku Hrabia Zboiński, właściciel okolicznych folwarków, wykupił w całości wieś Grodzeń od Niemców, osiedlając w niej sprowadzone z Polski centralnej cztery rodziny: Kuropatwów, Wojciechowskich, Kiełkowskich i Kopczyńskich. Wtedy, należy przypuszczać, kościół ewangelicki został wyświęcony na katolicki. Stał się kościółkiem.
Początkowo Grodzeń był wsią pańszczyźnianą. Osadnicy zobowiązani byli pracować nawet trzy dni w tygodniu w majątku hrabiego. Po uwłaszczeniu każdy stał się właścicielem gruntu, który uprawiał. Z czasem liczebność mieszkańców Grodzenia zwiększała się, a przypadający na pojedyncze gospodarstwo areał ziemi automatycznie malał. Krótko przed wojną wieś liczyła około 50 gospodarstw, a niektóre z nich prawie nie posiadały ziemi. 

Nie daję przysłowiowego „złamanego grosza” za prawdziwość przekazu mojego brata. Prawdziwy natomiast jest cmentarz niemiecki, kościółek i we wsi zamieszkiwali Kuropatwy, Wojciechowscy, Kiełkowscy i Kopczyńscy. Oczywiście nie tylko. Ale to zrozumiałe.

Istniały także wiejskie części wspólne: Kapuśniki i Kołowrót [fot. 5]. Może to pozostałość po tzw. serwitutach. Świadczyć mogą, że mieszkańcom było nadawane prawo użytkowania nie ich gruntów. Części wspólne, to mało przydatne do uprawy grunty, dzielone na kawałki i przydzielane każdemu z gospodarstw. Kapuśniki położone były wzdłuż nie istniejącego już rowu odwadniającego, biegnącego przez całą wieś, w tym przez sąsiadujący z zabudowaniami moich rodziców staw widoczny w górnym prawym rogu fot. 5. Jak sama nazwa wskazuje Kapuśniki przeznaczone były chyba pod uprawę kapusty.
Z czasem te płachetki ziemi były sprzedawane biedakom, którzy stawiali tam liche domki i byli wyrobnikami. Dziś praktycznie ten teren jest niezamieszkały.
Kołowrót był podmokłą łąką ze złożami torfu – inaczej torfowiskiem. To typ mokradeł gdzie zachodzą procesy akumulacji osadów organicznych. Te osady to najmłodszy rodzaj węgla. Ma do 60% składników palnych, dlatego wykorzystywany był jako opał.
Jeszcze w pierwszych latach po wojnie kopano tam torf. Na pewno pamiętam taką akcję na początku niemieckiej okupacji. W czerwcu, gdy była najlepsza, słoneczna pogoda zmawiali się wszyscy, którzy w danym roku zamierzali kopać torf. Następnie kolejno wypożyczonym tzw. ślimakiem wypompowywano wodę. Był to dość pracochłonny proces, ale przy wysokim stanie wody nie udawało się wykopać torfu na głębokość pokładu. Zbierała się woda i nie pozwalała wybrać dostatecznej ilości tej kopaliny. Później należało rozdrobnić i dokładnie wymieszać tą błotnistą masę. Następnie w postaci wałków o długości ok. jednego metra wyłożyć ją na trawę do wyschnięcia. Do wytwarzania tych wałków służyła dość prymitywna maszyna napędzana końmi za pomocą kołowrotu. Wszystkie te urządzenia należało na miejsce kopania torfu zawieźć, prace wykonać, torf wysuszyć, przekładając go wielokrotnie, przywieźć i przechować w suchym miejscu, by w zimę mieć co włożyć do kuchni i np. ugotować obiad. Innego paliwa nie było. Drewno w naszej okolicy było mało dostępne. Na węgiel rolnika kiedyś nie było stać, a o możliwości używania gazu chyba nawet nikt nie wiedział.

Lubiłem okres kopania torfu. Byłem jeszcze za mały, by odczuć trud tych robót, chociaż lżejsze prace wykonywałem. Przy wylewaniu wody łowiliśmy ryby. Była uciecha.
Dziś miejsce gdzie kopaliśmy torf to tzw. torfniaki – staw powstały po wykopie torfu. Zarasta trzciną, rzęsą i innymi bagiennymi roślinami. Z ryb mogą tam żyć karasie, płotki, okonie, rzadziej liny. Może trafiać się szczupak.

Fot. 5. Części wspólne wsi Grodzeń (satelita)

Wspomniałem już, że mieszkaliśmy niedaleko kościółka. Dobrze obrazuje to satelitarne zdjęcie (fot. 6). Zabudowania nasze odgradzał od traktu nieduży staw nazywany, nie wiem dlaczego, sadzawką. Internet wskazuje, że zbiornik nazywany „sadzawką” powstaje w sposób sztuczny, zatrzymując wodę dla celów gospodarczych. Może nawet. Sadzawka leżała na drodze rowu odwadniającego biegnącego z północy przez całą wieś do kołowrotu. Pewno w tym miejscu było naturalne zagłębienie, umożliwiające utworzenie takiego stawu retencyjnego. Sadzawka była użyteczna. Krowy z pastwiska najpierw biegły do sadzawki, by się napić, a dopiero później udawało je się zapędzić do zagrody, gdzie nocowały. Po sadzawce pływały kaczki zjadając występującą na niej rzęsę. Podobno hodowla kaczek bez dostępu do wody nie jest wskazana. W sadzawce brodziliśmy po pas łowiąc karaski. W zimę na sadzawce była doskonała ślizgawka. Jednym słowem sadzawka spełniała funkcje gospodarcze i rekreacyjne. Była bardzo pożyteczna, a jej nazwa, zgodnie z Internetem, była uzasadniona.

Fot. 6. Rodzinne „siedlisko” (satelita)

Zabudowania widoczne na zdjęciu satelitarnym są współczesne. Murowany z cegły dom został zbudowany w pierwszych latach po wojnie, inne zabudowania gospodarcze jeszcze później. Mieszkalny dom, który jeszcze pamiętam, zbudowany był z drzewa. Były to poziomo ułożone kloce, zazębiające się na narożach na tzw. węgły. Do dziś można spotkać tak zbudowane domy na Kurpiach i Podhalu. Dom był stary. Właściwie nikt nie wiedział, kiedy został zbudowany. Miał niewielkie okna i pokryty był słomianą strzechą. Jak na warunki wiejskie część mieszkalna była dość obszerna. Składała się z dwóch pokoi, dość dużej kuchni i tzw. sieni, z której solidne drzwi wyjściowe prowadziły bezpośrednio na podwórze. Sień spełniała ważne funkcje. Na zewnątrz domu nie było utwardzonego podłoża. Gdy padał deszcz, było tam po prostu błoto. W sieni zabrudzone obuwie było czyszczone lub zdejmowane. W sieni też przeważnie znajdował się piec do chleba. Podstawowe miejsce bez którego nie było chłopskiej zagrody, a pieczenie chleba należało do ważniejszych czynności, wręcz rytuału, gospodyni domu. Z sieni było też wejście (strome schody) na poddasze. Poddasze z reguły nie miało charakteru mieszkalnego. Była to trochę rupieciarnia, ale przede wszystkim miejsce gdzie suszone było i przechowywane ziarno, mąka i inne produkty konieczne w prawie samowystarczalnym gospodarstwie, jakim była zagroda chłopska.

Najważniejszym pomieszczeniem w domu była kuchnia rozumiana jako pomieszczenie. Centralne w niej miejsce zajmowała właściwa kuchnia (zwana dawniej kotliną), w której praktycznie cały dzień płonął ogień. Gotowane były potrawy i przetwory dla ludzi, a także karma dla zwierząt. Ważnym meblem był duży stół. W normalny dzień i niedzielę cała rodzina przy tym stole jadła wszystkie posiłki. Pokoje przeznaczone były do spania, a uroczysty obiad jedzony był w pokoju jedynie w duże święta lub z okazji ważnych rodzinnych spotkań.

Starsze domostwa miały szeregową zabudowę i pod jednym dachem znajdowała się część mieszkalna i pomieszczenia dla zwierząt domowych – obora, szopa (różnie mówiono). Wtedy w sieni znajdowały się także drzwi do owej szopy. Nasze stare zabudowanie było takim szeregowcem.
W części przeznaczonej dla zwierząt znajdowały się konie i młodzież: źrebaki, cielaki, prosiaki (we wczesnym okresie razem z matką – maciorą). Inny inwentarz, krowy, trzoda chlewna, ptactwo (kury, kaczki, gęsi, indyki) miały dodatkowo zbudowane pomieszczenia.

Fot. 7. Widok siedliska z samolotu (fot. współczesna – Marek Gąsik)

Należy jeszcze wspomnieć o stodole. W starych gospodarstwach rolnych musiała być stodoła. Nie było jeszcze kombajnów zdolnych do jednoczesnego ścinania i omłotu zboża. Było ono zwożone z pola, składowane właśnie w stodole, by w odpowiednim czasie dokonać młocki, oczyścić ziarno z plew i wysuszyć go na poddaszu. Było na mąkę (chleb), kaszę, śrutę dla zwierząt i oczywiście nadwyżkę do sprzedaży. Dziś te procesy przebiegają prościej i szybciej. Rodzi się więcej zboża. Nikt nie przejmuje się stratami ziarna w trakcie zbiorów. My jako dzieci jeszcze chodziliśmy po rżysku (pole po ściętym i zebranym zbożu) i zbieraliśmy kłosy. Nie sądzę, byśmy robili to dla nagrody. Drobniaki za to otrzymywaliśmy. Był to rodzaj szacunku dla wkładanego trudu w wyhodowanie płodów rolnych i ich oszczędzanie.

Fot. 8. Dzisiejszy wygląd rodzinnego domu

Obecne wejście do domu od podwórza przedstawia fot. 8. Miejsce rekreacyjne przed domem to wytwór mojego bratanka Mariusza Wasilewskiego. Ma smykałkę do tego typu prac. Widoczna zieleń, to zasługa jego żony Marii (widoczna na zdjęciu z wnuczką). Kocha rośliny, a rośliny kochają ją. Pełno tego w domu i poza domem. Imponujące.

Opisując moją rodzinną wieś Grodzeń, jest jedna kwestia, której nie powinienem, nie mogę, pominąć. Przytoczę wcześniej napisaną frazę, że opodal kościółka jest: miejsce gdzie wcześniej był cmentarz niemiecki. Muszę do tego wrócić. Dlaczego miejsce, a nie cmentarz. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że cmentarz został zdewastowany, pozostało tylko miejsce gdzie wcześniej on był. Może i to dobre. Była chęć, jak to się mówi, dosłownego zaorania niemieckiego cmentarza, by nie pozostał żaden ślad ich tj. Niemców tu bytności. Nie zamierzam, nie chcę nikogo usprawiedliwiać. Miejsce wiecznego spoczynku powinno być uszanowane, nawet wtedy gdy dotyczy to takiego zwyrodnialca, jakim był Albert Wyckie1, o którym jeszcze będzie okazja wspomnieć. Zmarł na gruźlicę pod koniec wojny i został pochowany na grodzeńskim cmentarzu. Wszyscy Polacy odetchnęli z ulgą.

Często zastanawiałem się dlaczego moja wieś nazywała się Grodzeń. Znalazłem opracowanie, które może przybliży nam historię tych ziem. Opracowanie, którym chcę was zainteresować napisał Mirosław Krajewski i nosi ono tytuł: „O właściwą pisownię nazwy własnej „Ziemia Dobrzyńska” na tle jej odrębności i trwałości historycznej oraz kulturowej”. Pan prof. Mirosław Krajewski kończył Liceum w Lipnie i chociażby z tego powodu jest mi osobą bliską. Nie dlatego jednak przywołuję tu jego pracę poświęconą dowodzeniu prawidłowej pisowni „Ziemia Dobrzyńska” jako nazwy własnej. Czynię to dlatego, że wielokrotnie wspomina nazwy sąsiednich miast Lipno. Rypin, osady Kikół, a nawet mojej rodzinnej wsi Grodzeń w powiązaniu z historią Ziemi Dobrzyńskiej. 

Uwaga zasadnicza. Dobrzyń, miasteczko, a właściwie osada od której bierze nazwę Ziemia Dobrzyńska, leży nad Wisłą, po jej prawej stronie pomiędzy Płockiem a Włocławkiem nieco powyżej ujścia rzeczki Skrwa do Wisły. Nazwy tej miejscowości nie należy mylić z Dobrzyniem nad Drwęcą stanowiącą lewostronną część miasta Golub – Dobrzyń. Dwie nazwy praktycznie tego samego miasta to wynik rozbiorów Polski. W tym miejscu Drwęca stanowiła granicę pomiędzy częściami naszego kraju włączonymi do Niemiec i Rosji. Różnice nazw miejscowości, jako wynik polityki rozbiorowej (tak sądzę), pokutuje do dziś.

Jak podaje M. Krajewski, Ziemia Dobrzyńska, jako region polityczno–administracyjny, ukształtowała się w XIII w. Jej naturalne granice wyznaczają rzeki Wisła, Drwęca i Skrwa, a po dołączeniu obszaru rypińskiego, rzeczka Ruziec. Podaję granice orientacyjne. Proszę zapoznać się z pracą Krajewskiego, tam granice Ziemi Dobrzyńskiej podane są precyzyjnie. Jedno jest pewne, Lipno i Kikół (był podobno do ok. 1250 kasztelanią), a więc i Grodzeń, wchodziły w skład Ziemi Dobrzyńskiej.

Jak uczyliśmy się na lekcjach historii, w XIII w. książę Konrad Mazowiecki nie mogąc poradzić sobie z wojowniczymi plemionami zamieszkującymi po prawej stronie Wisły ziemie nadbałtyckie, głównie Prusami, niepomny na doświadczenia węgierskie2, zaprosił do zamieszkania na północnych krańcach swego księstwa Zakon Rycerzy Krzyżowych. Przekazał im w dzierżawę ziemię chełmińską i michałowską. Głównymi miastami ziemi chełmińskiej są Toruń, Chełmno (stąd nazwa regionu) i Grudziądz, a ziemi michałowskiej – Wąbrzeźno i Brodnica. Południową granicą nadanych Krzyżakom ziem była rzeka Drwęca. W takim razie na północy nasza rodzinna Ziemia Dobrzyńska zaczęła graniczyć z przybyszami z Niemiec. Musimy bowiem wiedzieć, że pierwotną nazwą zakonu krzyżackiego był założony w Jerozolimie Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego.
Było to bardzo niebezpieczne sąsiedztwo. Krzyżacy mieli poparcie w osobie cesarza Fryderyka II noszącego tytuł „cesarza rzymskiego narodu niemieckiego”. Cesarz Fryderyk i wielki mistrz zakonu krzyżackiego Herman von Salza byli współuczestnikami wyprawy krzyżowej i zachodzi podejrzenie, że to cesarz był właściwym pomysłodawcą zaproszeni zakonu do Polski, a nie Konrad Mazowiecki. Już w marcu 1226 roku cesarz Fryderyk II zatwierdził darowiznę Konrada, a na dodatek nadał zakonowi całe Prusy w bezpośrednie władanie, zanim ziemie te zostały zdobyte. Zakon miał także poparcie papieża.
Jak niebezpieczne było to sąsiedztwo, mieli się wkrótce przekonać kolejni władcy Mazowsza i Polski, a na pewno ludność Ziemi Dobrzyńskiej. Ta, mam na myśli Ziemię Dobrzyńską, napadana była bowiem często, okupowana wielokrotnie i długo. Lokalna ludność była mordowana lub zamieniana w niewolników. W to miejsce sprowadzani byli osadnicy z innych krajów Europy, w szczególności z Niemiec. 

