| by Zdzisław Jankiewicz | 4 komentarze

Grodzeń

Położenie, zarys historii

Wieś, w której urodziłem się, spędziłem czas okupacji, a później często wracałem najpierw do rodziców (właściwie matki), a następnie brata Janka, nazywała się GRODZEŃ. Grodzeń położony jest w północno zachodniej części Mazowsza, chociaż nieraz kojarzony był z Kujawami lub Pomorzem. Historycznie to Ziemia Dobrzyńska. W Napoleońskich czasach znalazła się w granicach Królestwa Kongresowego (tzw. Kongresówce), co poczytywane było, nie wiem dlaczego, za wyróżnienie. Przynajmniej ja tak to odbierałem.

Spójrzmy na przedstawiony wycinek mapy. Droga krajowa nr 10 na odcinku pomiędzy miejscowościami Lipno i Kikół, i odcinki dróg pomiędzy tymi miejscowościami a wsią Grodzeń tworzą trójkąt prawie prostokątny. Odległość pomiędzy Grodzeniem i Lipnem jest w przybliżeniu dwukrotnie większa niż odległość pomiędzy Grodzeniem i Kikołem. Grodzeń odległy jest od Kikoła około 4 km, a od Lipna 8 – 9 km. Przemierzałem wielokrotnie jedną i drugą przeważnie pieszo. Przez jakiś czas zaraz po wojnie (1946)  chodziłem do kikolskiej szkoły podstawowej. Były to kursy popołudniowe, tak że wracałem do domu późnym wieczorem.
W latach 1948 – 1951 chodziłem do szkoły średniej (do liceum) w Lipnie. Była to już zbyt duża odległość, by dwa razy dziennie pokonywać ją przed i po zajęciach szkolnych. Mieszkałem w Lipnie. W internacie, gdy udawało mi się zdobyć tam miejsce. Gdy nie miałem takiego szczęścia (jako syn średniorolnego chłopa nie zawsze mogłem z tego korzystać) mieszkałem na tzw. „stancji”. Był to pokoik zajmowany przeważnie przez dwóch uczniów, wynajmowany u starszych pań dorabiających sobie w ten sposób na życie. Na każdą niedzielę wędrowałem do domu. Należało zobaczyć się z rodziną i pewno trochę lepiej zjeść. Matka na tą wizytę zawsze robiła lepszy, niedzielny obiad. Sobotnia kolacja też była bardziej uroczysta. Droga do domu  po sobotnich lekcjach nie wydawała mi się długa. Szło się z ochotą. Za to powrót w poniedziałek nie był przyjemny. Przede wszystkim byłem przez matkę budzony przed 5,00, by się umyć, ubrać, zjeść śniadanie i zdążyć na lekcje, które zaczynały się punktualnie o godzinie 8,00. Brrrrr.

 

Teraz obydwie drogi są utwardzone i położony jest asfalt. W końcu większość mieszkańców Grodzenia ma samochody. Kiedyś za mojego dzieciństwa samochodu nie miał nikt. Dobrze, gdy rolnicy mieli wozy i konie. Później „kawalerka” jeździła rowerami. Miałem starsze siostry i wiem coś na ten temat. Przyjeżdżali rowerami do moich sióstr. Oni siedzieli w ogrodzie lub szli na spacer, a ja jeździłem ich rowerami. Droga do stawu (sadzawki) była lekko z górki i fajnie się zjeżdżało. Nie sięgałem niestety nogami z siodełka do pedałów, ale nauczyłem się jeździć przekładając nogę nie nad ramą a pod ramą. Był to karykaturalny sposób, którego bliżej nie potrafię opisać. Niestety dziś nie byłbym w stanie także tego zademonstrować. Zostawmy zatem ten problem.

Droga przy której mieszkaliśmy (ta do Lipna) nazywana była „traktem”. Była to droga gruntowa Latem pokryta była drobnym pyłem. W trakcie jazdy konnym wozem wzniecany był tuman kurzu, który osiadał wszędzie. Byliśmy do tego przyzwyczajeni. Ścieżka przy drodze do wędrówki pieszej nie była tak zapylona. Mimo tego po przejściu z Lipna do Grodzenia trzeba było czyścić buty, nie mówiąc o myciu nóg aż do kolan i trzepaniu ubrania. Deszczową wiosną, a szczególnie jesienią nasz trakt zamieniał się w głębokie „bajoro”. Szczególnie odcinki mniej piaszczyste były nie do przebycia. Ziemia w tych okolicach była dość dobra. Klasa druga i trzecia. Nadawała się do uprawy buraków cukrowych. Wywózka ich jesienią dużymi i ciężkimi wozami na kołach z żelaznymi obręczami rozwalała tą drogą dokumentnie. Pamiętam taki rok w czasie niemieckiej okupacji, gdy fornale z folwarku w Ciełuchowie na niezwykle głębokich wybojach specjalnie gubili buraki. Spadały w to błoto, a my biegliśmy za furą z koszykiem i je zbieraliśmy. Matka i siostry z buraków cukrowych umiały wygotować taką ciemną i gęstą ciecz – słodką melasę. Służyła nam do smarowania chleba i różnego rodzaju placków. Uzupełnialiśmy w ten sposób nasze wtedy wysoce niewystarczające zasoby żywności.

Jak widać położenie miejscowości uznawanej za rodzinną nie było wyszukane. Nie odznaczała się ona również zamożnością. Jej mieszkańcy byli raczej biedakami. Nie myliłem się wiele mówiąc czasem, że urodziłem się w „wiosze dechami zabitej”, co to „daleko do Boga i ludzi”.

A jednak miała ona cechy wyróżniające ją spośród sąsiednich wiosek. Na terenie Grodzenia stała Kaplica. To coś więcej niż Kaplica. Miejscowi nazywali ją zawsze i nazywają także teraz Kościółkiem (fot.1). Kościółek pamiętam z początkowych lat okupacyjnych, gdy był remontowany. Remont, to za dużo powiedziane. Było to przystosowanie do użytkowania. Wcześniej uroczystości religijne w Kościółku odbywały się w Piotra i Pawła, patronów kościółka. Był odpust i festyn. Można było kupić obwarzanki, gdy rodzice dali 5 groszy. W pozostałe niedziele i święta wierni wędrowali do kościoła parafialnego w Kikole. Oczywiście na pieszo; znów nie taki świat drogi – głupie 4 km.

Dlaczego kościółek tak awansował w czasie okupacji? Ano stał się ważny. W kościele Kikolskim najpierw zamalowano tablice fundatora hrabiego Zboińskiego (nie był Niemcem), a następnie zamieniono go na magazyn mebli. W Kikole nie było wtedy gdzie odprawić mszy. W murze okalającym cmentarz jest do dziś kapliczka 2×2 metry, w wnętrzu której ksiądz umieścił ołtarz, a ludzie stali na dworze niezależnie od pogody i pory roku. Następną w okolicy świątynią do wykorzystania był nasz kościółek. Stąd jego awans.

1. Kaplica – „Kościółek” w Grodzeniu

Remont polegał na otynkowaniu ścian zewnętrznych i pomalowaniu wewnątrz. Mieszkaliśmy niedaleko kościółka i pamiętam to tynkowanie. Mur był gruby na około 2 metry, zbudowany z kamieni łączonych białą spoiną wapienną Tu muszę pozwolić sobie na dyskurs z autorami jedynej publikacji dotyczącej Kikoła i okolicznych wiosek[1]. Napisali oni, że kościółek był wymurowany z cegły (str.79). O ile ja pamiętam, to budulcem nie była cegła a kamienie. Będę miał do tej publikacji więcej uwag[2].

Dziś na zewnątrz, jak widać na załączonym zdjęciu (fot 1), wygląda równie okazale Wewnątrz nie jest już tak wspaniały [fot 2].

2. Wnętrze kościółka w Grodzeniu

Ze starego kościółka jaki pamiętam z lat okupacyjnych pozostał obraz wiszący po prawej stronie krzyża. To patroni Kościółka – św. Piotr i św. Paweł. Obraz jest już ciemny, poszarzały ze starości. Pod względem kompozycji jest typowy: św. Piotr dzierży w ręku klucze, a św. Paweł – miecz. Państwo tego nie widzą – ja pamiętam.