Może jest coś z prawdy w zasłyszanej opowieści opowiedzianej przez mego brata o zamieszkiwaniu terenu mojej wsi przez Niemców. Jeżeli została przez nich opuszczona, czy od nich odkupiona, to możliwe było sprowadzenie w to miejsce polskich rodzin z Małopolski.

Co z nazwą – Grodzeń? Jest taki fragment w artykule M. Krajewskiego dotyczący związków tych ziem z Litwą. Istotnie w okolicy istnieją miejscowości Kawno, Wildno. Znane miejscowości o podobnych nazwach na Litwie występują. Przy tej okazji wymienia także Grodzeń. Miejscowości o podobnych nazwach, tak na ziemiach w Polsce jak i na Litwie jest wiele: Gródek, Grodziec, Grodzień, no i Grodzeń, nie mówiąc o takich nazwach z przedrostkiem Nowo (Nowogród, Nowogródek) i dodatkowym określeniem Jagielloński (np. Grodziec Jagielloński). A swoją drogą musi to oznaczać, że na terytorium Ziemi Dobrzyńskiej istniało osadnictwo z Litwy. Ciekawe kiedy?

Krajewski przytacza także fragment z VI Księgi Pana Tadeusza „ o Dobrzyńskich”. Tyle razy czytałem Pana Tadeusza i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że ten fragment podobno dotyczy potomków „brańców (jeńców) z Ziemi Dobrzyńskiej”. 

Bieda – Grodzeń

Grodzeń jest wioską średniej wielkości – ok. 4,5 km kwadratowego (450 hektarów). Podaję te wartości na podstawie wspomnień mojego brata, a on jak sadzę przytoczył je w dużym przybliżeniu. Przed samą wojną składało się na nią około 50 dymów (tak popularnie, kiedyś mówiło się o zagrodach, domach wraz z gospodarczymi przyległościami).
Chcąc opisać zamożność naszej wsi oddam głos mojemu bratu. On ten temat uwzględnił w swoich wspomnieniach. Ja tylko dodam, że opierał się on na opowiadaniach ludzi w wieku naszych (jego i moich) rodziców, a waszych dziadków i pradziadków (mówię do moich dzieci i wnuków). Nie bawiąc się w szczegóły, sięgamy do początku wieku XX. Popatrzcie to już 120 lat. Faktycznie moja matka urodziła się w 1898, a ojciec w 1905 roku. Kraj był jeszcze pod zaborami, a świadectwa urodzenia waszych pradziadków pisane były cyrylicą. Warto o tym pamiętać. Teraz oddaję głos mojemu bratu:

No ogólną ilość 50 gospodarstw, tylko 7 miało domy stojące osobno. Odsunięte do obory o kilka metrów. Pozostałe gospodarstwa miały domy połączone z oborą (pod jednym dachem), przegrodzone wąskim korytarzem. Z korytarza jedne drzwi prowadziły do kuchni, drugie do obory. W oborze nie było żadnych chodników, a cały inwentarz: konie, krowy, świnie i ptactwo mieściło się razem poprzedzielane drążkami. Tylko tysiące much fruwały gdzie chciały. Obornik usuwało się przeważnie raz na miesiąc, a gnojownik znajdował się na podwórzu kilka metrów od okien domu mieszkalnego. Albo mieszkańcy wsi nie mieli węchu, albo obornika miał przyzwoity zapach, że nigdy i nigdzie nie było protestów. Studnia z wodą znajdowała się nie dalej jak 10 do 15 metrów (czasami zupełnie przy oborze) i miała głębokość 5 – 10 m. Wody w studni wystarczało przeważnie wiosną i jesienią. Letnią porą wodę dla bydła i świń trzeba było nosić lub dowozić czasem z odległych bagien. 

Mieszkanie składało się przeważnie z kuchni i dwóch izb. W korytarzu, który przegradzał oborę od części mieszkalnej znajdował się tak zwany „dęty komin”. U dołu miał on powierzchnię (3 – 4) metrów kwadratowych i stopniowo zwężał się ku górze. W kominie były drzwiczki, a w środku wymurowany był piec do wypieku chleba. Gospodyni raz na tydzień piekła w nim 4 do 6, w zależności od wielkości rodziny, bochenków chleba. Były to raczej bochny, a nie bochenki. Każdy z nich ważył przeważnie około 4 kg. Chleb nie miał żadnych domieszek i stosunkowo grubą skórkę, tak że długo zachowywał świeżość. W korytarzu zwanym często sienią były jeszcze dość strome schody, po których wchodziło się na strych. Przechowywano na nim zboże i wszystkie zbędna rzeczy. W sieni z reguły nie było podłogi. Posadzkę w sieni stanowiła ubita i dobrze wysuszona glina. Była ona kilka razy dziennie zamiatana miotłą wykonaną z brzozowych witek i posypywana białym piaskiem. Gdy wchodziło się do sieni z obory, wnosiło się słomę z obornika, gdy wchodziło się z podwórza, przeważnie wnosiło się błoto.
Obuwie oczyszczało się (opukiwało) w sieni. O zmianie butów roboczych na domowe nikt nie słyszał. Skarpetek na co dzień także nikt nie nosił. Kobiety na co dzień nosiły obuwie zwane wtedy „korkami”. Miały one podeszwę zrobioną z drewna (grubość ok. 1 cm). Na górze zamocowany był pasek ze skóry lub mocnej tkaniny, pod który wkładało się stopę. Taki „but” swobodnie można było wkładać lub zdejmować, by np. iść dalej boso.

Dodam od siebie, że w latach 80. obuwie tego typu stało się modne. Nazywano je wtedy „trepami”. Kupił sobie takie mój syn Krzysztof. Gdy wracał późno do domu, a zdarzało się to mu dość często, stukotem trepów budził mieszkańców okolicznych posesji. Wracam do relacji brata. 

Gdy mieszkańcy danego gospodarstwa składali się z jednej rodziny, nie było tak źle. Gorzej gdy żyli dziadkowie – deputatnicy. Wtedy gospodarzom pozostawała kuchnia i tylko jedna izba.

Deputaty to ciemna karta historii wsi polskiej. To utrapienie i niezgoda w większości rodzin na wsi. Starość to lata udręki ludzi, którzy ciężko przepracowali całe życie, by na kilka lat starości nie zaznać spokoju.
Gdy dzieci dorastały, a rodzice się starzeli, trzeba było dokonać podziału tego, co się ciężką pracą zdobyło. Trzeba też było zapewnić sobie utrzymanie do końca życia. Przy podziale majątku, gdy w ogóle było czym się dzielić, zawsze ktoś czuł się pokrzywdzony. Nastawały kłótnie, pretensje i ogólnie niezgoda. Większa niezgoda panowała w rodzinach zamożniejszych. Panowała tam większa zachłanność i zazdrość. Często rodzeństwo skłócone było na całe życie. Co dziwne, serdeczność i przyjaźń zdarzały się w rodzinach biednych, gdzie nie było się czym dzielić.

Po przekazaniu gospodarstwa dziecku (synowi albo córce) rodzice u notariusza wyznaczali sobie dożywocie to jest ów deputat. Zależnie od wielkości gospodarstwa, zapisywane było mieszkanie ogrzewane, albo stosowna ilość torfu i drewna (gałęzi). Torf mierzony był w „klaftach” (18 koszy), a gałęzie w „kupkach” (ok. 4 metrów sześciennych). Te niezbyt precyzyjne miary mogły być już przedmiotem sporu. W deputat wchodziło ponadto zboże, głownie żyto i ziemniaki. Najważniejszą była krowa, żywiona przez cały rok przez gospodarza, chlewik dla hodowli świniaka i pomieszczenie dla kilku (np.10) kur. Dla starych ludzi największym skarbem była krowa. Ona ich żywiła, a za częściowo sprzedane mleko kupowali sól i cukier. Cukier był rarytasem, którego zjadano bardzo mało. Krowy w tych czasach nie dawały tak dużo mleka jak teraz. Były znacznie gorzej karmione. Przeciętnie krowa dawała około 15 litrów mleka dziennie. Starym dziadkom na deputacie nie „przelewało się” jak popularnie mówiono. Rzeczywiste niewywiązywanie się z deputackich zapisów, lub przekonanie dziadków o ich krzywdzeniu, skutkowało częstymi awanturami kończącymi się procesami sądowymi. Dochodziło nawet do rękoczynów. Starzy duża żądali, młodzi mało dawali, a normalnie wszystkim brakowało. Starzy zapomnieli, że byli kiedyś młodymi, młodzi nie brali pod uwagę, że przyjdzie taki czas, gdy zestarzeją się. Działo się tak od niepamiętnych czasów, z pokolenia na pokolenie. Doceńmy wprowadzenie emerytur dla rolników. Są małe, ale dla rolników przekazujących ich gospodarstwa następcom, to raj na ziemi. Starzy rolnicy mają kilka złotych na życie i najpilniejsze potrzeby. Gdy zdrowie im dopisuje, nie trzeba robić większych wydatków na lekarza i do apteki, jest dobrze. Można nawet dać parę groszy wnukom na cukierki. To wielka dla nich radość. 

Wróćmy do opisu domostwa. Kuchnia służyła do wszystkiego. Przede wszystkim tam spożywało się wszystkie posiłki. Gotowało się jedzenie dla domowników, a także parowało się ziemniaki na paszę dla świń i drobiu. W kuchni gospodyni robiła pranie. Gotowała bieliznę i prała ją w balii. Było to naczynie z deseczek opasanych żelaznymi obręczami jak beczka, ale o głęboka zaledwie na 30 -40 cm. Gospodyni wstawiała do balii tarę (kawałek wyprofilowanej, karbowanej blachy) i trąc na niej zanurzone w gorącej wodzie tkaniny, usuwały z niej zabrudzenia. Pralki w takim znaczeniu jak dziś nikt nie znał. Pranie było dla kobiet zajęciem niezwykle męczącym. W kuchni wszyscy się myli i kąpali. Wiosną stały tam także kojce, w których siedziały kury na zalężonych (koniecznie) jajkach. To było kolejne pokolenie kurczaków czasem(przeważnie koguty) na pyszny rosołek, ale głównie były to przyszłe kury, które miały znosić jajka.

Najgorzej było ze spaniem. W jednej izbie spała cala rodzina. Stały w niej nawet cztery łóżka. Spali w niej rodzice, zarówno małe jaki dorastające dzieci. Często można było spotkać, że stół odwracano do góry nogami i w nocy służył dla mniejszych dzieci jako łóżko. A rodziny były wielodzietne, przeważnie pięć do ośmiu pociech. Trafiało się, że w rodzinie było nawet dziesięć lub dwanaście dzieci. Gdzie mieli się pomieścić? Przeważnie w jednym łóżku spała trójka lub nawet czwórka dzieci. Kładły się z dwóch stron lóżka, jak mówiono „w głowach i w nogach”. Pomimo takiej ciasnoty i niewygody nikt nie narzekał, a słowo molestowanie lub inne nie były znane. Może ludzie byli mniej roztropni? 

Powracając do tych wczesnych lat, to każde gospodarstwo wiejskie oprócz soli i mydła, było samowystarczalne. Na pewno potrafiło się wyżywić.

Tu pozwolę sobie nie do końca zgodzić się z moim starszym bratem. Ojciec na początku wojny zrobił mydło. Skądś znał recepturę i procedurę jego wytwarzania. Matka kręciła nosem, że nie pachnie jak kupne, ale prać się przy jego pomocy dawało. Drogi Janku, pod względem mydła, dawna nasza wieś była także samowystarczalne. Idźmy jednak dalej tropem przez ciebie wyznaczonym.

Każda kobieta wiejska więcej wypracowała aniżeli najnowszy robot. Nie zawsze była za to doceniana. Do jej obowiązków poza wychowywaniem dzieci i żywieniem całej rodziny w pierwszym rzędzie należało dojenie krów (w tym czasie dojono krowy trzy razy dziennie), karmienie świń i ptactwa. Na dodatek szła w pole do praktycznie wszystkich robót. W tym czasie nie było żadnej mechanizacji. Ziemniaki i buraki wiosną oczyszczano a chwastów ręcznie przy pomocy narzędzia zwanego u nas „gracą”, gdzie indziej „motyką”. Wszystko jedno jak ją nazywano, było to narzędzie niezwykle utrudzające. Wyrwane chwasty kładziono do worków i przynoszono na plecach do domu na paszę dla świń i drobiu. Praca ta trwała około dwa miesiące.

Prawie każdy gospodarz, szczególnie ten mniej rolny, z utęsknieniem wyglądał za żniwami. Najgorszą porą na wsi był tak zwany „przednówek”. W tym czasie brakowało chleba nie mówiąc o dodatkach do chleba. Z tęsknotą czekano na żniwa i świeży, smaczny chleb, a czasami nawet na smaczne bułki z pszennej mąki.
Lecz chłop miał także sprzymierzeńców. Gdy kury niosły jajka, a krowy dawały mleko, to było już dobrze. Mleko odnoszono do mleczarni (to już okres międzywojenny), tam odwirowywano śmietanę, którą sprzedawano, a chude mleko przynoszono do domu. Była karma dla świń i co tu ukrywać także dla ludzi. Podobno było zdrowsze, nie było ludzi otyłych ani chorych na sklerozę. Nieodłącznym przyjacielem rolnika był koń. Pomagał mu we wszystkich pracach w gospodarstwie od wiosny do jesieni i od świtu do ciemnej nocy. Chodzili nieprzerwanie całe dni, by wyżywić rodzinę. 

Prawie u każdej gospodyni na wsi znajdowały się zioła, zbierane i suszone od wiosny do jesieni, a nawet na początku zimy. Były na każdą chorobę. Kwiat rumianku, lipy, mięta, owoc czarnego bzu i wiele, wiele innych, o których wiedziały i znały tylko one. Kto był silny, zioła mu pomagały. Kto zachorował poważniej, pomógł mu tylko ksiądz. W okresie późniejszym, międzywojennym, mały szpital znajdował się w Lipnie. Było w nim dwóch lekarzy. Nie każdego było stać na luksus leczenie szpitalnego. Nie mówiąc już o leczeniu się w Toruniu.
W Kikole, na całą gminę, był felczer. Przed wojną (1939) leczył wszystkie choroby, a nawet wyrywał zęby. Akuszerka w naszej okolicy nie była znana. Poród odbierały starsze doświadczone babcie. Gdy było wszystko w porządku, wszyscy byli zadowoleni włącznie z noworodkiem. Gdy były komplikacje, bywało że dziecko spisywano na straty. Gorzej gdy wraz z dzieckiem odchodziła i matka. Ludzie żyli krócej, najwięcej umierało w młodym wieku na gruźlicę. Była to choroba wtedy nieuleczalna, zależna od warunków życia, a te były bardzo trudne. Na gruźlicę chorowały całe rodziny. Zarażali się od siebie i co parę lat umierał kolejny jej członek. Przy życiu pozostawali silni, których nie imała się żadna choroba.

Wrogiem gruźlicy był nałóg palenia papierosów. Raczej palenia nie papierosów, a tytoniu. Papieros na wsi nie był znany, tylko machorka. Paczka machorki kosztowała przed wojną 50 groszy. Dobry, nałogowy, palacz wypalał ją w ciągu dwóch dni. Tytoń skręcał w bibułkę, a czasem w zwykły papier. Jeżeli wziąć pod uwagę, że wynajęty robotnik zarabiał od 1 do 1,5 złotego na dzień, a wynajęty na cały miesiąc otrzymywał (12 – 15) złotych, widać, że palenie było kosztownym nałogiem.

Tu przychodzą mi na myśl moje własne wspomnienia. Ojciec palił papierosy. Paliło wielu. Praktyczne wszyscy, jak pamiętam, nasi sąsiedzi. Paliły też, o dziwo, niektóre kobiety. Moja matka nie. Do wyroby papierosów służyły także tak zwane „gilzy”. Była to rurka z grubszego papieru – ustnika, zakończona rurką o tej samej średnicy, długą na około trzy centymetry z bibułki. Tą można było napełniać tytoniem. Do napełniania gilz tytoniem służyła specjalna „maszynka”. Była nią też rurka o podobnej (nieco mniejszej) średnicy, ale otwierana. Otwartą napełniało się tytoniem, a po zamknięciu i nałożeniu na nią gilzy, specjalnym stemplem wypychało się tytoń z maszynki do bibułką w końcowej części gilzy. Pamiętam „maszynkę” i technologię napełniania gilz tytoniem. Było to bowiem moje zajęcie. Wcale nie bezmyślne. Należało wybierać i odrzucać części twarde, łykowate z machorki, by nie uszkodzić przy napełnianiu bibułki i zniszczyć gilzę. Dostawałem paczkę machorki i pudełko gilz, a w rezultacie napełniałem pudełko po zużytych gilzach papierosami. Ubytki gilz zniszczonych nie mogły być widoczne. Ojciec był niezadowolony. Powróćmy jednak do wspomnień brata.

W przeciętnej wiejskiej rodzinie mięso było gotowane raz w tygodniu w niedzielę. W pozostałe dni w tygodniu gotowana była kasza, kapusta, groch i kluski kartoflane. Obiad składał się z jednego dania. Wyjątek stanowiły święta, czasem przyjazd zaproszonych gości. Na śniadanie obowiązkowo były zacierki z ziemniakami zalane mlekiem. Mieszkańcy wsi byli bardzo religijni (może oszczędni). W każdy piątek obowiązywał post, a 40 dni przed Wielkanocą był post ścisły. Nie jadło się potraw mięsnych wcale, a w Wielki Piątek zjadało się tylko jeden posiłek. Wyjątek stanowiły dzieci i chorzy. Kto nie zachowywał tych przykazań nie otrzymał od księdza rozgrzeszenia i ksiądz miał go na oku. W naszej parafii (przed 1939) Wielkanocna spowiedź była na kartki. Wykupywało się kartkę w kancelarii parafii i oddawało przy spowiedzi. Gdy ksiądz zadał sobie trochę trudu, znał w swojej parafii wszystkie parszywa owieczki. Gdy taki człowiek zmarł, nie był wnoszony do kościoła, a oświęcony na placu przed drzwiami. Jeśli rodzina była biedna, chowany był bez proboszcza na tak zwanym nie poświęconym miejscu, blisko płotu. Tych praktyk zaniechano po wojnie. Wojna wiele zmieniła w ludziach i w kościele.

Na wsi panowały różne, tradycyjne obrzędy ludowe z okazji Świąt Wielkanocnych. Na półpoście „wybijano żur”. Zwyczaj polegał czynieniu w niektórych obejściach dość kłopotliwych żartów. Smarowano popiołem z wodą okna, zdejmowano drzwi z ubikacji, tak zwanych wychodków (te jak wiadomo stały z dala od domu) i chowano je, wytaczano poza podwórze wozy i narzędzia rolnicze. Dotyczyło to przeważnie domostw gdzie były dorosłe córki. Nikt się o to nie gniewał, bo świadczyło to o zainteresowaniu się nimi męskiej części wiejskiej społeczności. Najciekawiej było, gdy chodzili przebierańcy. Grupy młodzieży pięknie przebierali się za tradycyjne betlejemskie postacie. Przykładowo: król Herod, śmierć, anioł, diabeł, żyd, judasz, koza i jeszcze inne. Chodzili od domu do domu. Jeżeli nie mieścili się w izbie, odgrywali swoje przedstawienie przed domem. Mówili wiersze i śpiewali piosenki. Było wiele uciechy szczególnie dla dzieci. Otrzymywali za to przeważnie poczęstunek: jajka, ciasto. 

W drugi dzień Świąt Wielkiejnocy młodzi chłopcy szczególnie z uboższych rodzin od samego rana ruszali po dyngusie. Parę dni przed świętami ścinali młode gałązki z brzozy i wkładali je do wody. Wkrótce puszczały świeże zielone listki. Wiązką takich gałązek ci chłopcy lekko uderzali po nogach kobiet, starszych i młodszych jakie napotkali chodząc po domach. Dostawali za to coś z typowych produktów noszonych do poświęcenia. Trzeba bowiem pamiętać, że Wielkanocna „święconka” była zwyczajem pilnie przestrzeganym na polskiej wsi. 

Poważni kawalerowie w tym dniu odwiedzali swoje wybranki, pamiętając oczywiście o dyngusie i kwiatowej (pachnącej) wodzie. Była to bowiem pora nie tyko dyngusu ale i śmigusu. Śmigus to zwyczaj polewania dziewczyn wodą. Swawolna młodzież oddawała się tej rozrywce do późnej nocy. Wodą i to zimną polewali się wszyscy chłopcy dziewczyny i na odwrót. Bawiono się znakomicie.

Nie we wszystkich rodzinach było zgodnie ze słowami pieśni: „wesoły nam dzień dziś nastał..” Zbliżające się cieplejsze, wiosenne dni sprzyjały wędrówkom żebraków, jak mówiono „dziadów”. Ruszali oni z pobliskich małych miasteczek i odwiedzali chałupy sąsiadujących z nimi wsi. Byli to ludzie bardzo biedni. Nie mając na przednówku z czego żyć, ruszali od domu do domu prosząc o jałmużnę. Trochę mąki czy kilka ziemniaków. To były przeważnie kobiety i to starsze. Szły podpierając się kijkiem, z woreczkiem na plecach czy koszyczkiem w ręku. Prosiły ze łzami w oczach o cokolwiek. Litościwe gospodynie dawały chociaż kawałek chleba i kubek mleka. Były takie dni, że takich „dziadów” odwiedzało chałupę nawet dziesiątki. Trwało to z różnym nasileniem okrągły rok. Dla ubogich nie było żadnej zapomogi ani opieki społecznej. Człowieka, który nie miał pracy albo sil do pracy, tylko śmierć mogła wyzwolić.

Bardziej niemiłymi odwiedzinami był przyjazd cyganów. Przyjeżdżali zaprzęgami konnymi. Konie dobrze utrzymane, wozy i bryczki pomalowane kolorowo, nakryte brezentowymi plandekami. Gdy zdjęli plandeki, trudno było uwierzyć, że można mieć tak białą pościel prowadząc wędrowny tryb życia.
Tabor był dość liczny. Składał się z kilkunastu (15 – 20) cygańskich wozów. Rozbijali obóz w upatrzonym miejscu; cyganie zajmowali się końmi, rozbijali obóz, a cyganki ruszały w teren. Zabierały z sobą wszystkie dzieci, także kilkunastoletnie dziewczynki mówiąc, że są to mężatki w ciąży.
Wszystkie cyganki umiały wróżyć. Wróżyły ze wszystkiego; z kart, ręki, a nawet patrząc w oczy. Przepowiadały przyszłość przeważnie kobietom. Mężatkom i młodym dziewczynom. Tym ostatnim przepowiadały przyszłych mężów, nawet z datą, co do miesiąca, ślubu.
Gdy jedne wróżyły, inne penetrowały najbliższe otoczenie. Dobrze gdy było więcej osób w domu i nie wszystkich interesowały przepowiednie cyganek, tylko pilnowali obejścia. Za wróżby chciały sowitej zapłaty i nie sposób było oprzeć się tym żądaniom. Nosiły długie i szerokie, ułożone w falbany suknie, które służyły jako magazyn zdobytych rzeczy. Podobno dawało się tam ukryć nawet żywą kurę, której głowę wkładały pod skrzydło, tak że kura się nie broniła. Mówiono, że posiadały taką wprawę, że gdy cyganka chciała się ogrzać i oparła się o piec przy którym suszyła się bielizna, ta po odejściu cyganek znikała bezpowrotnie. 
Cyganie (mężczyźni) byli dobrymi fachowcami. Wyklepywali doskonałe patelnie, odnawiali naczynia do mleka. Znali metody powlekania metali cynkiem i miedzią. Tajemnic swych nie zdradzali nikomu. 

Nie byłbym sobą, gdybym nie podjął próby oceny stanu edukacji i wiedzy w okolicy mojego urodzenia. Skąd będę czerpał wiadomości? Nie wiem dlaczego, ale w tej kwestii wiele pamiętam z opowieści rodziców, szczególnie matki. Skorzystam też z zapisów mego brata. Są one może mniej liczne, ale są. Moi protoplaści byli, jak już wiadomo, niezbyt zamożnymi rolnikami. Ich sąsiedzi również. Przed samą wojną w 1939 r. najbogatszy rolnik w Grodzeniu był posiadaczem nieco ponad 25 hektarów ziemi. Również zamożnym rolnikiem był nasz najbliższy sąsiad Antoni Mierzwicki, prywatnie mój chrzestny ojciec (ok. 15 ha).
Wiedzę o metodach uprawy ziemi przekazywali swym potomkom w trakcie wspólnej pracy na roli. Można by rzec, że młodzi rolnicy terminowali u swoich ojców. Wiedza, jaką zdobywali była tradycyjna. Nie należało spodziewać się szybkiej i głębokiej modernizacji upraw rolnych lub hodowli zwierząt. Mechanizacja prac rolnych była szczątkowa. Narzędzia rolnicze, szczególnie te bardziej skomplikowane, były mało dostępna i bardzo drogie. Na dodatek tania siła robocza nie sprzyjała inwestycjom w bardziej zaawansowane maszyny. Zaborcy tych ziem, Rosji, nie zależało na rozwoju oświaty nawet w większych miastach. Wsie, takie jak mój Grodzeń, pozostały w tym względzie czystą kartą (tabula rasa). Nic dziwnego, że moi rodzice i ich rówieśnicy byli praktycznie analfabetami. Umieli się podpisać, ewentualnie coś drukowanego przeczytać, ale to wszystko. Mój ojciec opowiadał, że w szkółce do której krótko uczęszczał nauczano go życiorysu „Jego Wieliczestwa” cara Wszech Rosji. Próbował nawet, szczególnie przy kieliszku, recytować to, co pozostało mu z tych nauk, w pamięci. 
Analfabeta nie świadczyło nieporadny, nierozgarnięty, czy mało zaradny. Jedno z największych (26 ha) i dobrze prowadzonych gospodarstw w Grodzeniu było własnością Jana Wąsickiego. Po wojnie w czasie akcji walki z analfabetyzmem okazało się, że pan Wąsicki niestety jest niepiśmienny i powinien (w ramach tej akcji) uczęszczać na kursy dla analfabetów. Mimo zaawansowanego wieku karnie na kursy uczęszczał, ale o prowadzących tam „wykłady” wyrażał się lekceważąco. Byłem mimowolnym i przypadkowym tego światkiem. Nie pamiętam, który to był rok, pewno 1948 lub 1949. Chodziłem do liceum w Lipnie i w soboty zawsze biegłem do domu. W czasie jednej z tych podróży spotkał mnie pan Jerzy Mierzwicki. Jechał w tym samym kierunku i zabrał mnie. Na wozie siedział z nim pan Jan Wąsicki. Ucieszyłem się, usiadłem skromnie z tylu i przysłuchiwałem z zainteresowaniem prowadzonej rozmowie. Ta oczywiście dotyczyła spraw gospodarskich, tym razem dostawie mleka do mleczarni. Kwota jaką dostawał rolnik zależała oczywiście od ilości dostarczonego mleka, ale także od zawartości w mleku tłuszczu. Jerzy Mierzwicki (przed wojną zdobył maturę i chodził rok, a może dwa do Wyższej Szkoły Handlowej w Warszawie) trzymał w ręku paczkę papierosów, jakiś pisak i wyliczał (na tej paczce) ile za to mleko dostaną. Nie zdążył wyliczyć, gdy pan Wąsicki (nie mógł pisać, bo był niepiśmienny) tą kwotę mu podał. Zapytany jak to obliczył, tylko potrząsną głową. Wiem i już. Zapewne nie potrafił wyjaśnić skąd wie, ale wiedział. Wtedy rozmowa zeszła na te nieszczęsne kursy dla analfabetów. Usłyszałem opinię pana Wąsickiego. Stwierdził, że gdy prelegent wymądrzał się na temat stosowania nawozów sztucznych, sprawdził jego wiedzę. Opowiedział dokumentnie w jaki sposób. Oczywiście tego nie pamiętam, ale na pewno pamiętam, że pan Wąsicki nie wpuściłby tego prelegenta na swoje pole.

Mylił by się jednak ten, kto by twierdził, że nie doceniali oni konieczności nauki i posiadania wiedzy w ogólności. Możliwość nauki, zdobywanie wiedzy było ważne i pożyteczne, lecz dla nich niedostępne. Pamiętam, że syn nie zamożnego rolnika z sąsiedniej wsi, był kapitanem, oficerem kawalerii. Opowiadano, że wydawali oni wszystkie zarobione pieniądze, a nawet zadłużyli się, by móc go kształcić. Ten przypadek był na ustach wszystkich. Był doceniony. Ci, w swojej masie, niepiśmienni chłopi chcieli, by ich dzieci chodziły do szkoły. Dążenie to mogło zacząć być realizowane dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Moja matka miała wtedy 20 lat, a większość jej licznego rodzeństwa, wyemigrowała już do Ameryki. To w tej nędznej chałupie, w największej izbie, zamieszkał nauczyciel i prowadził lekcje. Nauczyciel nazywał się Bem (imienia niestety nie pamiętam, chociaż znałem go, kilka razy spotkaliśmy się i rozmawialiśmy). Pochodził z Tarnowa i podobno był spowinowacony ze znanym generałem, uczestnikiem powstań w Polsce i na Węgrzech. Matka nie powiedziała mi, ile wtedy uczyło się dzieci i ile było klas? Pamiętam jednak tą izbę w której nauczyciel nauczał i mam pewność, że nie było mu łatwo. Po kilku latach nauczyciel ożenił się z córką naszego sąsiada Natalią Mierzwicką i wyjechał do Tarnowa. Następnym nauczycielem w naszej wsi został Marian Tabaszewski. Nie wiem, gdzie były prowadzone lekcje. Mieszkał podobno w naszym domu, chociaż moja matka, była już wtedy mężatką i miała dzieci. Mniej było wolnego miejsca, jeżeli o wolnym miejscu w tamtych warunkach w ogóle można mówić. 