Kiedyś był w kościółku jeszcze drewniany ołtarz. Właściwie taka płaska drewniana kompozycja odstawiona na ok. półtora metra od tylnej ściany. Przestrzeń ta wykorzystywana była przez księdza do przebierania się w szaty liturgiczne. Bym zapomniał. Na tylnej ścianie nad wejście zawieszona była podstawa chóru z wejściem po lewej stronie w postaci krętych ciasnych schodków. Na chórze stał ciemny mebel, który kiedyś podobno miał zdolność wydawania dźwięków, ale ja ich nigdy nie słyszałem. Jeżeli od widzianego na zdjęciu wnętrza odejmiemy to wszystko, nazwa, że był to nie kościół a kościółek, będzie usprawiedliwiona. W trakcie późniejszej gruntownej przebudowy wszystkie ta elementy zostały usunięte. Wnętrze stało się bardziej przestronne, dla mnie jednak czegoś mu brak, coś straciło. Obecne wnętrze przestało być miniaturowym kościołem, a stało się modlitewną salką. Wiem, że z ołtarza, który pamiętam sypało się próchno, był dokumentnie zjedzony przez korniki, a na chór nie pozwalano już wtedy wchodzić, bo groził zawaleniem.

Gdy odwiedzam strony rodzinne, zawsze gdy mam taką możliwość, odwiedzam kościółek. Chodziłem z bratem gdy żył. Teraz w Grodzeniu bywam coraz rzadziej, a do kościółka mogę chodzić tylko sam.

Kościółek, jego pochodzenie stanowi pewnego rodzaju tajemnicę. Niby wszystko jest jasne. Wewnątrz, po prawej stronie wejścia znajduje się tablica wyjaśniająca historię jego powstania. Możemy z niej dowiedzieć się, że kościółek został zbudowany w 1778 r. przez Jaśnie Wielmożnego Ignacego Antoniego Zboińskiego, wojewodę Płockiego dla wygody mieszkańców Grodzenia (fot 3).

3. Tablica wmurowana wewnątrz kościółka

Nie wiedzieć dlaczego przekaz miejscowy, przez lata powtarzany przeczy literalnie rozumianemu zapisowi tablicy. Zgodnie z nim kościół jest starszy, wcześniej był kościołem ewangelickim, a sąsiadujące z nim ziemie zamieszkiwali osadnicy z zachodniej Europy. Autorzy cytowanego w odnośniku opracowania, wydanego w 1997 z okazji nadania szkole podstawowej w Kikole sztandaru i imienia Ignacego Antoniego Zboińskiego oraz poświęconego pamięci Andrzeja Blachowskiego, długoletniego kierownika tej szkoły, a mego serdecznego przyjaciela z lat nauki w lipnowskim liceum twierdzą, że był taki czas gdy Grodzeń zamieszkiwali osadnicy holenderscy. Przytoczę stosowny fragment tego opracowania: „Skądinąd wiadomo, że Grodzeń wybrali sobie na miejsce zamieszkania osadnicy „olenderscy”, gdyż w dokumentach występuje nazwa Grodzeń – Holendry.[3]

4. W sąsiedztwie Kościółka znajduje się niemiecki cmentarz (zdjęcie satelitarne)

To prawdopodobne. W sąsiedztwie Kościółka w odległości kilkuset metrów po drugiej stronie traktu na niewielkim wzniesieniu znajduje się miejsce gdzie wcześniej był cmentarz ewangelicki (fot 4). Wszyscy jednak nazywali go „niemieckim”, a nie ewangelickim. Może dlatego, że mieszkający w okolicy ewangelicy byli Niemcami. Jeszcze do 1945 r. na tym cmentarzu chowani byli miejscowi mieszkańcy narodowości niemieckiej.

Było rzeczą naturalną, że w pobliżu kościołów umieszczane były cmentarze. W takim razie kościółek powinien być kościołem ewangelickim. Cmentarza katolickiego w okolicy nie było i nie ma. Był i jest dopiero przy kościele parafialnym w Kikole.

Możliwe jest inne tłumaczenie tego faktu. Mógł być zbudowany cmentarz w miejscowości zamieszkałej dostatecznie licznie przez ludność danego wyznania, w tym przypadku narodowości niemieckiej. Rzecz w tym, że we wsi Grodzeń mieszkała tylko jedna rodzina niemiecka i to na jej skraju. W sąsiednich wsiach, np. leżącej na wschód od Grodzenia wsi Makówiec było znacznie więcej osadników niemieckich. Dlaczego mieli zrobić cmentarz akurat w Grodzeniu, gdzie Niemców praktycznie nie było? Stąd uważam, że przekaz o ewangelickim pochodzeniu Kościółka jest prawdopodobny.

A oto, co na temat miejscowego przekazu o pochodzeniu kościółka i wsi Grodzeń napisał mój brat zbierając na ten temat informacje od najstarszych mieszkańców.

Jak głosi wieść przekazywana z pokolenia na pokolenie, parę set lat temu, średniej wielkości wieś (o powierzchni ok. 4 km kwadratowych) Grodzeń w całości zamieszkiwali osadnicy niemieccy. Dowodem tego jest istniejący w pobliżu kościoła cmentarz ewangelicki. W sąsiednich wsiach Janowie i Makówcu jeszcze krótko przed wojną (II wojną światową) w 30% zamieszkiwali Niemcy. Podobno w XVIII wieku Hrabia Zboiński, właściciel okolicznych folwarków, wykupił w całości wieś Grodzeń, osiedlając w niej sprowadzone z Polski centralnej cztery rodziny: Kuropatwów, Wojciechowskich, Kiełkowskich i Kopczyńskich. Wtedy, należy przypuszczać, kościół ewangelicki został wyświęcony na katolicki. Stał się Kościółkiem.

Początkowo Grodzeń był wsią pańszczyźnianą. Osadnicy zobowiązani byli pracować nawet trzy dni w tygodniu w majątku hrabiego. Po uwłaszczeniu każdy stał się właścicielem gruntu, który uprawiał. Z czasem liczebność mieszkańców Grodzenia zwiększała się, a przypadający na pojedyncze gospodarstwo areał ziemi automatycznie malał. Krótko przed wojną wieś liczyła około 50 gospodarstw, a niektóre z nich prawie nie posiadały ziemi.

Nie daję przysłowiowego „złamanego grosza” za prawdziwość przekazu mojego brata. Jego opowieść nie jest oparta o żadne źródła, a jedyni o miejscowy przekaz. Prawdziwy natomiast jest cmentarz niemiecki, kościółek i we wsi zamieszkiwali Kuropatwy, Wojciechowscy, Kiełkowscy i Kopczyńscy. Oczywiście nie tylko. Ale to zrozumiałe.

Istniały także wiejskie części wspólne: Kapuśniki i Kołowrót (fot. 5). Może to pozostałość po tzw. serwitutach. Świadczyć mogą, że mieszkańcom było nadawane prawo użytkowania nie ich gruntów. Części wspólne, to mało przydatne do uprawy grunty, dzielone na kawałki i przydzielane każdemu z gospodarstw. Kapuśniki położone były wzdłuż nie istniejącego już rowu odwadniającego, biegnącego przez całą wieś, w tym przez sąsiadujący z zabudowaniami moich rodziców staw widoczny w górnym prawym rogu fot. 5. Jak sama nazwa wskazuje Kapuśniki przeznaczone były chyba pod uprawę kapusty.

Z czasem te płachetki ziemi były sprzedawane biedakom, którzy stawiali tam liche domki i byli wyrobnikami. Dziś praktycznie ten teren jest niezamieszkały.

Kołowrót był podmokłą łąką ze złożami torfu – inaczej torfowiskiem. To typ mokradeł gdzie zachodzą procesy akumulacji osadów organicznych. Te osady to najmłodszy rodzaj węgla. Ma do 60 % składników palnych, dlatego wykorzystywany był jako opał.

Jeszcze w pierwszych latach po wojnie kopano tam torf. Na pewno pamiętam taką akcję na początku niemieckiej okupacji. W czerwcu, gdy była najlepsza, słoneczna pogoda zmawiali się wszyscy, którzy w danym roku zamierzali kopać torf. Następnie kolejno wypożyczonym tzw. ślimakiem wypompowywano wodę. Był to dość pracochłonny proces, ale przy wysokim stanie wody nie udawało się wykopać torfu na głębokość pokładu. Zbierała się woda i nie pozwalała wybrać dostatecznej ilości tej kopaliny.

5. Części wspólne wsi Grodzeń (satelita)

Później należało rozdrobnić i dokładnie wymieszać tą błotnistą masę. Następnie w postaci wałków o długości ok. jednego metra wyłożyć ją na trawę do wyschnięcia. Do wytwarzania tych wałków służyła dość prymitywna maszyna napędzana końmi za pomocą kieratu Wszystkie te urządzenia należało na miejsce kopania torfu zawieźć, prace wykonać, torf wysuszyć, przekładając go wielokrotnie, przywieźć i przechować w suchym miejscu, by w zimę mieć co włożyć do kuchni i np. ugotować obiad. Innego paliwa nie było. Drewno w naszej okolicy było mało dostępne. Na węgiel rolnika kiedyś nie było stać, a o możliwości używania gazu chyba nawet nikt nie wiedział.