Pojawiający się na wsi kolejni nauczyciele świadczą, że był to zapewne wynik polityki edukacyjnej państwa. Wiem, że na pedagogicznych kursach pośpiesznie przygotowywano nauczycieli, których wysyłano na wsie, tam gdzie potrzeby edukacyjne były najpilniejsze.
Warte jest do odnotowania, że nowy nauczyciel, Pan Marian Tabaszewski wzorem poprzednika (Pana Bema) też się ożenił z panienką z Grodzenia, następną córką naszego sąsiada, Pelagią Mierzwicką.
Skorzystam znów z notatek mojego brata. Są w nich szczegóły, warte zamieszczenia.

W 1932 r. mieszkańcy Grodzenia przystąpili do budowy nowej szkoły (patrz fot.5). Wybudowali ją za własne pieniądze, opodatkowując się po 100 zł od gospodarstwa. Był to budynek drewniany z mieszkaniem dla nauczyciela i dwiema izbami lekcyjnymi. Obok szkoły postawiono świetlicę z cegły, z której korzystały wszystkie organizacje społeczne. Było ich kilka. Działało Kółko Rolnicze, Kasa Stefczyka, Wiejska Organizacja Młodzieżowa – Wici, i najważniejsza – Organizacja Wojskowa „Krakus”. Krakus skupiał przeszło 30 młodych i starszych mężczyzn, z których każdy miał konia i siodło, oraz inne wojskowe wyposażenie. Komendantem Krakusów był plutonowy rezerwy Jan Kiełkowski.
Jako pierwszy nauczyciel do nowej szkoły w Grodzeniu, przysłany został młody, zaraz po studium nauczycielskim, kawaler Stanisław Skorupiński. Pochodził z Nieszawy. Do szkoły w Grodzeniu chodziło około 60 dzieci z naszej i pobliskich wiosek: Janowa, Wolęcina oraz innych, bliżej Grodzenia położonych, gospodarstw. Gdy ja chodziłem do szkoły, było nas 67. Szkoła była 4 – klasowa. Lekcje odbywały się na dwie zmiany. Trzecia i czwarta klasa od godziny 8 do 11, a pierwsza i druga od godziny 11 do 14. Zasadniczymi przedmiotami był język polski, matematyka i historia. Uczył nas także religii, ale wtedy doliczana była dodatkowo jedna godzina lekcyjna 

Dziś nikt nie wyobraża sobie, aby jeden nauczyciel jednocześni uczył tyle dzieci w czterech oddzielnych klasach. Nauka odbywały się w ten sposób, że jedna klasa miała lekcje głośne, a druga ciche (odrabiała zadane wcześniej ćwiczenia) i na przemian.

Było to możliwe przy dużym zdyscyplinowaniu uczniów. Nauczyciel utrzymywał rygor jak w wojsku. Dyscyplinę wymuszał, gdy była taka konieczność, karami cielesnymi. Żadnemu dziecku nie przyszło na myśl poskarżyć się w domu na nauczyciela, gdyż mógł co najwyżej dostać karę dodatkową od rodziców. Nie było też zwyczaju, by rodzice (częściej matka) biegła do nauczyciela z pretensjami. Nie było też przypadku, by nauczyciel dziecko skrzywdził, chociaż na lekcjach miał z sobą wierzbową witkę i bardziej niegrzecznych obdarzał „łapą” (uderzeniem w otwartą dłoń). Nauczyciel na wsi był bardzo szanowany. Był pierwszym po proboszczu. Proboszcza całowano w rękę, nauczycielowi nisko się kłaniano.

Pana Stanisława Skorupińskiego czekał ten sam los co pozostałych dwóch, wcześniej uczących grodzeńskie dzieci nauczycieli. Nasz sąsiad miał przecież jeszcze jedną córkę – Zofię. 

Wtrącę tu swoje „trzy grosze’. To wyglądało na „pandemię’. Co pojawiał się nauczyciel w naszej wsi, padał łupem panien Mierzwickich. Jak powiadano, były urodziwe, szczególnie średnia, Pelagia. Na pewno były zaradne, co widać z załączonych opowieści. Inna sprawa, że Antoni Mierzwicki był światowym człowiekiem, a gospodarstwo (ok. 15 ha) w które się „wżenił” (ożenił się z Antoniną Kuropatwa, do której należało), prowadził po mistrzowsku. Dbał o edukacje dzieci. Najstarszy syn ukończył studia wyższe, córka Pelagia chodziła do gimnazjum w Toruniu, a najmłodszy syn Jerzy po zdaniu matury w Lipnie, uczęszczał do Szkoły Handlowej w Warszawie. Córki, niezależnie od urody, mogły liczyć na niezły posag i taki otrzymywały. Pozwolę sobie dokończyć tą część opowieści posługując się notatkami brata.

Zaloty nie trwały długo. Po paru miesiącach cała okolica usłyszała z ambony zapowiedź z ust proboszcza o zamiarze pobrania się panny Zofii i kawalera Stanisława. Wesele było huczne i głośne. Bawiła się cała rodzina i wybrani sąsiedzi. Byli na nim także rodzice Zdzisława Jankiewicza, przyszłego męża ich córki Marii (Rysi – jak wszyscy ją nazywali).

Pan Stanisław otrzymał od państwa Mierzwickich w posagu 6000 zł. W tych latach taką sumą nie każdy, a raczej mało kto, dysponował. Za tą sumę, wliczając w to oszczędności pana Stanisława, małżonkowie Skorupińscy kupili po sąsiedzku małe 3 – hektarowe gospodarstwo i pobudowali nowy, murowany z cegły, dom. Pan Skorupiński kupił także konia, krowę i próbował połączyć dwa zawody nauczyciela i rolnika. Wkrótce okazało się jednak, że powiedzenie Iż „rolnik śpi, a zboże mu rośnie” niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Musiał jeden z zawodów wykluczyć. Pozostał przy zawodzie nauczyciela. Sprzedał inwentarz, a ziemią wypuścił, pobliskiemu sąsiadowi Adamowi Jankiewiczowi, w dzierżawę. Rocznie za dzierżawę otrzymywał 12 korcy (1200 kg) żyta i 12 konnych podwód (wyjazdów). Raz w miesiącu w uzgodnionym terminie podjeżdżała pod dom państwa Skorupińskich furmanka i pani Zofia (czasami z mężem) jechała po zakupy do Lipna lub Kikoła.

Dwudziestolecie międzywojenne było, dla mieszkańców tej niepozornej wioski jaką był Grodzeń, podobnie jak wcześniejsze lata, znojne, pracowite. Ludzie na roli bardzo ciężko pracowali. Mówiło się „w światek i piątek, od świtu do nocy”. A jednak coś się zmieniało. Powstawało nowe na wsi pokolenie. Wszyscy (moje rodzeństwo też) chodzili do szkoły. Wszyscy ukończyli 4 klasy szkoły powszechnej (tak się wtedy nazywała). Powiecie, że to niewiele. Zgodnie z dzisiejszymi standardami – tak. Lecz oni nie byli już, jak ich ojcowie, analfabetami. Było to jak sądzę przebudzenie, dobry początek widoczny nawet w takim grajdole jak nasza wiosczyna. Miała aspiracje. Ja też. Od kiedy tylko pamiętam, ojciec mi mówił, że powinienem chodzić do szkoły i uczyć się. Miał nadzieje, też mi to mówił, że go nie zawiodę i będę się uczył dobrze. To ojcowskie przykazanie towarzyszyło mi przez całe życie.

Parę słów o mojej rodzinie

Znowu zrzucę wszystko na mojego brata. On jest źródłem informacji, że mieszkańcom Grodzenia dały początek cztery rodziny, sprowadzone przez hrabiego Zboińskiego z centralnej Polski. Nie mogę zapewnić, że to prawda, lecz ja mu uwierzyłem. Nie mam zresztą innego wyjście. Od owych pierwszych protoplastów wywodziła swój rodowód również moja matka. Dalej znów odwołam się do notatek brata Jana Wasilewskiego.

Nasza matka Stanisława pochodziła z osiadłej od wielu lat w Grodzeniu rodziny Kiełkowskich. Jak sięgają pamięcią starsi mieszkańcy Grodzenia jeden z ostatnich członków tej rodziny podzielił swoje gospodarstwa o powierzchni ok. 30 ha pomiędzy trzech synów przydzielając im areały 15 ha, 10 ha i 5 ha. Jeden z nich najbliżej związany z rodowodem naszej matki ożenił się z panną Mackiewicz z Jastrzębia koło Lipna. Mieli troje dzieci, córkę i dwóch synów. Po pięciu latach małżeństwa, Kiełkowski zmarł. Wdowa po nim wkrótce poślubiła kawalera z sąsiedniej wsi Nowopole – Jana Wysockiego. Przypuszczam, że było to około roku 1870. Małżonkowie Wysoccy mieli ze sobą aż ośmioro dzieci: trzech synów i pięć córek. Łącznie wychowywali jedenaścioro dzieci. Podobnie liczne rodziny wtedy nie były rzadkością. Spośród nich trzech synów i dwie córki wyjechały do Ameryki. Tam zamieszkali i pozakładali rodziny. Rodzina jednej z sióstr (Gapscy) wróciła do Polski w okresie międzywojennym. Zakupili niewielkie gospodarstwo rolne we wsi Gutowo pomiędzy Toruniem i Fordonem, gdzie zamieszkiwali przez całą wojnę. Dopiero po wojnie pozostałe w Stanach najstarsze ich dzieci ściągnęły starych swoich rodziców z powrotem do Ameryki.

Najmłodsza z córek małżeństwa Wysockich, Stanisława przyszła na świat w 1898 r. Matka niestety przy porodzie zmarła. Jej mąż znalazł sobie jeszcze partnerkę i ożenił się. Na szczęście. Tak licznego i jeszcze małoletniego potomstwa nie byłby w stanie sam wychować.
Stanisława Wysocka (nasza matka), w wieku 24 lat (a był to już rok 1922) wyszła za mąż za kawalera 15 lat od niej starszego Andrzeja Wasilewskiego. Andrzej Wasilewski powrócił z Ameryki. Polska odzyskała niepodległość. Był taki trend, by rodacy wracali do kraju i budowali go od nowa. Szczególnie mężczyźni nie żonaci wracali, by zakładać tu rodziny. Każdy przywoził trochę zaoszczędzonych dolarów na zagospodarowanie się, jakieś drobne pamiątki i chęć bycia Polakiem. To nie przesada. Była to niezwykle patriotycznie nastawiona część międzywojennego społeczeństwa polskiego. Czy spełniły się ich marzenia? Niestety najczęściej nie. Okres pokojowej odbudowy trwał tak krótko, a na dodatek był przerywany najazdem bolszewickim ze wschodu oraz niepokojami na granicach zachodniej i północnej.

Matka opowiadała nam, ze w 1920 roku nasza okolica była zdobyta przez wojska bolszewickie. Trwało to krótko, ale zdążyli w Kikole postawić szubienicę. Próbowali przejść na drugą stronę Wisły, by obejść i zaatakować z drugiej strony Warszawę. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło, a wojska rosyjskie po pogromie pod Warszawą przedostały się do Prus Wschodnich. 

Andrzej Wasilewski przywiózł także oszczędności w dolarach. Wystarczyły na spłatę pozostałego w kraju brata Stanisławy, chociaż w większości pochłonęła je szalejąca inflacja.Brat Stanisławy ożenił się panną mieszkającą pod Kikołem, a Stanisława przejęła w posiadanie rodzinne gospodarstwo w Grodzeniu. Małżonkowie Wasilewscy mieli troje dzieci. Najstarsza Jadwiga urodziła się w 1924 roku, ja – Jan w 1925, a najmłodsza Zofia w 1929. Po dziesięciu latach małżeństwa Andrzej Wasilewski zmarł, pozostawiając wdowę z małymi dziećmi. Najmłodsza córka Zofia miała w chwili śmierci ojca zaledwie trzy lata.

Fot. 9. Adam Jankiewicz, pobyt we Francji

W trzy miesiące po pogrzebie odwiedził Stanisławę dawny jej znajomy, o sześć lat młodszy kawaler, Adam Jankiewicz. Powrócił niedawno z Francji, gdzie miał wcześniej zamieszkałą siostrę. Wyjechał do niej, jak wtedy wyjeżdżało wielu, na zarobek. Pochodził z Działynia, niezbyt daleko położonej wsi w kierunku Rypina. Miał liczne rodzeństwo. Jedna z sióstr wyjechała do Francji (to ona go ściągnęła), inna mieszkała we Włocławku. Pozostałe rodzeństwo mieszkało w Działyniu.
Ze związku Adama i Stanisławy Jankiewicz urodził się 18 czerwca 1933 roku syn Zdzisław, a po sześciu latach, 15 września 1939 roku córka Grażyna. 

Do sporej gromadki własnych dzieci Stanisławy (dwóch synów i trzech córek) doszła jeszcze Halina Podlewska, córka zamieszkałej we Włocławku, wcześnie zmarłej siostry Adama. Rodzina w tym składzie musiała stawić czoło nadchodzącym najcięższym czasom – okupacji niemieckiej. Ale to już zupełnie inna opowieść. 

Parę słów o rodzinie mojej żony, a waszej matki i babci

Niestety tej części opowieści rodzinnej, tym bardziej nie jestem w stanie podać bez pomocy notatek brata. Przyznam się, że zostały one specjalnie u niego zamówione. Rysia (pamiętacie, że tak wszyscy nazywali Marię) równie mało, a może jeszcze mniej wiedziała o swojej rodzinie, niż ja o swojej. Słysząc nasze z Jankiem rozmowy zapytała go, co on na ten temat wie. Podał jej parę faktów, więc poprosiła go o ich spisanie. W ten sposób zapisany został cienki kajecik, na okładce którego Rysia własnoręcznie napisała: „Zapiski Janka – to co pamięta o rodzinie Mierzwickich (moich dziadkach)”, a następnie, mimo że wiedziałem o nim (kajeciku), a nawet go przejrzałem, kajecik schowała.

Teraz, gdy Rysia nie żyje, a ja naprawdę nie wiedzieć czemu piszę te rzeczy, kajecik z trudem odnalazłem. Z zapisków tam zawartych już skorzystałem. Teraz sięgnę do nich głębiej.