Lubiłem okres kopania torfu. Byłem jeszcze za mały, by odczuć trud tych robót, chociaż lżejsze prace wykonywałem. Przy wylewaniu wody łowiliśmy ryby. Była uciecha.

Dziś miejsce gdzie kopaliśmy torf to tzw. torfniaki – staw powstały po wykopie torfu. Zarasta trzciną, rzęsą i innymi bagiennymi roślinami. Z ryb mogą tam żyć karasie, płotki, okonie, rzadziej liny. Może trafiać się szczupak.

6. Rodzinne „siedlisko” (satelita)

Wspomniałem już, że mieszkaliśmy niedaleko kościółka. Dobrze obrazuje to satelitarne zdjęcie (fot. 6). Zabudowania nasze odgradzał od traktu nieduży staw nazywany, nie wiem dlaczego, sadzawką. Internet wskazuje, że zbiornik nazywany „sadzawką” powstaje w sposób sztuczny, zatrzymując wodę dla celów gospodarczych. Może nawet. Sadzawka leżała na drodze rowu odwadniającego biegnącego z północy przez całą wieś do kołowrotu.

Pewno w tym miejscu było naturalne zagłębienie, umożliwiające utworzenie takiego stawu retencyjnego. Sadzawka była użyteczna. Krowy z pastwiska najpierw biegły do sadzawki, by się napić, a dopiero później udawało je się zapędzić do zagrody, gdzie nocowały. Po sadzawce pływały kaczki zjadając występującą na niej rzęsę. Podobno hodowla kaczek bez dostępu do wody nie jest wskazana. W sadzawce brodziliśmy po pas łowiąc karaski. W zimę na sadzawce była doskonała ślizgawka. Jednym słowem sadzawka spełniała funkcje gospodarcze i rekreacyjne. Była bardzo pożyteczna, a jej nazwa, zgodnie z Internetem, była uzasadniona.

Zabudowania widoczne na zdjęciu satelitarnym są współczesne. Murowany z cegły dom został zbudowany w pierwszych latach po wojnie, inne zabudowania gospodarcze jeszcze później. Dawniejszy mieszkalny dom, który jeszcze pamiętam, zbudowany był z drzewa. Były to poziomo ułożone kloce, zazębiające się w narożach na tzw. węgły. Do dziś można spotkać tak zbudowane domy na Kurpiach i Podhalu. Dom był stary. Właściwie nikt nie wiedział, kiedy został zbudowany. Miał niewielkie okna i pokryty był słomianą strzechą. Jak na warunki wiejskie część mieszkalna była dość obszerna. Składała się z dwóch pokoi, dość dużej kuchni i tzw. sieni, z której solidne drzwi wyjściowe prowadziły bezpośrednio na podwórze. Sień spełniała ważne funkcje. Na zewnątrz domu nie było utwardzonego podłoża. Gdy padał deszcz, było tam po prostu błoto. W sieni zabrudzone obuwie było czyszczone lub zdejmowane. W sieni też przeważnie znajdował się piec do chleba. Podstawowe miejsce bez którego nie było chłopskiej zagrody, a pieczenie chleba należało do ważniejszych czynności, wręcz rytuału, gospodyni domu. Z sieni było też wejście (strome schody) na poddasze. Poddasze z reguły nie miało charakteru mieszkalnego. Była to trochę rupieciarnia, ale przede wszystkim miejsce gdzie suszone było i przechowywane ziarno, mąka i inne produkty konieczne w prawie samowystarczalnym gospodarstwie, jakim była zagroda chłopska.

Najważniejszym pomieszczeniem w domu była kuchnia rozumiana jako pomieszczenie. Centralne w niej miejsce zajmowała właściwa kuchnia (zwana dawniej kotliną), w której praktycznie cały dzień płonął ogień. Gotowane były potrawy i przetwory dla ludzi, a także karma dla zwierząt. Ważnym meblem był duży stół. W normalny dzień i niedzielę cała rodzina przy tym stole jadła wszystkie posiłki. Pokoje przeznaczone były do spania, a uroczysty obiad jedzony był w pokoju jedynie w duże święta lub z okazji ważnych rodzinnych spotkań.

Starsze domostwa miały szeregową zabudowę i pod jednym dachem znajdowała się część mieszkalna i pomieszczenia dla zwierząt domowych – obora, szopa (różnie mówiono). Wtedy w sieni znajdowały się także drzwi do owej szopy. Nasze stare zabudowanie było takim szeregowcem.

W części przeznaczonej dla zwierząt znajdowały się konie i młodzież: źrebaki, cielaki, prosiaki (we wczesnym okresie razem z matką – maciorą). Inny inwentarz, krowy, trzoda chlewna, ptactwo (kury, kaczki, gęsi, indyki) miały dodatkowo zbudowane pomieszczenia.

Należy jeszcze wspomnieć o stodole. W starych gospodarstwach rolnych musiała być stodoła. Nie było jeszcze kombajnów zdolnych do jednoczesnego ścinania i omłotu zboża. Było ono zwożone z pola, składowane właśnie w stodole, by w odpowiednim czasie dokonać młocki, oczyścić ziarno z plew i wysuszyć go na poddaszu. Było na mąkę (chleb), kaszę, śrutę dla zwierząt i oczywiście nadwyżkę do sprzedaży. Dziś te procesy przebiegają prościej i szybciej. Rodzi się więcej zboża. Nikt nie przejmuje się stratami ziarna w trakcie zbiorów. My jako dzieci jeszcze chodziliśmy po rżysku (pole po ściętym i zebranym zbożu) i zbieraliśmy kłosy. Nie sądzę, byśmy robili to dla nagrody. Drobniaki za to otrzymywaliśmy. Był to rodzaj szacunku dla wkładanego trudu w wyhodowanie płodów rolnych i ich oszczędzanie.

Byłe siedlisko P. Mierzwickich

7. Widok siedliska z samolotu (fot. współczesna – Marek Gąsik)
8. Dzisiejszy wygląd rodzinnego domu

Obecne wejście do domu od podwórza przedstawia fot. 8. Miejsce rekreacyjne przed domem to wytwór mojego bratanka Mariusza Wasilewskiego. Ma smykałkę do tego typu prac. Widoczna zieleń, to zasługa jego żony Marii (widoczna na zdjęciu z wnuczką). Kocha rośliny, a rośliny kochają ją. Pełno tego w domu i poza domem. Imponujące.

Opisując moją rodzinną wieś Grodzeń, jest jedna kwestia, której nie powinienem, nie mogę, pominąć. Przytoczę wcześniej napisaną frazę, że opodal kościółka jest: miejsce gdzie wcześniej był cmentarz niemiecki. Muszę do tego wrócić. Dlaczego miejsce, a nie cmentarz. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że cmentarz został zdewastowany, pozostało tylko miejsce gdzie wcześniej on był. Może i to dobre. Była chęć, jak to się mówi, dosłownego zaorania niemieckiego cmentarza, by nie pozostał żaden ślad ich tj. Niemców tu bytności. Nie zamierzam, nie chcę nikogo usprawiedliwiać. Miejsce wiecznego spoczynku powinno być uszanowane, nawet wtedy gdy dotyczy to takiego zwyrodnialca, jakim był Albert Wycke[4], o którym jeszcze będzie okazja wspomnieć. Zmarł na gruźlicę pod koniec wojny i został pochowany na grodzeńskim cmentarzu. Wszyscy Polacy odetchnęli z ulgą.

Często zastanawiałem się dlaczego moja wieś nazywała się Grodzeń. Znalazłem opracowanie, które może przybliży nam historię tych ziem. Opracowanie, którym chcę was zainteresować napisał Mirosław Krajewski i nosi ono tytuł: „O właściwą pisownię nazwy własnej „Ziemia Dobrzyńska” na tle jej odrębności i trwałości historycznej oraz kulturowej”. Pan prof. Mirosław Krajewski kończył Liceum w Lipnie i chociażby z tego powodu jest mi osobą bliską. Nie tylko jednak dlatego przywołuję tu jego pracę poświęconą dowodzeniu prawidłowej pisowni „Ziemia Dobrzyńska” jako nazwy własnej. Czynię to dlatego, że wielokrotnie wspomina nazwy sąsiednich miast Lipno. Rypin, osady Kikół, a nawet mojej rodzinnej wsi Grodzeń w powiązaniu z historią Ziemi Dobrzyńskiej.

Uwaga zasadnicza. Dobrzyń, miasteczko, a właściwie osada od której bierze nazwę Ziemia Dobrzyńska, leży nad Wisłą, po jej prawej stronie pomiędzy Płockiem a Włocławkiem nieco powyżej ujścia rzeczki Skrwa do Wisły. Nazwy tej miejscowości nie należy mylić z Dobrzyniem nad Drwęcą stanowiącą lewostronną część miasta Golub – Dobrzyń. Dwie nazwy praktycznie tego samego miasta to wynik rozbiorów Polski. W tym miejscu Drwęca stanowiła granicę pomiędzy częściami naszego kraju włączonymi do Niemiec i Rosji. Różnice nazw miejscowości, jako wynik polityki rozbiorowej (tak sądzę), pokutuje do dziś.

Jak podaje M. Krajewski, Ziemia Dobrzyńska, jako region polityczno–administracyjny, ukształtowała się w XIII w. Jej naturalne granice wyznaczają rzeki Wisła, Drwęca i Skrwa, a po dołączeniu obszaru rypińskiego, rzeczka Ruziec. Podaję granice orientacyjne. Proszę zapoznać się z pracą Krajewskiego, tam granice Ziemi Dobrzyńskiej podane są precyzyjnie. Jedno jest pewne, Lipno i Kikół (był podobno do ok. 1250 kasztelanią), a więc i Grodzeń, wchodziły w skład Ziemi Dobrzyńskiej.

Jak uczyliśmy się na lekcjach historii, w XIII w. książę Konrad Mazowiecki nie mogąc poradzić sobie z wojowniczymi plemionami zamieszkującymi po prawej stronie Wisły ziemie nadbałtyckie, głównie Prusami, niepomny na doświadczenia węgierskie[5], zaprosił do zamieszkania na północnych krańcach swego księstwa Zakon Rycerzy Krzyżowych. Przekazał im w dzierżawę ziemię chełmińską i michałowską. Głównymi miastami ziemi chełmińskiej są Toruń, Chełmno (stąd nazwa regionu) i Grudziądz, a ziemi michałowskiej – Wąbrzeźno i Brodnica. Południową granicą nadanych Krzyżakom ziem była rzeka Drwęca. W takim razie na północy nasza rodzinna Ziemia Dobrzyńska zaczęła graniczyć z przybyszami z Niemiec. Musimy bowiem wiedzieć, że pierwotną nazwą zakonu krzyżackiego był założony w Jerozolimie Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego.

Było to bardzo niebezpieczne sąsiedztwo. Krzyżacy mieli poparcie w osobie cesarza Fryderyka II noszącego tytuł „cesarza rzymskiego narodu niemieckiego”. Cesarz Fryderyk i wielki mistrz zakonu krzyżackiego Herman von Salza byli współuczestnikami wyprawy krzyżowej i zachodzi podejrzenie, że to cesarz był właściwym pomysłodawcą zaproszeni zakonu do Polski, a nie Konrad Mazowiecki. Już w marcu 1226 roku cesarz Fryderyk II zatwierdził darowiznę Konrada, a na dodatek nadał zakonowi całe Prusy w bezpośrednie władanie, zanim ziemie te zostały zdobyte. Zakon miał także poparcie papieża.

Jak niebezpieczne było to sąsiedztwo, mieli się wkrótce przekonać kolejni władcy Mazowsza i Polski, a na pewno ludność Ziemi Dobrzyńskiej. Ta, mam na myśli Ziemię Dobrzyńską, napadana była bowiem często, okupowana wielokrotnie i długo. Lokalna ludność była mordowana lub zamieniana w niewolników. W to miejsce sprowadzani byli osadnicy z innych krajów Europy, w szczególności z Niemiec.

Może jest coś z prawdy w zasłyszanej opowieści opowiedzianej przez mego brata o zamieszkiwaniu terenu mojej wsi przez Niemców. Jeżeli została przez nich opuszczona, czy od nich odkupiona, to możliwe było sprowadzenie w to miejsce polskich rodzin z Małopolski.

Co z nazwą – Grodzeń? Jest taki fragment w artykule M. Krajewskiego dotyczący związków tych ziem z Litwą. Istotnie w okolicy istnieją miejscowości Kawno, Wildno. Znane miejscowości o podobnych nazwach na Litwie występują. Przy tej okazji wymienia także Grodzeń. Miejscowości o podobnych nazwach, tak na ziemiach w Polsce jak i na Litwie jest wiele: Gródek, Grodziec, Grodzień, no i Grodzeń, nie mówiąc o takich nazwach z przedrostkiem Nowo (Nowogród, Nowogródek) i dodatkowym określeniem Jagielloński (np. Grodziec Jagielloński). A swoją drogą musi to oznaczać, że na terytorium Ziemi Dobrzyńskiej istniało osadnictwo z Litwy. Ciekawe kiedy?

Krajewski przytacza także fragment z VI Księgi Pana Tadeusza „ o Dobrzyńskich”. Tyle razy czytałem Pana Tadeusza i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że ten fragment podobno dotyczy potomków „brańców (jeńców) z Ziemi Dobrzyńskiej”.

Bieda – Grodzeń

Grodzeń jest wioską średniej wielkości – ok. 4,5 km kwadratowego (450 hektarów). Podaję te wartości na podstawie wspomnień mojego brata, a on jak sadzę przytoczył je w dużym przybliżeniu. Przed samą wojną składało się na nią około 50 dymów (tak popularnie, kiedyś mówiło się o zagrodach, domach wraz z gospodarczymi przyległościami).

Chcąc opisać zamożność naszej wsi oddam głos mojemu bratu. On ten temat uwzględnił w swoich wspomnieniach. Ja tylko dodam, że opierał się on na opowiadaniach ludzi w wieku naszych (jego i moich) rodziców, a waszych dziadków i pradziadków (mówię do moich dzieci i wnuków). Nie bawiąc się w szczegóły, sięgamy do początku wieku XX. Popatrzcie to już 120 lat. Faktycznie moja matka urodziła się w 1898, a ojciec w 1905 roku. Kraj był jeszcze pod zaborami, a świadectwa urodzenia waszych pradziadków pisane były cyrylicą. Warto o tym pamiętać. Teraz oddaję głos mojemu bratu:

No ogólną ilość 50 gospodarstw, tylko 7 miało domy stojące osobno. Odsunięte do obory o kilka metrów. Pozostałe gospodarstwa miały domy połączone z oborą (pod jednym dachem), przegrodzone wąskim korytarzem. Z korytarza jedne drzwi prowadziły do kuchni, drugie do obory. W oborze nie było żadnych chodników, a cały inwentarz: konie, krowy, świnie i ptactwo mieściło się razem poprzedzielane drążkami. Tylko tysiące much fruwały gdzie chciały. Obornik usuwało się przeważnie raz na miesiąc, a gnojownik znajdował się na podwórzu kilka metrów od okien domu mieszkalnego. Albo mieszkańcy wsi nie mieli węchu, albo obornik miał przyzwoity zapach, że nigdy i nigdzie nie było protestów. Studnia z wodą znajdowała się nie dalej jak 10 do 15 metrów (czasami zupełnie przy oborze) i miała głębokość 5 – 10 m. Wody w studni wystarczało przeważnie wiosną i jesienią. Letnią porą wodę dla bydła i świń trzeba było nosić lub dowozić czasem z odległych bagien.

Mieszkanie składało się przeważnie z kuchni i dwóch izb. W korytarzu, który przegradzał oborę od części mieszkalnej znajdował się tak zwany „dęty komin”. U dołu miał on powierzchnię (3 – 4) metrów kwadratowych i stopniowo zwężał się ku górze. W kominie były drzwiczki, a w środku wymurowany był piec do wypieku chleba. Gospodyni raz na tydzień piekła w nim 4 do 6, w zależności od wielkości rodziny, bochenków chleba. Były to raczej bochny, a nie bochenki. Każdy z nich ważył przeważnie około 4 kg. Chleb nie miał żadnych domieszek i stosunkowo grubą skórkę, tak że długo zachowywał świeżość. W korytarzu zwanym często sienią były jeszcze dość strome schody, po których wchodziło się na strych. Przechowywano na nim zboże i wszystkie zbędna rzeczy. W sieni z reguły nie było podłogi. Posadzkę w sieni stanowiła ubita i dobrze wysuszona glina. Była ona kilka razy dziennie zamiatana miotłą wykonaną z brzozowych witek i posypywana białym piaskiem. Gdy wchodziło się do sieni z obory, wnosiło się słomę z obornika, gdy wchodziło się z podwórza, przeważnie wnosiło się błoto.

Obuwie oczyszczało się (opukiwało) w sieni. O zmianie butów roboczych na domowe nikt nie słyszał. Skarpetek na co dzień także nikt nie nosił. Kobiety na co dzień nosiły obuwie zwane wtedy „korkami”. Miały one podeszwę zrobioną z drewna (grubość ok. 1 cm). Na górze zamocowany był pasek ze skóry lub mocnej tkaniny, pod który wkładało się stopę. Taki „but” swobodnie można było wkładać lub zdejmować, by np. iść dalej boso.