Protoplastami rodziny Mierzwickich była rodzina Kuropatwów, sprowadzona do Grodzenia wraz z trzema innymi przez hrabiego Zboińskiego. Zaliczali się do najbardziej majętnych. Ich posiadłość liczyła około 80 hektarów (150 morgów) Ostatni z rodu miał pięcioro dzieci : trzech synów i dwie córki. Najstarszy syn Tomasz i jedna córka osiedlili się w niedalekiej wsi Chalanówek. Pozostały majątek ostatni z tej linii rodu Kuropatwów podzielił pomiędzy pozostałych dwóch synów i córkę. Największą działkę liczącą około 40 ha dał Antoniemu, zaś Wojciechowi i córce Antoninie po około 20 ha. To działka Antoniny Kuropatwy graniczyła z gospodarstwem naszej matki. Gospodarstwo Wojciecha Kuropatwy leżało po drugiej stronie traktu i kościółka. Graniczyło z niemieckim cmentarzem.

Najmłodszą córkę z rodu Kuropatwów poślubił wysoki i szczupły kawaler Antoni Mierzwicki. Pochodził z rodziny chłopskiej, ale z dość odległej miejscowości. Mimo, że miał zawód stolarza, prowadzenie gospodarstwa nie sprawiało mu żadnej trudności.

Nie wiem skąd kołacze mi się po głowie przekonanie, że Antoni był żołnierzem carskiej armii. Antonina Kuropatwa była starsza od mojej matki, a jaj mąż znacznie starszy od niej. Bardzo możliwe, że był w rosyjskiej armii i brał udział w walkach I wojny światowej.

Antoni Mierzwicki sprzedał 4 ha ziemi i za to pobudował duży, murowany (z czerwonej cegły) dom, oraz wyremontował pozostałe obiekty gospodarcze. Hodował dużą ilość zwierząt gospodarczych, do oprzętu których najmował służących. Był człowiekiem niezwykle oszczędnym i zaradnym. Każda wolna złotówka w tej rodzinie musiała procentować. Jeżeli nie w miejscowej Kasie Stefczyka, to u biedniejszych sąsiadów. A procent jaki pobierał wynosił 3 zł. od 100 na miesiąc. Procent często był zamieniany na odrobek, płatny tak, jak można było wynająć do pracy robotnika za 1,20 zł mężczyznę i 0,80 zł kobietę na dzień. 
Mierzwiccy mieli dorodne, dobrze utrzymane konie, i bogato zdobioną, odświętną dla nich uprzęż. Gdy w większe święta na drodze do Kikoła ukazała się lśniąca bryczka zaprzężona w parę ładnych koni ze służącym na koźle, wiadomo było, że to państwo Mierzwiccy jadą do kościoła. 

Największym skarbem i szczęściem rodziny Mierzwickich były dzieci. A było ich ponoć dziesięcioro. Nie wszyscy przeżyli. Ja pamiętam siedmioro; czterech synów i trzy córki. Antoni był człowiekiem postępowym. Starał się, by każde z jego dzieci zdobyło minimum średnie wykształcenie. Chyba tylko najmłodsza z córek, Zofia musiała się zadowolić szkółką Grodzeńską. Najstarszy syn Feliks zdobył wyższe wyksztalcenie. Mieszkał i pracował w Tczewie. Zginął w pierwszych dniach wojny w nie do końca znanych okolicznościach. Cóż, wtedy było o to łatwo. Jeden z synów Ignacy, jako młody chłopiec udał się z ojcem na polowanie. Obchodząc się nieostrożnie z bronią, postrzelił się. Po pewnym czasie zmarł. 
Jeżeli chodzi o córki państwa Mierzwickich, były to panny zgrabne i urodziwe, a na dodatek zaradne. Kolejno zaginały parol na przybywających na naszą wieś nauczycieli. W okresie międzywojennym przybyło ich trzech i kolejno padali łupem panien Mierzwickich. Pana Bema zdobyła Natalia, Mariana Tabaszewskiego – Pelagia, a Stanisława Skorupińskiego – Zofia.
Z pozostałych dwóch synów Dionizy miał objąć po rodzicach gospodarstwo, a najmłodszy syn Jerzy po skończeniu matury w Lipnie rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie. 
Zgodnie z wolą rodziców Dionizy rzeczywiście zajmował się gospodarstwem jak własnym. Z tego powodu zepsuły się dobrosąsiedzkie stosunki pomiędzy naszymi rodzinami. Nasz ojciec ponoć wygadał się do Antoniego, że Deoś (zdrobniale od Dionizy) sprzedał dodatkowy worek zboża i pieniądze wziął sobie. Tego nie mogła mu podarować Pani Antonina (Deoś był „oczkiem w głowie” mamusi), nie mógł podarować także Dionizy. U sąsiadów zawsze znajdą się sprawy sporne i konflikt gotowy. Chyba nawet doszło do rozpraw w sądzie. Zysk mieli pewno jedynie adwokaci. 

W swoim imieniu chcę dodać, że mojego Ojca Chrzestnego pamiętam dość mgliście, ale z dobrej strony. Od naszego domu widać było ogród państwa Mierzwickich. Na skraju ogrodu rosły krzewy agrestu. W naszym ogrodzie były wiśnie, jabłka , gruszki i porzeczki, ale agrestu nie było. Była już chyba wczesna jesień, gdyż na polu rozdzielającym nasze posesje nie było jeszcze posiane zboże. Pan Antoni przywołał mnie gestem ręki i dał, ile się zmieściło w dwie złożone ręce, agrestu. Pochwaliłem się w domu. Ojciec zapytał, czy powiedziałem dziękuję. Pochwalił, że powiedziałem, ale zaznaczył bym sam nie proszony, nigdy na ten agrest nie poszedł. Pewno i tak bym nie poszedł, choć pewny tego nie jestem. Przykazanie zapamiętałem jak widać dość długo. To jedyny kontakt z moim chrzestnym, jaki zapamiętałem. Miałem co najwyżej lat pięć, gdy pana Antoniego, jak napisał mój brat, spotkało nieszczęście i zmarł.

Nieszczęście zdarzyło się w 1937 lub 1938 roku. Krowa na polu zerwała się z łańcucha i weszła w zboże. Takiego przestępstwa pan Antoni nie mógł pozostawić bez ukarania krowy. Krowa dostała kijem przez grzbiet, za co w odwecie tak nieszczęśliwie kopnęła gospodarza, że złamała mu kość udową tuż przy szyjce biodrowej. Obecnie to żaden problem, ale wtedy było to jedno z bardzo poważnych uszkodzeń ciała. Podobno miała odbyć się w Toruniu niezwykle złożona i bardzo droga operacja złączenia kości złotym wkrętem, ale niż się zdecydowano, było za późno. Dionizy odbywał wtedy służbę wojskową, więc Pani Antonina gospodarzyła sama doglądając służących. Pomagali jej synowie i córki z zięciami. Czas upływał. Zbliżał się wrzesień roku 1939 i na cały nasz kraj, a także na ten nieszczęsny dom nadciągały ciemne chmury, jeszcze większe nieszczęścia: wojna i niemiecka okupacja.

Mimo licznego potomstwa małżeństwa Mierzwickich, po wojnie nie miał się kto zaopiekować ojcowizną. Przez pewien czas najmłodszy syn Jerzy próbował prowadzić gospodarstwo. Nie był to okres sprzyjający rolnikom, szczególnie posiadającym większy areał ziemi. Okrzyknięci prze władze „kułakami” byli prześladowani obowiązkowymi dostawami płodów i (jako kułacy) dodatkowymi domiarami. Pan Jerzy nie wytrzymał, przeniósł się do Nieszawy, gdzie jego szwagier, Marian Tabaszewski był dyrektorem Liceum. Skończył zaocznie na UMK w Toruniu studia historyczne i do końca życia był nauczycielem w szkole średniej w Nieszawie. A co z siedliskiem? Antoni postawił przecież przed wojną nowy dom. Cóż, nawet o nowy dom trzeba dbać, remontować. W wojnę mieszkał w nim Niemiec przesiedlony z Rumunii (Beksarab, jak ich nazywano). On raczej go dewastował, a nie o niego dbał. Zaraz po wojnie nikt nie miał wystarczających na to środków. Zresztą pan Jerzy czuł się trochę tymczasowym mieszkańcem tego siedliska. W końcu opuszczone – marniało. Pewno trochę rozkradane, budynki gospodarcze łącznie z domem powoli zamieniły się w ruinę. Dziś praktycznie nie ma śladu po tym okazałym domostwie. Na północ od naszego siedliska (fot. 6 i 7)) widoczna jest kępa drzew. To miejsce, gdzie był ogród i dom państwa Mierzwickich. To wszystko, co po nim pozostało. Pan Jerzy, którego znałem i szanowałem, miał trzech synów. Dwóch dość młodo zmarło. Z pozostałym przyjaźnimy się. Mam sentyment do rodzinnych miejsc. Namawiałem go, by uratował chociaż dom na miejsce letniego odpoczynku. Z Nieszawy do Grodzenia nie jest daleko. Nie stało się tak. To nie łatwe zadanie. Wymaga dużo zachodu, a więc czasu i niestety pieniędzy. I o jedno i o drugie w naszych czasach nie jest łatwo.

Grodzeń w czasie „okupacyjnej nocy”

Nie bardzo wiem jak zacząć opowieść o tym okresie mojego życia. Liczyłem wtedy sześć lat i miałem pójść do szkoły. Dostałem nowy tornister, wyposażenie do niego i spodnie bez „klapy”. Klapa była utrapieniem młodzieńców w takim wieku jak ja. Oznaczała, że traktowany jesteś jak dziecko (klapa ułatwiała odwiedziny w wychodku). Uczeń dorastał, był uwalniany od klapy. Do tornistra zaglądałem z nabożeństwem. Nie przydał mi się. Do szkoły nie poszedłem. Tornister gdzieś zaginął. Nie wiem co się z nim stało. Pewno zapodział się w trakcie kolejnych przesiedleń. Inne, ważniejsze rzeczy były wtedy do zachowania.
O wojnie mówiło się wtedy dużo. W domu mówili z zatroskaniem o niezbędnych przygotowaniach. Został zamówiony nowy wóz i nowa uprząż dla koni. Młode konie też zostały wychodowane. Mieliśmy wtedy nie dwa, jak zwykle, a trzy konie: klacz matkę i dwa młodsze, jej potomstwo. Chyba gdzieś w sierpniu ojciec zebrał to całe zgromadzone dobro: konie, nową uprząż i nowy wóz, wyjechał z nimi do Kikoła lub Lipna (nie wiem) i wrócił pieszo niosąc w ręku bat. Konie i wóz zostały zmobilizowane – poszły do wojska. Odniósł też i gdzieś oddał pistolet (miał, a jakże) i radio (kryształkowe – rarytas). W ten sposób matka przestała zamykać kuferek, w skrytce którego leżały rodzinne skarby: pistolet ojca, kieszonkowy zegarek po Wasilewskim, złoty sygnet i obrączka ojca i jakieś dokumenty, które mnie już mniej interesowały. Pistolet do skarbów nie należał, ale ze względu na ciekawość naszej gawiedzi, wszystko było pod kluczem. Ojciec do wojska nie poszedł, był chyba za stary; zresztą matka była w zaawansowanej ciąży – siostra Grażyna urodziła się 15 września. Do armii został wcielony jego młodszy brat Stanisław. Nie wiem, czy było to jeszcze przed pierwszym wrześni, czy już po, maszerowały oddziały wojska polną drogą przechodzącą przez nasze pole. Moje siostry wyniosły dla nich bańkę z mlekiem, chleb i masło. Mówiły, że widziały wujka Stanisława, ale to chyba mało prawdopodobne. Cuda jednak się zdarzają. O takim przypadku może zdążę jeszcze opowiedzieć.

Początek wojny pamiętam jako dom i podwórze pełne ludzi. To byli uciekinierzy. Gdzie uciekali? Powiadano, że za Wisłę, jak pamiętam. Do nas z Niemiec było najbliżej z Prus Wschodnich, a więc z północno – wschodniego kierunku. Może dlatego uciekano za Wisłę.
Rodzice hodowali gęsi. Były specjalnie karmione i ojciec wywoził je na sprzedaż do Włocławka. Najczęściej kupowała je ludność pochodzenia żydowskiego. Pewno dlatego woził je aż do Włocławka. Wyobraźcie sobie tą wyprawę. Z Grodzenia do Włocławka jest trzydzieści kilometrów z okładem. Ojciec wozem jechał prawie całą noc, by rankiem sprzedać gdzieś te gęsi i powrócić pod wieczór do domu. Część gęsi była tuczona zimą i sprzedawana wiosną. Tuczenie to specjalna technologia. Zmuszano biedne ptaki do łykania dużych „kluch” zrobionych z pokarmu, czego, jak pamiętam, bardzo nie lubiły. Podobno tak utuczone gęsi miały niezwykle smakowite wątroby. Niedawno słyszałem, że ten rodzaj karmienia został zabroniony. Wtedy nie i u nas na początku września było duże stado gęsi. Co z nimi robić? Uciekinierzy mieli wyżerkę. Na łące nad sadzawką paliły się ogniska i w dużych garach gotował się z nich rosół lub czarnina, w zależności od upodobania. Rodzice nie bronili. 
Pod wieczór na podwórze zajechała furmanka zaprzężona w dwa konie, a na wozie czteroosobowa rodzina. Widać było, że zamożna. Prosili o możliwość zanocowania. Konie ojciec wprowadził do stodoły, matka ich dzieciom ścieśniając nas zrobiła miejsce w łóżku, oni spali na snopkach w stodole. Na kolację dla wszystkich znów zabita została gęś. Pamiętam te zatroskane miny i długą wieczorną rozmowę, zanim nie zostałem wyrzucony spać. W międzyczasie ojciec znów „zamordował” następną gęś, a panie ją oskubały im na drogę. Rankiem wyjechali wciskając matce kupon materiału na garnitur:
– dla męża, jak uzasadniła podróżniczka. Z rozmów rodziców zapamiętałem, że byli to żydzi, właściciele sklepu właśnie z materiałami tekstylnymi z Torunia lub Włocławka. Zapamiętałem to zdarzenie, bo kupon materiału przetrwał z nami całą okupację. Ojciec 

chciał go przehandlować, ale matka nie pozwoliła. Znała się na tkaninach. Do dziś pamiętam, jak mówiła, że to doskonały rapaport i nie dała go tknąć. Po wojnie, zgodnie z życzeniem ofiarodawczyni dała ojcu uszyć z niego garnitur. Nie mam pewności, ale możliwe, że został w nim pochowany. 

Wojna nadeszła niepostrzeżenie. Nie było frontu, nie było walk. Pamiętam latające nisko samoloty, które ponoć zbombardowały Lipno. Na trakcie pojawił się motocykl i samochody z żołnierzami w zielonkawych mundurach (feldgrau) i dużych hełmach na głowach. Zajęli część domu Gutmańskich (dawniej Kuropatwów) leżący przy trakcie naprzeciw kościółka. Było ciepło, stoły wystawili od strony traktu w ogrodzie, gdzie jedli. Przybiegł do mnie Rysiek (w domu mówili na niego Rychu) Szotowicz z wieścią, że rozdają chleb. Ich dom położony był tuż koło Gutmańskich i stąd te wiadomości. Namówił mnie i pobiegliśmy zobaczyć. Rzeczywiście, Rychu podszedł do płotu i natychmiast dostał bochenek chleba. Było zainteresowanie pozostałych żołnierzy tym faktem. Może robiono zdjęcia. Następny bochenek był dla mnie, stałem za Rychem. Nie wziąłem, ręce trzymałem za sobą, co mocno rozgniewało darczyńcę. Zaczął grozić mi palcem i krzyczeć, więc błyskawicznie uciekłem. Byłem mocno wystraszony, i matce przyznałem się z jakiego powodu. 

 – Powiem ojcu, dostaniesz lanie – usłyszałem.

Nie dostałem. Odbyła się tylko rozmowa, taka jakie później nazywałem – poważnymi. Ta była pierwsza. Ojciec zapytał mnie czy brakuje mi chleba, czy jestem głodny. Mam nie prosić więcej o jedzenie obcych ludzi, gdy mam co jeść w domu. Taka ma mnie obowiązywać zasada. Następnie poradził mi (może nawet nakazał) bym przestał kolegować się z Rychem. Mam także zapytać się jego lub matki, zanim przyjdzie mi do głowy robić takie rzeczy jak iść do niemieckich żołnierzy po chleb. Skruszony milczałem, chociaż nie poszedłem po chleb, tylko zobaczyć. Wolałem jednak nie usprawiedliwiać się. Chciałem, by to się jak najszybciej skończyło.

Następne zdarzenie jakie pamiętam z pierwszych dnie okupacji, to wizyta naszego sąsiada z tyłu naszego paska ziemi (fot 10). Był narodowości Niemieckiej i jedynym Niemcem mieszkającym na skraju wsi Grodzeń. Dalej za nim była już wieś Janowo.

Fot. 10. Nasz skrawek ziemi i siedlisko sąsiada Juliana Peplau

Nazywał się Peplau Julian (brat też tak napisał jego nazwisko), chociaż wszyscy we wsi mówili na niego Peploch. Z moim ojcem byli sąsiadami i jak sądzę dobrymi znajomymi; mówili do siebie po imieniu. Przyszedł do nas w pierwszych dniach okupacji z pokaźnym tobołkiem w ręku i prośbą o pomoc w umundurowaniu się. Tak, to prawda. Dostał mundur i wszelkiego rodzaju dodatki. Był to mundur zwykłego żołnierza niemieckiego. Ten w kolorze feldgrau. Do tego pas, chlebak, furażerka, jakeś paski. Ojciec, o ile wiem nigdy nie służył w wojsku, ale dopasowywał na nim tą uprząż. Później zastanawiałem się dlaczego przyszedł z tym do mojego ojca. Było do nas dość daleko. Sądząc po końcowym akordzie tej wizyty, nie była ona przypadkowa. Mam wrażenie, że ojciec to wiedział. Na koniec śmiesznej ceremonii mundurowania, Julek powiedział do ojca:

– Wiesz Adam, że zawsze żyliśmy w zgodzie i przyjaźni, ale po mojej babce, to mórg ziemi od ciebie mi się należy.

Znałem mojego ojca. Gdy zagryzał zęby i drgały mu mięśnie twarzy, był naprawdę zdenerwowany. Miał takie objawy gdy wyprowadził naszą klacz ze stajni, wrzucił pług na wóz i powiedział do Julka:

 – Jedźmy.

Oni usiedli na siedzisku z przodu, a ja wskoczyłem na wóz z tyłu i pojechaliśmy na koniec naszego pola do granicy z ziemią Peplaua (fot 10). 

– Pokaż ile chcesz – zapytał Julka mój ojciec. Julek zrobił parę kroków w jedną, potem w drugą stronę, następnie niepewnie stanął pokazując ile pola chce przyłączyć do swego. Nieopodal, może ze dwa metry dalej, rosła na miedzy polna grusza, powszechnie zwana ulęgałką. 

-. Niech będzie do tej gruszy – powiedział ojciec, zrzucił pług i utworzył nową granicę.

Przed wojną ilość ziemi posiadanej przez rolnika świadczyła o jego statusie materialnym. Mówiono później, że był głód ziemi. Rzeczywiście każdy kawałek ziemi był uprawiany i wykorzystywany. Większą dbałość o takie skrawki gruntu uprawnego chyba widziałem później tylko w Szwajcarii (wszędzie rosło winogrono) i w Japonii. Zdaję sobie sprawę, ile kosztował mego ojca ten gest w stosunku do Julka Peplau. Miał widać doświadczenie, musiał się bać. Od Julka rzeczywiście miał spokój, ale w przyszłości na niewiele się to zdało.

Julek Peplau nie był wyjątkiem. Mam na myśli umundurowanie. W Grodzeniu nie było osadników niemieckich, ale w sąsiednich wsiach Janowie, Makówcu, Ciełuchowie było ich znacznie więcej. Okazało się, że wielu pewno nawet większość natychmiast po wejściu wojsk niemieckich ubrali się w mundury, niestety przeważni w kolorze czarnym. Widocznie piąta kolumna nie była wytworem nacjonalistycznej polskiej propagandy.
Pojawili się nowi przybysze. Pobliski folwarki w Kikole, Ciełuchowie i Wolęcinie przejęte zostały natychmiast przez nowych właścicieli. Ciełuchowo przejął Niemiec przybyły podobno z Gdańska. Przyjechał z nim także Tomaszewski folksdojcz (volksdeutsch) z Torunia – Polak, który podpisał volks listę. Był jakimś ważnym urzędnikiem w majątku Ciełuchowo.
Jednak całą okolicę terroryzowali i prześladowali Niemcy miejscowi, nasi do niedawna współmieszkańcy, sąsiedzi. Wszyscy się znali, wiedzieli np. kto miał broń, radio. Natychmiast ojciec został zawezwany do oddania tych rzeczy. Dobrze, że miał zaświadczenia o zwrocie ich jeszcze władzom polskim. Nasz sąsiad Józef Bonowicz też miał broń, też ją podobno zwrócił, lecz stosownego zaświadczenia nie miał. Wylądował w obozie koncentracyjnym, zginął. To nie były żarty. Niektórzy z naszych niemieckich sąsiadów wsławili się krwiożerczym stosunkiem do zamieszkujących tu Polaków. Wszyscy znali gestapowca Alberta Wycke. Uczestniczył we wszystkich wysiedleniach Polaków. Pomarenko (chodził w żółtym mundurze SA) zasłynął jako zabójca polskich służących. Było wolno, mógł bezkarnie.

Tereny, które zamieszkiwaliśmy zostały włączone do rzeszy niemieckiej. Z okrojonych ziem dawnej Polski utworzone zostało tzw. Generalne Gubernatorstwo. Rzesza znacznie się powiększyła. Cała Wielkopolska, Pomorze, Kujawy, Ziemia Dobrzyńska, duża część Mazowsza – od zachodu i północy, to wszystko weszło do rzeszy. Granica przebiegała koło Mławy. Przeznaczone były do wynarodowienia z ludności polskiej. W pierwszym rzędzie należało zniszczyć polską inteligencję. Zniszczyć znaczyło dosłownie – fizycznie. Na liście do zniszczenia było wielu, bardzo wielu. Księża, nauczyciele, przedstawiciele władz lokalnych, ważniejsi urzędnicy w miastach, nie mówiąc o właścicielach folwarków, dużych majątków ziemskich.

Wasz dziadek (pradziadek) Stanisław Skorupiński – nauczyciel 4-klasowej szkoły powszechnej w Grodzeniu znalazł się na tej liście. Tak głęboko sięgano. Na razie pozostawiono nielicznych, mniej majętnych ludzi na wsi i robotników w miastach. Z nich postanowiono, jak sądzę, stworzyć w miastach siłę roboczą dla przemysłu rzeszy, na wsi parobków dla niemieckich bauerów. 

Charakterystyczna jest historia Stanisława Skorupińskiego, jego śmierci. Tyle miał szans na uratowanie się. Los, niby szczęśliwe przypadki, wiodły go jednak nieuchronnie ku zagładzie. Warto, myślę, że zasługuje on, by opisać tą historię oddzielnie. 

Działanie okupanta było z góry zaplanowane, systematyczne i konsekwentne. Zniknęli ludzie związani z polskimi, przedwojennymi władzami, ludzie wykształceni w tym księża. Pozamykane zostały kościoły. Były wybudowane przez ludzi związanych z historią tych ziem, z historią Polski. Przed zamknięciem kościoła w Kikole, tablice informujące o jego historii, jego budowniczych zostały pokryte szczelnie przylegającą do nich cementową masą, by zakryć treść napisów. Kościół zamieniony został na magazyn mebli. Na miejsce przedwojennego księdza Kukwy (znalazł się w obozie koncentracyjnym), przyszedł młody ksiądz o nazwisku Szmidt. Mówił dobrze po polsku, organizował odprawianie mszy przy kościele w Kikole i w pilnie wyremontowanym kościółku w Grodzeniu. Służyłem do mszy u niego, chodziłem na naukę religii i zostałem przyjęty do spowiedzi. Okoliczni mieszkańcy, Polacy (z czasem było ich coraz mniej) w zasadzie nie mieli mu nic do zarzucenia. Sam jednak fakt przysłania go przez okupanta był wystarczający. W jakimś sensie musiał wypełniać ich wymogi i oczekiwania. Po wojnie odszedł podobno do Włocławka lub klasztoru. Nie miał na sumieniu spraw, za które odpowiadał by karnie. 

Za to od samego początku okupacji pojawił się konflikt pomiędzy miejscową ludnością polską, a byłymi osadnikami niemieckimi. Czy za jego powstanie odpowiadali sami osadnicy, czy był on podsycany centralnie? Chyba obydwa czynniki należy brać pod uwagę. Dominacja osadników nad ludnością polską, ich specjalne uprawnienia i przywileje odpowiadały im, przynajmniej większości. Wyjątki się zdarzały, może będę miał okazję o tym wspomnieć. W takiej wioskowej społeczności wszyscy się znają. Nie tylko w swojej wiosce, w znacznie szerszym obszarze. Ludzie z Grodzenia znali tych z Kikoła, a nawet z Lipna i na odwrót. Osadnicy niemieccy też znali Polaków z nazwiska i imienia i wzajemnie, By wykazać swoją wyższość, kompletnie upodlić przegranych kazali sobie się kłaniać. Nie pozdrawiać, jak to jest w zwyczaju, gdy spotykają się znajomi. To czynili zawsze, wcześniej bez nakazu. Teraz należało człowiekowi narodowości niemieckiej ustąpić z drogi, zdjąć czapkę (ludzie na wsi noszą nakrycia głowy chyba przed nadmiarem słońca) i pierwszemu powiedzieć…. Myślicie zapewne: „dzień dobry”, albo po niemiecku „guten morgen”. Otóż jesteście w błędzie. Polak po zejściu z drogi, trzymając w ręku czapkę powinien powiedzieć – „moin”.
To moin, w połączeniu z pozostałymi oznakami poddaństwa, przyjmowane było przez nas jako wyraz pogardy, niezależnie od tego co rzeczywiście to słowo znaczy. 
Abstrahując od naszych osobistych przeżyć, wieś Grodzeń jako całość zmieniła się mocno. By to przedstawić sięgnę znów do notatek (wspomnień) mojego brata.

Z dwunastu mężczyzn powołanych w trakcie mobilizacji do obrony Ojczyzny, dwóch przypłaciło to życiem. Po kapitulacji dwóch rannych powróciło do domu. Pozostali zostali wzięci do niewoli.

Gdy nastąpiła okupacja, mieszkańcy Grodzenia poznali przyjazny dotychczas stosunek Niemców mieszkających w sąsiednich wsiach. Prawie każdy z miejscowych Niemców był ubrany w czarny lub żółty mundur ze swastyką na rękawie i pejczem w ręku. Za nie zdjęcie czapki i nie powiedzenie „moin” dostawało się kilka razów owym pejczem (pydą jak mówiono), z którą większość z nich się nie rozstawała. Młodzież polska (chłopcy od lat 14, a dziewczyny od 16) zabierana była do przymusowej pracy u niemieckich gospodarzy (bauerów jak zaczęto ich nazywać). Ci szybko zmieniali i powiększali swoje posiadłości.
Pewien mieszkaniec Kikoła (Gabryszewski) nie zatrzymał się do wylegitymowania i zaczął uciekać – został zastrzelony.

Pierwsze rewizje i aresztowania zaczęły się już w końcu grudnia 1939. Około północy przyjechała żandarmeria wraz z kilkoma Niemcami z sąsiednich wsi (w mundurach SS) i przeprowadzili rewizję w gospodarstwie Kiełkowskiego Józefa. Jego syn Jan, były plutonowy wojska polskiego, był komendantem Krakusów. Zrywali podłogi i sufity. Nic nie znaleźli, mimo to zabrali zarówno ojca jak i jego dwóch dorosłych już synów.

Taki sam los spotkał Balińskiego Zygmunta, Bonowicza Józefa, Kuropatwę Lucjana i Szotowicza Tadeusza. Dwaj ostatni mieli dopiero po dwadzieścia lat. Wszyscy zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych w głąb Niemiec. Z tych siedmiu mężczyzn w lagrach zginęli Baliński Zygmunt, Bonowicz Józef i Szotowicz Tadeusz. Kiełkowski Józef z synami i Kuropatwa Lucjan przeżyli okupację.

Największym oprawcą i katem mieszkańców wsi Grodzeń i okolicy, był zamieszkały w Janowie, do wojny przyjazny Polakom, Wycke Albert. Wysiedlił najbliższego sąsiada Lewandowskiego Stanisława (wysłał go do pracy w majątku Ciełuchowo), a jego gospodarstwo wraz z całym dobytkiem przyłączył do swojego. Do pracy miał polskich parobków: mężczyzn i kobiety. Był postrachem dla wszystkich okolicznych wsi. Pomagali mu Krzesiński z Makówca i Pomaranke3 z Kikoła. Współdziałał z Niemcami zajmującymi folwarki Ciełuchowo i Rybniki, pochodzącymi, jak mówiono, z Gdańska4.

W 1940 roku dla mieszkańców Grodzenia posiadających większe gospodarstwa i co ważne ładniejsze zabudowania, nastała piekielna noc. W środku nocy (około 24 godziny) zajechała do wsi duża grupa Niemców: żandarmi wspomagani przez osadników. Wszyscy osadnicy w mundurach SS lub SA. Do każdego z wybranych domostw wkraczało po dwóch – trzech Niemców budząc wszystkich, dorosłych i dzieci. Zbierali ich w jednym miejscu i oznajmiali, że zostają wysiedleni. Mają opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania. Miejsce do którego zostaną przewiezieni, będzie podane im później. Teraz mają 30 minut na zabranie niezbędnych rzeczy, tak dorośli jak i dzieci. Zgromadzone przedmioty zostały przez nich przeglądnięte, a te na które otrzymali zgodę, mogły być zabrane. 