Dodam od siebie, że w latach 80. obuwie tego typu stało się modne. Nazywano je wtedy „trepami”. Kupił sobie takie mój syn Krzysztof. Gdy wracał późno do domu, a zdarzało się to mu dość często, stukotem trepów budził mieszkańców okolicznych posesji. Wracam do relacji brata.

Gdy mieszkańcy danego gospodarstwa składali się z jednej rodziny, nie było tak źle. Gorzej gdy żyli dziadkowie – deputatnicy. Wtedy gospodarzom pozostawała kuchnia i tylko jedna izba.

Deputaty to ciemna karta historii wsi polskiej. To utrapienie i niezgoda w większości rodzin na wsi. Starość to lata udręki ludzi, którzy ciężko przepracowali całe życie, by na kilka lat starości nie zaznać spokoju.

Gdy dzieci dorastały, a rodzice się starzeli, trzeba było dokonać podziału tego, co się ciężką pracą zdobyło. Trzeba też było zapewnić sobie utrzymanie do końca życia. Przy podziale majątku, gdy w ogóle było czym się dzielić, zawsze ktoś czuł się pokrzywdzony. Nastawały kłótnie, pretensje i ogólnie niezgoda. Większa niezgoda panowała w rodzinach zamożniejszych. Panowała tam większa zachłanność i zazdrość. Często rodzeństwo skłócone było na całe życie. Co dziwne, serdeczność i przyjaźń zdarzały się w rodzinach biednych, gdzie nie było się czym dzielić.

Po przekazaniu gospodarstwa dziecku (synowi albo córce) rodzice u notariusza wyznaczali sobie dożywocie to jest ów deputat. Zależnie od wielkości gospodarstwa, zapisywane było mieszkanie ogrzewane, albo stosowna ilość torfu i drewna (gałęzi). Torf mierzony był w „klaftach” (18 koszy), a gałęzie w „kupkach” (ok. 4 metrów sześciennych). Te niezbyt precyzyjne miary mogły być już przedmiotem sporu. W deputat wchodziło ponadto zboże, głownie żyto i ziemniaki. Najważniejszą była krowa, żywiona przez cały rok przez gospodarza, chlewik dla hodowli świniaka i pomieszczenie dla kilku (np.10) kur. Dla starych ludzi największym skarbem była krowa. Ona ich żywiła, a za częściowo sprzedane mleko kupowali sól i cukier. Cukier był rarytasem, którego zjadano bardzo mało. Krowy w tych czasach nie dawały tak dużo mleka jak teraz. Były znacznie gorzej karmione. Przeciętnie krowa dawała około 15 litrów mleka dziennie. Starym dziadkom na deputacie nie „przelewało się” jak popularnie mówiono. Rzeczywiste niewywiązywanie się z deputackich zapisów, lub przekonanie dziadków o ich krzywdzeniu, skutkowało częstymi awanturami kończącymi się procesami sądowymi. Dochodziło nawet do rękoczynów. Starzy dużo żądali, młodzi mało dawali, a normalnie wszystkim brakowało. Starzy zapomnieli, że byli kiedyś młodymi, młodzi nie brali pod uwagę, że przyjdzie taki czas, gdy zestarzeją się. Działo się tak od niepamiętnych czasów, z pokolenia na pokolenie. Doceńmy wprowadzenie emerytur dla rolników. Są małe, ale dla rolników przekazujących ich gospodarstwa następcom, to raj na ziemi. Starzy rolnicy mają kilka złotych na życie i najpilniejsze potrzeby. Gdy zdrowie im dopisuje, nie trzeba robić większych wydatków na lekarza i do apteki, jest dobrze. Można nawet dać parę groszy wnukom na cukierki. To wielka dla nich radość.

Wróćmy do opisu domostwa. Kuchnia służyła do wszystkiego. Przede wszystkim tam spożywało się wszystkie posiłki. Gotowało się jedzenie dla domowników, a także parowało się ziemniaki na paszę dla świń i drobiu. W kuchni gospodyni robiła pranie. Gotowała bieliznę i prała ją w balii. Było to naczynie z deseczek opasanych żelaznymi obręczami jak beczka, ale głębokie zaledwie na 30 -40 cm. Gospodyni wstawiała do balii tarę (kawałek wyprofilowanej, karbowanej blachy) i trąc na niej zanurzone w gorącej wodzie tkaniny, usuwały z niej zabrudzenia. Pralki w takim znaczeniu jak dziś nikt nie znał. Pranie było dla kobiet zajęciem niezwykle męczącym. W kuchni wszyscy się myli i kąpali. Wiosną stały tam także kojce, w których siedziały kury na zalężonych (koniecznie) jajkach. To było kolejne pokolenie kurczaków czasem (przeważnie koguty) na pyszny rosołek, ale głównie były to przyszłe kury, które miały znosić jajka.

Najgorzej było ze spaniem. W jednej izbie spała cala rodzina. Stały w niej nawet cztery łóżka. Spali w niej rodzice, zarówno małe jaki dorastające dzieci. Często można było spotkać, że stół odwracano do góry nogami i w nocy służył dla mniejszych dzieci jako łóżko. A rodziny były wielodzietne, przeważnie pięć do ośmiu pociech. Trafiało się, że w rodzinie było nawet dziesięć lub dwanaście dzieci. Gdzie mieli się pomieścić? Przeważnie w jednym łóżku spała trójka lub nawet czwórka dzieci. Kładły się z dwóch stron lóżka, jak mówiono „w głowach i w nogach”. Pomimo takiej ciasnoty i niewygody nikt nie narzekał, a słowo molestowanie lub inne nie były znane. Może ludzie byli mniej roztropni?

Powracając do tych wczesnych lat, to każde gospodarstwo wiejskie oprócz soli i mydła, było samowystarczalne. Na pewno potrafiło się wyżywić.

Tu pozwolę sobie nie do końca zgodzić się z moim starszym bratem. Ojciec na początku wojny zrobił mydło. Skądś znał recepturę i procedurę jego wytwarzania. Matka kręciła nosem, że nie pachnie jak kupne, ale prać się przy jego pomocy dawało. Drogi Janku, pod względem mydła, dawna nasza wieś była także samowystarczalne. Idźmy jednak dalej tropem przez ciebie wyznaczonym.

Każda kobieta wiejska więcej wypracowała aniżeli najnowszy robot. Nie zawsze była za to doceniana. Do jej obowiązków poza wychowywaniem dzieci i żywieniem całej rodziny w pierwszym rzędzie należało dojenie krów (w tym czasie dojono krowy trzy razy dziennie), karmienie świń i ptactwa. Na dodatek szła w pole do praktycznie wszystkich robót. W tym czasie nie było żadnej mechanizacji. Ziemniaki i buraki wiosną oczyszczano a chwastów ręcznie przy pomocy narzędzia zwanego u nas „gracą”, gdzie indziej „motyką”. Wszystko jedno jak ją nazywano, było to narzędzie niezwykle utrudzające. Wyrwane chwasty kładziono do worków i przynoszono na plecach do domu na paszę dla świń i drobiu. Praca ta trwała około dwóch miesięcy.

Prawie każdy gospodarz, szczególnie ten mniej rolny, z utęsknieniem wyglądał za żniwami. Najgorszą porą na wsi był tak zwany „przednówek”. W tym czasie brakowało chleba nie mówiąc o dodatkach do chleba. Z tęsknotą czekano na żniwa i świeży, smaczny chleb, a czasami nawet na smaczne bułki z pszennej mąki.

Lecz chłop miał także sprzymierzeńców. Gdy kury niosły jajka, a krowy dawały mleko, to było już dobrze. Mleko odnoszono do mleczarni (to już okres międzywojenny), tam odwirowywano śmietanę, którą sprzedawano, a chude mleko przynoszono do domu. Była karma dla świń i co tu ukrywać także dla ludzi. Podobno było zdrowsze, nie było ludzi otyłych ani chorych na sklerozę. Nieodłącznym przyjacielem rolnika był koń. Pomagał mu we wszystkich pracach w gospodarstwie od wiosny do jesieni i od świtu do ciemnej nocy. Chodzili nieprzerwanie całe dni, by wyżywić rodzinę.

Prawie u każdej gospodyni na wsi znajdowały się zioła, zbierane i suszone od wiosny do jesieni, a nawet na początku zimy. Były na każdą chorobę. Kwiat rumianku, lipy, mięta, owoc czarnego bzu i wiele, wiele innych, o których wiedziały i znały tylko one. Kto był silny, zioła mu pomagały. Kto zachorował poważniej, pomógł mu tylko ksiądz. W okresie późniejszym, międzywojennym, mały szpital znajdował się w Lipnie. Było w nim dwóch lekarzy. Nie każdego było stać na luksus leczenie szpitalnego. Nie mówiąc już o leczeniu się w Toruniu.

W Kikole, na całą gminę, był felczer. Przed wojną (1939) leczył wszystkie choroby, a nawet wyrywał żeby. Akuszerka w naszej okolicy nie była znana. Poród odbierały starsze doświadczone babcie. Gdy było wszystko w porządku, wszyscy byli zadowoleni włącznie z noworodkiem. Gdy były komplikacje, bywało że dziecko spisywano na straty. Gorzej gdy wraz z dzieckiem odchodziła i matka. Ludzie żyli krócej, najwięcej umierało w młodym wieku na gruźlicę. Była to choroba wtedy nieuleczalna, zależna od warunków życia, a te były bardzo trudne. Na gruźlicę chorowały całe rodziny. Zarażali się od siebie i co parę lat umierał kolejny jej członek. Przy życiu pozostawali silni, których nie imała się żadna choroba.

Gruźlicy sprzyjał nałóg palenia papierosów. Raczej palenia nie papierosów, a tytoniu. Papieros na wsi nie był znany, tylko machorka. Paczka machorki kosztowała przed wojną 50 groszy. Dobry, nałogowy, palacz wypalał ją w ciągu dwóch dni. Tytoń skręcał w bibułkę, a czasem w zwykły papier. Jeżeli wziąć pod uwagę, że wynajęty robotnik zarabiał od 1 do 1,5 złotego na dzień, a wynajęty na cały miesiąc otrzymywał (12 – 15) złotych, widać, że palenie było kosztownym nałogiem.

Tu przychodzą mi na myśl moje własne wspomnienia. Ojciec palił papierosy. Paliło wielu. Praktyczne wszyscy, jak pamiętam, nasi sąsiedzi. Paliły też, o dziwo, niektóre kobiety. Moja matka nie. Do wyroby papierosów służyły także tak zwane „gilzy”. Była to rurka z grubszego papieru – ustnika, zakończona rurką o tej samej średnicy, długą na około trzy centymetry z bibułki. Tą można było napełniać tytoniem. Do napełniania gilz tytoniem służyła specjalna „maszynka”. Była nią też metalowa rurka o podobnej (nieco mniejszej) średnicy, ale otwierana. Otwartą napełniało się tytoniem, a po zamknięciu i nałożeniu na nią gilzy, specjalnym stemplem wypychało się tytoń z maszynki do bibułką w końcowej części gilzy. Pamiętam „maszynkę” i technologię napełniania gilz tytoniem. Było to bowiem moje zajęcie. Wcale nie bezmyślne. Należało wybierać i odrzucać części twarde, łykowate z machorki, by nie uszkodzić przy napełnianiu bibułki i zniszczyć gilzę. Dostawałem paczkę machorki i pudełko gilz, a w rezultacie napełniałem pudełko po zużytych gilzach papierosami. Ubytki gilz zniszczonych nie mogły być widoczne. Ojciec był niezadowolony. Powróćmy jednak do wspomnień brata.

W przeciętnej wiejskiej rodzinie mięso było gotowane raz w tygodniu w niedzielę. W pozostałe dni w tygodniu gotowana była kasza, kapusta, groch i kluski kartoflane. Obiad składał się z jednego dania. Wyjątek stanowiły święta, czasem przyjazd zaproszonych gości. Na śniadanie obowiązkowo były zacierki z ziemniakami zalane mlekiem. Mieszkańcy wsi byli bardzo religijni (może oszczędni). W każdy piątek obowiązywał post, a 40 dni przed Wielkanocą był post ścisły. Nie jadło się potraw mięsnych wcale, a w Wielki Piątek zjadało się tylko jeden posiłek. Wyjątek stanowiły dzieci i chorzy. Kto nie zachowywał tych przykazań nie otrzymał od księdza rozgrzeszenia i ksiądz miał go na oku. W naszej parafii (przed 1939) Wielkanocna spowiedź była na kartki. Wykupywało się kartkę w kancelarii parafii i oddawało przy spowiedzi. Gdy ksiądz zadał sobie trochę trudu, znał w swojej parafii wszystkie „parszywe owieczki”. Gdy taki człowiek zmarł, nie był wnoszony do kościoła, a poświęcony na placu przed drzwiami. Jeśli rodzina była biedna, chowany był bez proboszcza na tak zwanym nie poświęconym miejscu, blisko płotu. Tych praktyk zaniechano po wojnie. Wojna wiele zmieniła w ludziach i w kościele też.

Na wsi panowały różne, tradycyjne obrzędy ludowe z okazji Świąt Wielkanocnych. Na półpoście „wybijano żur”. Zwyczaj polegał czynieniu w niektórych obejściach dość kłopotliwych żartów. Smarowano popiołem z wodą okna, zdejmowano drzwi z ubikacji, tak zwanych wychodków (te jak wiadomo stały z dala od domu) i chowano je, wytaczano poza podwórze wozy i narzędzia rolnicze. Dotyczyło to przeważnie domostw gdzie były dorosłe córki. Nikt się o to nie gniewał, bo świadczyło to o zainteresowaniu się nimi męskiej części wiejskiej społeczności. Najciekawiej było, gdy chodzili przebierańcy. Grupy młodzieży pięknie przebierali się za tradycyjne betlejemskie postacie. Przykładowo: król Herod, śmierć, anioł, diabeł, żyd, judasz, koza i jeszcze inne. Chodzili od domu do domu. Jeżeli nie mieścili się w izbie, odgrywali swoje przedstawienie przed domem. Mówili wiersze i śpiewali piosenki. Było wiele uciechy szczególnie dla dzieci. Otrzymywali za to przeważnie poczęstunek: jajka, ciasto.

W drugi dzień Świąt Wielkiejnocy młodzi chłopcy szczególnie z uboższych rodzin od samego rana ruszali po dyngusie. Parę dni przed świętami ścinali młode gałązki z brzozy i wkładali je do wody. Wkrótce puszczały świeże zielone listki. Wiązką takich gałązek ci chłopcy lekko uderzali po nogach kobiet (starszych i młodszych) jakie napotykali chodząc po domach. Dostawali za to coś z typowych produktów noszonych do poświęcenia. Trzeba bowiem pamiętać, że Wielkanocna „święconka” była zwyczajem pilnie przestrzeganym na polskiej wsi.

Poważni kawalerowie w tym dniu odwiedzali swoje wybranki, pamiętając oczywiście o dyngusie i kwiatowej (pachnącej) wodzie. Była to bowiem pora nie tyko dyngusu ale i śmigusu. Śmigus to zwyczaj polewania dziewczyn wodą. Swawolna młodzież oddawała się tej rozrywce do późnej nocy. Wodą i to zimną polewali się wszyscy chłopcy dziewczęta i na odwrót. Bawiono się znakomicie.

Nie we wszystkich rodzinach było zgodnie ze słowami pieśni: „wesoły nam dzień dziś nastał.” Zbliżające się cieplejsze, wiosenne dni sprzyjały wędrówkom żebraków, jak mówiono „dziadów”. Ruszali oni z pobliskich małych miasteczek i odwiedzali chałupy sąsiadujących z nimi wsi. Byli to ludzie bardzo biedni. Nie mając na przednówku z czego żyć, ruszali od domu do domu prosząc o jałmużnę. Trochę mąki czy kilka ziemniaków. To były przeważnie kobiety i to starsze. Szły podpierając się kijkiem, z woreczkiem na plecach czy koszyczkiem w ręku. Prosiły ze łzami w oczach o cokolwiek. Litościwe gospodynie dawały chociaż kawałek chleba i kubek mleka. Były takie dni, że takich „dziadów” odwiedzało chałupę nawet dziesiątki. Trwało to z różnym nasileniem okrągły rok. Dla ubogich nie było żadnej zapomogi ani opieki społecznej. Człowieka, który nie miał pracy albo sil do pracy, tylko śmierć mogła wyzwolić.

Bardziej niemiłymi odwiedzinami był przyjazd cyganów. Przyjeżdżali zaprzęgami konnymi. Konie dobrze utrzymane, wozy i bryczki pomalowane kolorowo, nakryte brezentowymi plandekami. Gdy zdjęli plandeki, trudno było uwierzyć, że można mieć tak białą pościel prowadząc wędrowny tryb życia.

Tabor był dość liczny. Składał się z kilkunastu (15 – 20) cygańskich wozów. Rozbijali obóz w upatrzonym miejscu; cyganie zajmowali się końmi, rozbijali obóz, a cyganki ruszały w teren. Zabierały z sobą wszystkie dzieci, także kilkunastoletnie dziewczynki mówiąc, że są to mężatki w ciąży.

Wszystkie cyganki umiały wróżyć. Wróżyły ze wszystkiego; z kart, ręki, a nawet patrząc w oczy. Przepowiadały przyszłość przeważnie kobietom. Mężatkom i młodym dziewczynom. Tym ostatnim przepowiadały przyszłych mężów, nawet z datą, co do miesiąca, ślubu.