Proszę się wczuć w tą sytuację. Pomyślcie, że jesteście uczestnikiem tej nocnej wizyty. Strach i płacz dzieci, a jednocześnie przekonanie, że trzeba zabrać to, co pozwoli przetrwać rodzinie „gdzieś tam” nie wiadomo gdzie. Co wziąć? Myślę, że na to pytanie nikt nie znał w tym czasie odpowiedzi.

Zapędzono wysiedlanych do podstawionych furmanek, zawieziono do Kikoła, gdzie poddano ich selekcji i rozwieziono w różnych kierunkach. Zawsze na poniewierkę.

W tej akcji wywieziono naszych sąsiadów Mierzwickich. Antoni, jak wiadomo, już nie żył. Stanisław Skorupiński już w październiku został wezwany niby na konferencję pedagogiczną do Lipna i wywieziony do obozu w Dachau koło Monachium. Jego żona Zofia z dwojgiem małych dzieci (Maria i Sławomir) została wysiedlona z ich domku za kościółkiem i zamieszkała w jednym pokoju u swej matki. W ich nowym domu zamieszkał folksdojcz Tomaszewski. To dla niego wysiedlono żonę byłego nauczyciela i dwoje ich dzieci. Po co jej taki duży dom, nieprawdaż.

Nie znam szczegółów ich dalszych losów, w szczególności synów. Dionizy zginął, Jerzy przeżył. Pani Antonina trafiła wraz z córkami Pelagią (mąż był oficerem i trafił do oflagu) wraz z dwiema córkami i Zofią wraz z dwojgiem dzieci, gdzieś koło Wąbrzeźna, o ile pamiętam. Jak większość Polaków wegetowały tam na skraju nędzy.

Wywózka tak wielu rodzin i sposób przeprowadzenia tej akcji wywołała panikę. Z tego okresu pamiętam, że rodzice ubierali nas na noc, a rozbierali na dzień. Spodziewali się możliwości powtórzenia identycznej lub podobnej akcji. Każde dziecko miało węzełek z przyodziewkiem i jedzeniem – na wszelki wypadek. Jedzenie było specjalnie przygotowywane: topione masło (nie psuje się tak szybko), słoiczki z mięsem zalane tłuszczem, jajka gotowane i chleb. Zawiniątka czekały w „zimnej piwnicy”. My z drżeniem czekaliśmy na Niemców. 

Przyszli, ale nie w taki sposób. Nie w nocy. Była wiosna (koniec czerwca 1941). Woziliśmy nakopany miesiąc wcześniej i wysuszony torf. Z daleka widziałem dziwny ruch, ludzi na podwórzu, siedzącą na progu domu i płaczącą (z fartuchem przy oczach) matkę. Przy wystawionym na zewnątrz naszym kuchennym stole siedział Albert Wycke, jak zwykle w czarnym mundurze, przy pliku dużego formatu papierów. Wypełniał jakieś dokumenty.

Do ojca powiedział z uśmiechem, jakby oznajmił radosną nowinę:

 – No Jankus przyszła na ciebie kolej. Zrzuć ten torf – dodał widząc, że ojciec idzie do koni – może przyjść deszcz.Ojciec, któremu charakterystycznie drgały mięśnie wokół żuchw, posłusznie, bez słowa, zaczął energicznie wrzucać torf pod zadaszenie, gdzie trzymany był opał. Wycke cały czas go obserwował. 

 – Nie rzucaj tak mocno. Swojego byś tak nie kruszył. – ocenił krytycznie jego pracę. Zrozumiałem, że torf, przy wyrobie którego poganiałem konie, później składaliśmy go w kopki by wysechł, a następnie zwieźliśmy, przestał być nasz. Rzeczywiście. Wszystkie nasze dobra zostały spisane co do sztuki. W domu, w oborze, w stodole i w stajni. Nie tylko konie, krowy cielaki i świnie (te już były kolczykowane), ale nawet wszystkie kury i kaczki. Czy mieliśmy gęsi, już nie pamiętam. Potem dowiedzieliśmy się co możemy z sobą zabrać: stół z kuchni, (przy którym siedział) i ława co stała w kuchni pod oknem, łóżka z mniejszego pokoju, ubrania z szafy (bez szafy). Z większego pokoju (nazywaliśmy go dużym) tylko kuferek, ten ze skarbami, chociaż skarbów już tam nie było. Myślę o kieszonkowym zegarku z dewizką Andrzeja Wasilewskiego, pierwszego męża matki. Wiem co się z nim stało, tylko nie pamiętam kiedy. Zobaczył go i co gorsze mu się spodobał, z Ciełuchowa Niemiec, też znajomy, sąsiad. Nazywał się Racław. Niby chciał go kupić, ale zdaje się, że rodzice (w tym przypadku matka) podarowali mu go. A co, stać ich było na to. Racław miał wpływy w Kikole i w Ciełuchowie. Właśnie załatwił przeniesienie folksdojcza Tomaszewskiego z domu Skorupińskich gdzieś bliżej Ciełuchowa, a sam zaczął przenosić ten dom na swoje podwórze. To skandal. Nie mieli wstydu, żadnych hamulców. Czy naprawdę wierzyli w tysiącletnią rzeszę, czy żyli chwilą?

Tymczasem z naszym dobytkiem umieszczonym na małej furce, jeszcze tego samego dnia (pod wieczór) pojechaliśmy do nowego miejsca zamieszkania. Wieś była odległa kilka kilometrów i nazywała się Kołatek, chociaż pewny tego nie jestem. Przeprowadziliśmy się do małego domku Niemki o nazwisku Dykau, żony żołnierza wermachtu, który podobno zginął w Jugosławii. Krzewił tam germańską kulturę, widać nie skutecznie. Ona przeniosła się na nasze miejsce. Taka sobie dobrosąsiedzka podmiana.

To dla niej wykonywany był szczegółowy spis przekazywanego inwentarza. Nam nic nie zabierano, spis nie był dla nas. Rzesza w swej łaskawości nagradzała żonę żołnierza, który zginął za wielkie Niemcy nadaniem ziemi z dobytkiem.

Na dodatek ojciec miał pracować jako parobek (na swoim gospodarstwie to jest) u Pani Dykau. Ona nie znała się na prowadzeniu gospodarstwa, a ojciec miał opinię dobrego rolnika. Rzesza potrzebowała dobrych rolników, osiągających wysokie plony. Prowadzenie wojny wymagało dużo żywności. Skrzętnie ją rejestrowano i oszczędzano. Zwierzęta, krowy cielęta i żywiec były rejestrowane, kolczykowane i po osiągnięciu odpowiedniej wagi rekwirowane, niezależnie od tego w jakim gospodarstwie było hodowane, niemieckim czy polskim. Zabijanie tucznika na własny użytek było zabronione. Jeżeli dopuścił się tego Polak, mogło mu grozić nawet wysłanie do obozu. Żywność była na kartki (punkty jak je nazywano). Nawet chleb. Całe zebrane z pola zboże było zabierane. Kartki dla Niemców i Polaków różniły się zarówno pod względem ilości przydzielanej żywności, a przede wszystkim jej jakości. W miarę upływu czasu prowadzenia wojny, ilość wydzielanych produktów malała, a ich jakość gwałtownie pogarszała się. Chyba nie można było przeżyć na tak wydzielanej porcji żywności, bo zdobywanie jej wszelkimi innymi sposobami było zadaniem wszystkich członków rodziny, nawet dzieci. 

Nasza wieś zmieniła się. Oddam głoś bratu. Znał, jak się okazało, wszystkich we wsi i ich w tym czasie losy.

Powodem wysiedleń był napływ osadników niemieckich z Rumunii. To dla nich wyrzucani byli Polacy ze swoich gospodarstw Nazywano ich Besarabami. Nikt nie znał ich nazwisk. Byli po prostu Besarabami mieszkającymi po kimś. Nowym naszym sąsiadem został Besarab po Mierzwickich. Nie znali metod uprawy ziemi w naszych warunkach. Miejscowi Niemcy rozwiązali ten problem w ten sposób, że przydzielano im parobków spośród młodzieży pozostawionych we wsi Polaków. Moja siostra Jadwiga (skończyła 16 lat i podlegała przymusowi pracy) została przydzielona Besarabom po Mierzwickich. W tym przypadku wszyscy byli z tego zadowoleni. Besarabka miała służącą, matka miała blisko, tuż za miedzą, córkę, a Jadwiga mogła ukradkiem wpadać do domu. Wyobraźcie sobie, jak mało trzeba było wtedy do szczęścia.
Polaków wysiedlano również wtedy gdy gospodarstwo przejmowali (tak się to łagodnie nazywało) miejscowi Niemcy.
W tajemnicy w godzinach rannych zajeżdżał miejscowy Niemiec do upatrzonego przez siebie gospodarstwa zawsze w towarzystwie kilku innych, a wśród nich Wycke Albert. Rozkazywali wynieść stół i krzesła i spisywali akt nadania. Nowy właściciel otrzymywał wszystko, co sobie zażyczył. Oprócz ziemi i zabudowań, cały inwentarz i sprzęty gospodarskie. Wewnątrz domu lepsze meble, a nawet pościel. Po zakończeniu spisywania rejestru, jeden z oprawców odczytywał akt przejęcia w języku niemieckim, a właścicielom w języku polskim komunikowano co mogą zabrać i gdzie się udadzą.

Tak odbywało się przejmowanie polskich gospodarstw przez miejscowych Niemców. Przed wojną żyli przez szereg lat wydawało się w zgodzie i przyjaźni z polskimi sąsiadami. Mimo odrębności narodowej (o tym w zasadzie nie mówiło się) i religijnej (ta była częściej zauważana) wspólnie organizowali zabawy, wesela i pogrzeby. Wojna ujawniła jakby ukrytą wcześniej nienawiść i niespotykaną zajadłość z jaką się ona objawiła. 

Wykaz i wojenne losy poszczególnych gospodarzy we wsi Grodzeń

  1. Kiełkowski Józef ok. 15 ha – wywieziony wraz z dwoma synami do lagru. Żona z córką wysiedlona. Gospodarstwo przekazano Siedleckiemu ze wsi Janowo.
  2. Malankowski Władysław ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi. Dzieci procowały u miejscowych Niemców.
  3. Sztuczka Aleksander ok. 12 ha – żołnierz 39, z obozu jenieckiego wzięty do przymusowej pracy w Niemczech. Żona wysiedlona. (brak informacji o losie gospodarstwa)
  4. Baliński Zygmunt ok. 15 ha – aresztowany zginął w lagrze. Żona z małymi dziećmi przesiedlona na sąsiednią wieś pracowała u Niemców. Gospodarstwo przejął Besarab.
  5. Cichocki Czesław ok. 10 ha – wywieziony z całą rodziną w głąb rzeszy. Gospodarstwo przejął Besarab.
  6. Olkowski Szczepan ok. 12 ha – pozostali na swojej ziemi. 
  7. Kiełkowski Franciszek ok. 15 ha – wywieziony w głąb rzeszy wraz z całą rodziną (pięciu synów i trzy córki).Jedna córka zmarła w Niemczech. Gospodarstwo przejął Besarab
  8. Rysztogi Władysław ok. 13 ha – wywieziony na Prusy Wschodnie. Powrócił, mieszkał za Lipnem u rodziny, pracował u Niemców. Gospodarstwo przejął Besarab.
  9. Wojciechowski Stefan ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  10. Kopczyński Tadeusz ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  11. Kamiński Franciszek ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  12. Redmerski Wacław ok. 6 ha – pozostał na swojej ziemi.
  13. Pipczyński Józef ok. 12 ha – wysiedlony. (brak informacji o losie gospodarstwa)
  14. Czerwiński Szczepan ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi. Dzieci (syn i dwie córki) pracowali u Niemców.
  15. Wąsicki Jan ok. 26 ha – wywieziony wraz z rodziną. Powrócił i pracował u Niemca we wsi Janowo. Gospodarstwo przejął Besarab. 
  16. Borowicz Józef ok. 4 ha – wysiedlony do pracy u Niemca. Ziemia przyłączona do innego gospodarstwa. W budynkach zamieszkał stary Besarab.
  17. Brózek Jakób ok. 14 ha – wysiedlony z żoną i córką. Z trzech synów, jeden (policjant) zginął pod Lwowem, dwóch pracowało w okolicy Gdańska. Gospodarstwo przejął Celmer z Makówca.
  18. Kuropatwa Stanisław ok. 15 ha – przesiedlony do pracy u Niemca. Gospodarstwo przejął Besarab.
  19. Piotrkiewicz Bartłomiej ok. 8 ha – Przesiedlony do pracy u Niemca. Gospodarstwo przejął Besarab.
  20. Kośmider Władysław ok. 8 ha – pozostał na swojej ziemi. Czwórka dzieci (trzech synów i córka) pracowali u Niemców.
  21. Wojciechowski Zygmunt ok. 7 ha – pozostał na swojej ziemi.
  22. Wojciechowski Bolesław ok. 4 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona pozostała na swojej ziemi.
  23. Wieczyński Fabian ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  24. Wojciechowski Władysław ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  25. Jasińska Franciszka ok. 10 ha – wysiedlona. Dwóch synów, jeden żołnierz 39 w niewoli, drugi wywieziony na Prusy Wschodnie do pracy. Gospodarstwo przejął Besarab.
  26. Peplau Julian ok. 5 ha – osadnik niemiecki. Zabrał ok. 0,5 ha z ziemi Adama Jankiewicza. Były dalsze, nieudane próby wzbogacenia się.
  27. Trojanowski Zygmunt ok. ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  28. Chojnicki Wincenty ok. 4 ha – z trzema synami pracował u Niemców, .zona mieszkała w Janowie. Gospodarstwo przejął Besarab
  29. Wojciechowski Antoni ok. 3 ha – pozostał na swojej ziemi.
  30. Bonowicz Zenon ok. 9 ha – pozostał na swojej ziemi.
  31. Rzymkowski Mieczysław ok. 10 ha – wywiezieni do pracy na Prusy Wschodnie. Na gospodarstwo przesiedlony Adam Jankiewicz z małoletnimi dziećmi. Dwoje dzieci (syn i córka) pracowali u Niemców. 
  32. Lewandowski Bernard ok.6 ha – przesiedlony do innego mieszkania. Ziemię przejął sąsiad, niemiecki osadnik Racław.
  33. Kiełkowski Zygmunt ok. 10 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona z dziećmi przesiedlona do sąsiedniej wsi. Ziemia przyłączona do folwarku Ciełuchowo. Mieszkanie zajmował folksdojcz Tomaszewski.
  34. Skorupiński Stanisław ok.3 ha – nauczyciel zginął w obozie. Żona wywieziona w inne tereny. Ziemię przyłączył do swojej Niemiec Racław, następnie rozebrał i przeniósł do siebie ich nowy dom
  35. Mierzwicka Antonina ok. 15 ha – wywieziona wraz z dwiema córkami i ich dziećmi. Dwóch synów wywieziono na Prusy Wschodnie do pracy – jeden zginął. Gospodarstwo przejął Besrarab.
  36. Jankiewicz Adam ok. 8 ha – wysiedlony, najpierw na sąsiednią wieś, następnie przesiedlony na gospodarstwo Rzymkowskiego. Jego gospodarstwo przejęła Dykau, Niemka z sąsiedniej wsi.
  37. Bonowicz Józef ok. 10 ha – aresztowany zginął w lagrze. Żona z małymi dziećmi tułała się u rodziny. Gospodarstwo przejęła Niemka Dykau.
  38. Gutmański Bolesław ok. 15 ha – przesiedlony na gospodarstwo Lorenc Andrzeja. Jego gospodarstwo przejął Besarab
  39. Szotowicz Zygmunt ok. 2 ha pozostał na swojej ziemi. Brat zginął w lagrach. 
  40. Rogoziński Ignacy ok. 10 ha – przesiedlony do pracy we wsi Makówiec. Gospodarstwo przejął Besarab.
  41. Fos Ludwik ok. 4 ha – wysiedlony wraz z rodziną. Gospodarstwo przejął sąsiad Niemiec Racław.
  42. Kotarski Edmunt ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi, miał zawód murarza.
  43. Grzywiński Zygmunt ok.6 ha – pozostał na swojej ziemi.
  44. Lewandowski Marian ok. 1 ha – pozostał na swojej ziemi.
  45. Czerwiński Antoni ok.10 ha – przesiedlony do pracy na wsi Janowo. Gospodarstwo przejął Besarab.
  46. Kiełkowski Zygmunt ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi.
  47. Chiliński Czasław ok. 12 ha – przesiedlony do pracy u Niemców na dalszą wieś. Gospodarstwo przejął Besarab.
  48. Pipczyński Ignacy ok. 7 ha – pozostał na swojej ziemi.
  49. Kopczyński Ignacy ok. 2 ha – wywieziony do pracy w głąb rzeszy. Żona pozostała na swojej ziemi.
  50. Makowski Ignacy ok.1 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona pozostała na swojej ziemi.
  51. Kuropatwa Antoni ok. 27 ha – Liczna rodzina – ojciec pracował we wsi Lubówiec, jeden z synów był aresztowany i przebywał w lagrze, trzech wywieziono do pracy w Prusach Wschodnich. Matka z dwiema córkami także pracowała w Prusach, Brak w notatkach brata o losach ich gospodarstwa. Prawie jest pewne, że zajął je Besarab. 