Gdy jedne wróżyły, inne penetrowały najbliższe otoczenie. Dobrze gdy było więcej osób w domu i nie wszystkich interesowały przepowiednie cyganek, tylko pilnowali obejścia. Za wróżby chciały sowitej zapłaty i nie sposób było oprzeć się tym żądaniom. Nosiły długie i szerokie, ułożone w falbany suknie, które służyły jako magazyn zdobytych rzeczy. Podobno dawało się tam ukryć nawet żywą kurę, której głowę wkładały pod skrzydło, tak że kura się nie broniła. Mówiono, że posiadały taką wprawę, że gdy cyganka chciała się ogrzać i oparła się o piec przy którym suszyła się bielizna, ta po odejściu cyganek znikała bezpowrotnie.

Cyganie (mężczyźni) byli dobrymi fachowcami. Wyklepywali doskonałe patelnie, odnawiali naczynia do mleka. Znali metody powlekania metali cynkiem i miedzią. Tajemnic swych nie zdradzali nikomu.

Nie byłbym sobą, gdybym nie podjął próby oceny stanu edukacji i wiedzy w okolicy mojego uradzenia. Skąd będę czerpał widomości? Nie wiem dlaczego, ale w tej kwestii wiele pamiętam z opowieści rodziców, szczególnie matki. Skorzystam też z zapisów mego brata. Są one może mniej liczne, ale są. Moi protoplaści byli, jak już wiadomo, niezbyt zamożnymi rolnikami. Ich sąsiedzi również. Przed samą wojną w 1939 r. najbogatszy rolnik w Grodzeniu był posiadaczem nieco ponad 25 hektarów ziemi. Również zamożnym rolnikiem był nasz najbliższy sąsiad Antoni Mierzwicki, prywatnie mój chrzestny ojciec (ok. 15 ha).

Wiedzę o metodach uprawy ziemi przekazywali swym potomkom w trakcie wspólnej pracy na roli. Można by rzec, że młodzi rolnicy terminowali u swoich ojców. Wiedza, jaką zdobywali była tradycyjna. Nie należało spodziewać się szybkiej i głębokiej modernizacji upraw rolnych lub hodowli zwierząt. Mechanizacja prac rolnych była szczątkowa. Narzędzia rolnicze, szczególnie te bardziej skomplikowane, były mało dostępna i bardzo drogie. Na dodatek tania siła robocza nie sprzyjała inwestycjom w bardziej zaawansowane maszyny. Zaborcy tych ziem, Rosji, nie zależało na rozwoju oświaty nawet w większych miastach. Wsie, takie jak mój Grodzeń, pozostały w tym względzie czystą kartą (tabula rasa). Nic dziwnego, że moi rodzice i ich rówieśnicy byli praktycznie analfabetami. Umieli się podpisać, ewentualnie coś drukowanego przeczytać, ale to wszystko. Mój ojciec opowiadał, że w szkółce do której krótko uczęszczał nauczano go życiorysu „Jego Wieliczestwa” cara Wszech Rosji. Próbował nawet, szczególnie przy kieliszku, recytować to, co pozostało mu z tych nauk, w pamięci.

Analfabeta nie świadczyło nieporadny, nierozgarnięty, czy mało zaradny. Jedno z największych (26 ha) i dobrze prowadzonych gospodarstw w Grodzeniu było własnością Jana Wąsickiego. Po wojnie w czasie akcji walki z analfabetyzmem okazało się, że pan Wąsicki niestety jest niepiśmienny i powinien (w ramach tej akcji) uczęszczać na kursy dla analfabetów. Mimo zaawansowanego wieku karnie na kursy uczęszczał, ale o prowadzących tam „wykłady” wyrażał się lekceważąco. Byłem mimowolnym i przypadkowym tego światkiem. Nie pamiętam, który to był rok, pewno 1948 lub 1949. Chodziłem do liceum w Lipnie i w soboty zawsze biegłem do domu. W czasie jednej z tych podróży spotkał mnie pan Jerzy Mierzwicki. Jechał w tym samym kierunku i zabrał mnie. Na wozie siedział z nim pan Jan Wąsicki. Ucieszyłem się, usiadłem skromnie z tylu i prowadzonej rozmowie przysłuchiwałem się z zainteresowaniem. Ta oczywiście dotyczyła spraw gospodarskich, tym razem dostawie mleka do mleczarni. Kwota jaką dostawał rolnik zależała oczywiście od ilości dostarczonego mleka, ale także od zawartości w mleku tłuszczu. Jerzy Mierzwicki (przed wojną zdobył maturę i chodził rok, a może dwa do Wyższej Szkoły Handlowej w Warszawie) trzymał w ręku paczkę papierosów, jakiś pisak i wyliczał (na tej paczce) ile za to mleko dostaną. Nie zdążył wyliczyć, gdy pan Wąsicki (nie mógł pisać, bo był niepiśmienny) tą kwotę mu podał. Zapytany jak to obliczył, tylko potrząsną głową. Wiem i już. Zapewne nie potrafił wyjaśnić skąd wie, ale wiedział. Wtedy rozmowa zeszła na te nieszczęsne kursy dla analfabetów. Usłyszałem opinię pana Wąsickiego. Stwierdził, że gdy prelegent wymądrzał się na temat stosowania nawozów sztucznych, sprawdził jego wiedzę. Opowiedział dokumentnie w jaki sposób. Oczywiście tego nie pamiętam, ale na pewno pamiętam, że pan Wąsicki nie wpuściłby tego prelegenta na swoje pole.

Mylił by się jednak ten, kto by twierdził, że nie doceniali oni konieczności nauki i posiadania wiedzy w ogólności. Możliwość nauki, zdobywanie wiedzy było ważne i pożyteczne, lecz dla nich niedostępne. Pamiętam, że syn nie zamożnego rolnika z sąsiedniej wsi, był kapitanem, oficerem kawalerii. Opowiadano, że wydawali oni wszystkie zarobione pieniądze, a nawet zadłużyli się, by móc go kształcić. Ten przypadek był na ustach wszystkich. Był doceniony. Ci, w swojej masie, niepiśmienni chłopi chcieli, by ich dzieci chodziły do szkoły. Dążenie to mogło zacząć być realizowane dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Moja matka miała wtedy 20 lat, a większość jej licznego rodzeństwa, wyemigrowała już do Ameryki. To w tej nędznej naszej chałupie, w największej izbie, zamieszkał nauczyciel i prowadził lekcje. Nauczyciel nazywał się Bem (imienia niestety nie pamiętam, chociaż znałem go, kilka razy spotkaliśmy się i rozmawialiśmy). Pochodził z Tarnowa i podobno był spowinowacony ze znanym generałem, uczestnikiem powstań w Polsce i na Węgrzech. Matka nie powiedziała mi, ile wtedy uczyło się dzieci i ile było klas? Pamiętam jednak tą izbę w której nauczyciel nauczał i mam pewność, że nie było mu łatwo. Po kilku latach nauczyciel ożenił się z córką naszego sąsiada Natalią Mierzwicką i wyjechał do Tarnowa. Następnym nauczycielem w naszej wsi został Marian Tabaszewski. Nie wiem, gdzie były prowadzone lekcje. Mieszkał podobno w naszym domu, chociaż moja matka, była już wtedy mężatką i miała dzieci. Mniej było wolnego miejsca, jeżeli o wolnym miejscu w tamtych warunkach w ogóle można mówić.

Pojawiający się na wsi kolejni nauczyciele świadczą, że był to zapewne wynik polityki edukacyjnej państwa. Wiem, że na pedagogicznych kursach pośpiesznie przygotowywano nauczycieli, których wysyłano na wsie, tam gdzie potrzeby edukacyjne były najpilniejsze.

Warte jest do odnotowania, że nowy nauczyciel, Pan Marian Tabaszewski wzorem poprzednika (Pana Bema) też się ożenił z panienką z Grodzenia, następną córką naszego sąsiada, Pelagią Mierzwicką.

Skorzystam znów z notatek mojego brata. Są w nich szczegóły, warte zamieszczenia.

W 1932 r. mieszkańcy Grodzenia przystąpili do budowy nowej szkoły (patrz fof.5). Wybudowali ją za własne pieniądze, opodatkowując się po 100 zł. od gospodarstwa. Był to budynek drewniany z mieszkaniem dla nauczyciela i dwiema izbami lekcyjnymi. Obok szkoły postawiono świetlicę z cegły, z której korzystały wszystkie organizacje społeczne. Było ich kilka. Działało Kółko Rolnicze, Kasa Stefczyka, Wiejska Organizacja Młodzieżowa – Wici, i najważniejsza – Organizacja Wojskowa „Krakus”. Krakus skupiał przeszło 30 młodych i starszych mężczyzn, z których każdy miał konia i siodło, oraz inne wojskowe wyposażenie. Komendantem Krakusów był plutonowy rezerwy Jan Kiełkowski.