Z przedstawionego zestawienia wyłania się dość ponury obraz. Prawie ¾ polskich rodzin zostało wyrzuconych ze swoich warsztatów pracy – gospodarstw rolniczych. Zabrane zostały prawie wszystkie gospodarstwa większe, o areale rzędu 10 ha, a zdecydowanie te o bardziej okazałych domostwach. Znaczącą część oddano osadnikom. Tym „Besarabom”, jak ich nazywaliśmy. Brat wymienia ich 16. W przypadku dwóch polskich włąścicieli, albo zapomniał napisać, co stało się z ich gospodarstwami, albo nie wiedział. Gdyby przyjąć, że tam również umieszczono przesiedleńców z Rumunii, dało by to ilościowo przeszło 35 % przekazanych domostw. Obszarowo procent ten wzrasta do wartości ponad 50. Resztę zabierali Niemcy miejscowi. Albo przyłączali do swoich posiadłości ziemię sąsiadujących z nimi rodzin polskich (np. Racław), albo przenosili się upatrzone jedno lub więcej gospodarstw polskich (np. Dykau). Pozostali na swojej ziemi Polacy z reguły mieli gospodarstwa nie duże, lub w bardzo złym stanie budynki. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, całkowite oczyszczenie tych ziem z Polaków, było tylko kwestią czasu.

Polak traktowany był jak rzecz. Można go było dowolnie przemieszczać z miejsca na miejsce, kompletnie nie biorąc pod uwagę jego interesów. Takie pojęcie jak interes, w stosunku do Polaków nie istniał. Ludzi wykształconych, natychmiast w pierwszych miesiącach okupacji wymordowano, pozostałych zaczęto zamieniać w „zwierzęta” przeznaczone do najprostszych, najcięższych prac fizycznych. W szczególności dotyczyło to młodzieży. Dorastający, (chłopcy w wieku 14 lat, a dziewczęta w wieku 16 lat) podlegali przymusowi pracy. Nawet jeżeli Polak rolnik miał swój kawałek ziemi, jego dzieci zabierane były do pracy u niemieckich bauerów. Każdy z nich miał po kilku służących i oczywiście byli to wyłącznie Polacy. Tak kształtował się system, w którym mieliśmy z góry ustalone miejsce. Tysiąc letnia rzesza nam to gwarantowała. Moje starsze rodzeństwo: siostra Jadwiga (1924) i brat Janek (1925) pod ten rygor już podlegali. Obydwoje poszli do pracy, mimo że jeszcze rodzice mieli w tym czasie swoje gospodarstwo. Pisałem już, że Jadwiga została skierowana do pracy po sąsiedzku, u Besaraba po Mierzwickich, a brat…. (niech lepiej sam później o tym opowie). 

Często zastanawiałem się, czym kierowali się nasi niemieccy osadnicy, decydując się, dając się ukierunkować na taki sposób odnoszenia się do swoich polskich sąsiadów. Nie ma wątpliwości, że kierowała nimi chciwość. Była to szansa na błyskawiczne wzbogacenie się. To jednak nie mogło być wszystko. Musieli wierzyć w zwycięstwo Niemiec. Propaganda wiele może, a Gebels był bardzo skuteczny. Nie wszyscy, jednak większość tej propagandzie ulegała. Ulegała większość, ale później płacili wszyscy, także ci z Niemców, którzy wtedy zachowywali się jak ludzie. Czuję się w obowiązku o tym napisać, bo byłem tego świadkiem, więcej uczestnikiem. 

Gospodarstwa niemieckie przeważnie różniły się od polskich zamożnością. Stwierdzam to ze smutkiem, ale w porównaniu z większością polskich zagród chłopskich, zgodnie z prawdą. Posiadłość następczyni na naszym gospodarstwie, pani Dykau, chociaż Niemki, zdecydowanie odbiegała od tej reguły. Stwierdziłem to, gdy przesiedlono nas do jej domu. Jak sięgam wstecz pamięcią, to mam wrażenie, że ten domek był jakby prowizoryczny. Jedno utkwiło mi w pamięci, że jedna ze ścian wewnętrznych miała u góry szczelinę i ojciec ją czymś podpierał, gdyż zachodziła obawa, że się może przewrócić. Poza tym domkiem chyba nic więcej nie było. Jeżeli było, to niewiele, bo nie pamiętam. Następny dzień, po wysiedleniu nie był wesoły. Ojciec w nocy wyszedł do pracy, matka siedziała z Grażyną na ręku i jak zwykle płakała. Wyszedłem zapoznać się z otoczeniem, chociaż nie było za bardzo z czym. Po drugiej stronie od wjazdu na podwórze rosły wysokie pokrzywy i nie dawało się wejść. Wtedy wszedł na podwórze wysoki, szpakowaty mężczyzna i zapytał czyj jestem. Należało się na takie zapytanie przedstawić. Grzecznie odpowiedziałem, że Jankiewiczów.

 – To was tu wczoraj przywieźli? W odpowiedzi kiwnąłem przytakująco głową. 

 – Chodź ze mną, usłyszałem.

Poszedłem, raczej za nim niż z nim. Uszliśmy niedaleko. Poniżej, po drugiej stronie drogi stał duży dom z czerwonej cegły i rozliczne zabudowania gospodarcze. Tam weszliśmy, a mój przewodnik dał jakieś polecenie wywołanej dziewczynie, która wkrótce przyniosła dość dużą, o przeszło litrowej pojemności „kankę” z mlekiem. Pewno będę musiał się potrudzić, by wyjaśnić cóż to takiego „kanka”. To takie emaliowane naczynie metalowe, u góry nieco zwężone z przykrywką i zaopatrzone w zrobiony z drutu uchwyt do noszenia. Kanka przeważnie wykorzystywana była właśnie do przenoszenia niewielkich ilości mleka.

 – Daj to matce, a jutro, o tej samej co teraz porze, przyjdź to dostaniesz znów mleko.

Codziennie biegłem z pagórka, na którym stała nasza chatka do czerwonego domu, a z powrotem dźwigałem kankę z mlekiem. Grażyna miała co jeść, a ja też lubiłem pić mleko. Zostało mi to do dziś. Trafiłem raz, jak piekli chleb. Dostałem dużą „pajdę” posmarowaną masłem, jeszcze ciepłego, świeżego chleba. Powiedziałem, że zjem po drodze, ale faktycznie chciałem zjeść popijając mlekiem. Rozpusta.

Wkrótce przenieśli nas znów do Grodzenia i przestałem biegać po mleko do pana Wycke. Nie przesłyszeliście się (raczej dobrze przeczytaliście). Ofiarodawca mleka był Niemcem i nazywał się Wycke. O tym nazwisku mieszkało w naszej okolicy wielu. W Makówcu Janek pracował także u Jakuba Wycke. Taka bardzo szeroko rozgałęziona rodzina, chociaż do pana Wycke od mleka, nikt z Niemców się nie przyznawał. Uważali go co najmniej za dziwaka, a raczej za niespełna rozumu. Podobno nie pozwolił córkom (miał dwie) powiesić w domu portret Hitlera, usiłował pierwszy zdejmować czapkę i kłaniać się napotkanym Polakom, a przejeżdżając obok kościółka, schodził z roweru i zdejmował czapkę (sam to widziałem). Przyznajcie, było to wysoce nienormalne. Nie mógł zasługiwać na szacunek współbraci. Istnieje takie powiedzenie, że wyjątek potwierdza regułę. Regułą był ten krwiożerczy stosunek niemieckich osadników do nas. To dlatego uważali naszego Wycke – za głupka. Z drugiej strony ile odwagi trzeba mieć, by po prostu być człowiekiem. By to ocenić należało to przeżyć. Nasz Wycke odwagę bycia człowiekiem miał i zapłacił za to wysoką cenę. Dokończmy zatem tą, z każdej strony, ponurą opowieść.

Mój brat twierdzi, że ten „sądny dzień” nastąpił 17 stycznia 1945 roku. Sprawna do bólu niemiecka organizacja wyznaczyła ten dzień na dzień ucieczki Niemców z okolic Grodzenia w kierunku Berlina. Napisałem w kierunku Berlina, a nie w kierunku rzeszy, gdyż uważali oni, że rzesza jest tu. Opowiadali ludzie o przedziwnych zachowaniach niektórych uciekinierów. Podobno żona Racława biegała wokół i obejmowała nowo pobudowany dom głośno szlochając. Rzeczywiście z takim trudem go zdobyli. Było czego żałować. Przypominam, że przenieśli dom z innego miejsca, gdzie pobudował go nauczyciel Stanisław Skorupiński. Opamiętanie przychodziło zdecydowanie za późno. 

Doprowadziłem opowieść do tego momentu ze względu na naszego, wspomnianego wcześniej, Wycke. On nie uciekł. Widocznie uważał, że nie ma czego się bać. Niesłusznie. Po przejściu frontu, pamiętam często wpadających żołnierzy (nie zawsze trzeźwych), zapamiętale szukających germańców wszędzie. Także w szafach i szufladach. Taki głupek, jak nasz Wycke, mógł nie wypierać się, że jest germańcem. Sądzę, że mógł nie mieć wtedy lekko. W końcu dotarła do nas wiadomość, że został osadzony w więzieniu w Lipnie przez nowe polskie władze. Może pociechą mu była liczna delegacja polskich mieszkańców okolicznych miejscowości na rozprawie. Zeznawali zgodnie z prawdą o jego nienagannym zachowaniu. Ojciec na tą rozprawę jeździł również. Został zwolniony. Niezależnie od tego, w rezultacie końcowym przegrał. Odpowiadał za winy popełnione, wbrew jego przekonaniom, przez innych. Zmarł. Jego gospodarstwo zostało mu zabrane, a córki w ramach repatriacji wyjechały do Niemiec. 

Zdaje się obowiązywało takie prawo. Gospodarstwa będące własnością byłych niemieckich osadników, po wojnie (może w ramach rewanżu) były zabierane. Przydzielane były Polakom. U nas przeważnie miejscowym. Chętnych było dużo. Mieliśmy wiele rodzin bez ziemi. Na zachodzie pojawili się dodatkowo repatrianci ze wschodu. Taka nie zamierzona wędrówka ludów. 

Przedwojenni osadnicy niemieccy z naszej okolicy w większości przypadków porzucili swoje posiadłości. Nabroili i zwiali. Nie wszyscy. Znam przypadek, gdy były osadnik pragnął nadal mieszkać w Polsce. Nazywał się Zemrau (imienia niestety nie pamiętam). Przed wojną mieszkał nieopodal w Makówcu. Bardzo wcześnie został zmobilizowany i wcielony do wermachtu i chyba też dość wcześnie dostał się do niewoli, gdzie dość długo przebywał. Jego żona i dzieci czekali na niego na miejscu, mimo że gospodarstwo zostało im zabrane. Po powrocie chciał go odzyskać. Dążył do tego z dużą determinacją i uporem. Skąd to wiem? Żona pana Zemrau była krewną (może nawet córką) Jakuba Wycke, u którego Janek przez całą wojnę był parobkiem i panią Zemrau znał. Po jego powrocie z niewoli zamieszkali w starej naszej chałupie. My postawiliśmy nowy dom w 1947 – 1948 roku jak jeszcze ojciec żył. Mieszkali długo. Na pewno byli w Polsce jeszcze w 1955 roku. Cały czas starał się odzyskać swoją byłą posiadłość w Makówcu. Bezskutecznie. W końcu zrezygnował i wyjechali do Niemiec. Myślę, że nie przybył tam wtedy nowy przyjaciel naszego kraju.

  1. Wszystkie nazwiska niemieckie będę podawał w brzmieniu fonetycznym, tak jak były wymawiane, gdyż pisowni ich nie znam.
  2. Zakon, na zaproszenie w 1212 r. króla Węgier Andrzeja II, zamieszkiwał już w Siedmiogrodzie, skąd z wielkim trudem udało się ich po dziesięciu latach wypędzić.
  3. Jak już zaznaczyłem wszystkie nazwiska niemieckie podaję w brzmieniu fonetycznym. Nie znam ich pisowni.
  4. Nazwy miejscowości podaję w oryginalnym brzmieniu polskim. Niemcy oczywiście je pozmieniali. Nie używam ich. Nie wszystkie pamiętam, a zresztą dobrze, że niedługo trwały i niech tak pozostanie

2 Comments

Łukasz Dykowski

4 czerwca 2021 at 19:54 Odpowiedz

Dzień dobry
Bardzo interesujący artykuł! Mój dziadek Benedykt Dykowski pochodził z Grodzenia, czy kojarzy pan nazwisko Dykowski? Urodzony w 1917.

Piotr Olkowski

11 lipca 2021 at 17:42 Odpowiedz

Mój pradziadek Szczepan, dziadek Jan i ojciec Mirosław Olkowscy pochodzili z Grodzenia. Dziękuję za tę wspaniałą lekturę o miejscu z kąd pochodzi moja rodzina. Czy są jeszcze gdzieś jakieś dokumenty by poszeżyć wiedzę o mojej rodzinie?