Jako pierwszy nauczyciel do nowej szkoły w Grodzeniu, przysłany został młody, zaraz po studium nauczycielskim, kawaler Stanisław Skorupiński. Pochodził z Nieszawy. Do szkoły w Grodzeniu chodziło około 60 dzieci z naszej i pobliskich wiosek: Janowa, Wolęcina oraz innych, bliżej Grodzenia położonych, gospodarstw. Gdy ja chodziłem do szkoły, było nas 67. Szkoła była 4 – klasowa. Lekcje odbywały się na dwie zmiany. Trzecia i czwarta klasa od godziny 8 do 11, a pierwsza i druga od godziny 11 do 14. Zasadniczymi przedmiotami był język polski, matematyka i historia. Uczył nas także religii, ale wtedy doliczana była dodatkowo jedna godzina lekcyjna

Dziś nikt nie wyobraża sobie, aby jeden nauczyciel jednocześni uczył tyle dzieci w czterech oddzielnych klasach. Nauka odbywały się w ten sposób, że jedna klasa miała lekcje głośne, a druga ciche (odrabiała zadane wcześniej ćwiczenia) i na przemian.

Było to możliwe przy dużym zdyscyplinowaniu uczniów. Nauczyciel utrzymywał rygor jak w wojsku. Dyscyplinę wymuszał, gdy była taka konieczność, karami cielesnymi. Żadnemu dziecku nie przyszło na myśl poskarżyć się w domu na nauczyciela, gdyż mógł co najwyżej dostać karę dodatkową od rodziców. Nie było też zwyczaju, by rodzice (częściej matka) biegła do nauczyciela z pretensjami. Nie było też przypadku, by nauczyciel dziecko skrzywdził, chociaż na lekcjach miał z sobą wierzbową witkę i bardziej niegrzecznych obdarzał „łapą” (uderzeniem w otwartą dłoń). Nauczyciel na wsi był bardzo szanowany. Był pierwszym po proboszczu. Proboszcza całowano w rękę, nauczycielowi nisko się kłaniano.

Pana Stanisława Skorupińskiego czekał ten sam los co pozostałych dwóch, wcześniej uczących grodzeńskie dzieci nauczycieli. Nasz sąsiad miał przecież jeszcze jedną córkę – Zofię.

Wtrącę tu swoje „trzy grosze”. To wyglądało na „pandemię”. Co pojawiał się nauczyciel w naszej wsi, padał łupem panien Mierzwickich. Jak powiadano, były urodziwe, szczególnie średnia, Pelagia. Na pewno były zaradne, co widać z załączonych opowieści. Inna sprawa, że Antoni Mierzwicki był światowym człowiekiem, a gospodarstwo (ok. 15 ha) w które się „wżenił” (ożenił się z Antoniną Kuropatwa, do której należało), prowadził po mistrzowsku. Dbał o edukacje dzieci. Najstarszy syn ukończył studia wyższe, córka Pelagia chodziła do gimnazjum w Toruniu, a najmłodszy syn Jerzy po zdaniu matury w Lipnie, uczęszczał do Szkoły Handlowej w Warszawie. Córki, niezależnie od urody, mogły liczyć na niezły posag i taki otrzymywały. Pozwolę sobie dokończyć tą część opowieści posługując się notatkami brata.

Zaloty nie trwały długo. Po paru miesiącach cała okolica usłyszała z ambony zapowiedź z ust proboszcza o zamiarze pobrania się panny Zofii i kawalera Stanisława. Wesele było huczne i głośne. Bawiła się cała rodzina i wybrani sąsiedzi. Byli na nim także rodzice Zdzisława Jankiewicza, przyszłego męża ich córki Marii (Rysi – jak wszyscy ją nazywali).

Pan Stanisław otrzymał od państwa Mierzwickich w posagu 6000 zł. W tych latach taką sumą nie każdy, a raczej mało kto, dysponował. Za tą sumę, wliczając w to oszczędności pana Stanisława, małżonkowie Skorupińscy kupili po sąsiedzku małe 3 – hektarowe gospodarstwo i pobudowali nowy, murowany z cegły, dom. Pan Skorupiński kupił także konia, krowę i próbował połączyć dwa zawody nauczyciela i rolnika. Wkrótce okazało się jednak, że powiedzenie Iż „rolnik śpi, a zboże mu rośnie” niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Musiał jeden z zawodów wykluczyć. Pozostał przy zawodzie nauczyciela. Sprzedał inwentarz, a ziemią wypuścił, pobliskiemu sąsiadowi Adamowi Jankiewiczowi, w dzierżawę. Rocznie za dzierżawę otrzymywał 12 korcy (1200 kg) żyta i 12 konnych podwód (wyjazdów). Raz w miesiącu w uzgodnionym terminie podjeżdżała pod dom państwa Skorupińskich furmanka i pani Zofia (czasami z mężem) jechała po zakupy do Lipna lub Kikoła.

Dwudziestolecie międzywojenne było, dla mieszkańców tej niepozornej wioski jaką był Grodzeń, podobnie jak wcześniejsze lata, znojne, pracowite. Ludzie na roli bardzo ciężko pracowali. Mówiło się „w światek i piątek, od świtu do nocy”. A jednak coś się zmieniało. Powstawało nowe na wsi pokolenie. Wszyscy (moje rodzeństwo też) chodzili do szkoły. Wszyscy ukończyli 4 klasy szkoły powszechnej (tak się wtedy nazywała). Powiecie, że to niewiele. Zgodnie z dzisiejszymi standardami – tak. Lecz oni nie byli już, jak ich ojcowie, analfabetami. Było to jak sądzę przebudzenie, dobry początek widoczny nawet w takim grajdole jak nasza wiosczyna. Miała aspiracje. Ja też. Od kiedy tylko pamiętam, ojciec mi mówił, że powinienem chodzić do szkoły i uczyć się. Miał nadzieje, też mi to mówił, że go nie zawiodę i będę się uczył dobrze. To ojcowskie przykazanie towarzyszyło mi przez całe życie.

Parę słów o mojej rodzinie

Znowu zrzucę wszystko na mojego brata. On jest źródłem informacji, że mieszkańcom Grodzenia dały początek cztery rodziny, sprowadzone przez hrabiego Zboińskiego z centralnej Polski. Nie mogę zapewnić, że to prawda, lecz ja mu uwierzyłem. Nie mam zresztą innego wyjście. Od owych pierwszych protoplastów wywodziła swój rodowód również moja matka. Dalej znów odwołam się do notatek brata Jana Wasilewskiego.

Nasza matka Stanisława pochodziła z osiadłej od wielu lat w Grodzeniu rodziny Kiełkowskich. Jak sięgają pamięcią starsi mieszkańcy Grodzenia jeden z ostatnich członków tej rodziny podzielił swoje gospodarstwa o powierzchni ok. 30 ha pomiędzy trzech synów przydzielając im areały 15 ha, 10 ha i 5 ha. Jeden z nich najbliżej związany z rodowodem naszej matki ożenił się z panną Mackiewicz z Jastrzębia koło Lipna. Mieli troje dzieci, córkę i dwóch synów. Po pięciu latach małżeństwa, Kiełkowski zmarł. Wdowa po nim wkrótce poślubiła kawalera z sąsiedniej wsi Nowopole – Jana Wysockiego. Przypuszczam, że było to około roku 1870. Małżonkowie Wysoccy mieli ze sobą aż ośmioro dzieci: trzech synów i pięć córek. Łącznie wychowywali jedenaścioro dzieci. Podobnie liczne rodziny wtedy nie były rzadkością. Spośród nich trzech synów i dwie córki wyjechały do Ameryki. Tam zamieszkali i pozakładali rodziny. Rodzina jednej z sióstr (Gapscy) wróciła do Polski w okresie międzywojennym. Zakupili niewielkie gospodarstwo rolne we wsi Gutowo pomiędzy Toruniem i Fordonem, gdzie zamieszkiwali przez całą wojnę. Dopiero po wojnie pozostałe w Stanach najstarsze ich dzieci ściągnęły starych swoich rodziców z powrotem do Ameryki.

Najmłodsza z córek małżeństwa Wysockich, Stanisława przyszła na świat w 1898 r. Matka jej niestety przy porodzie zmarła. Jej mąż znalazł sobie jeszcze partnerkę i ożenił się. Na szczęście. Tak licznego i jeszcze małoletniego potomstwa nie byłby w stanie sam wychować.

Stanisława Wysocka (nasza matka), w wieku 24 lat (a był to już rok 1922) wyszła za mąż za kawalera 15 lat od niej starszego Andrzeja Wasilewskiego. Andrzej Wasilewski powrócił z Ameryki. Polska odzyskała niepodległość. Był taki trend, by rodacy wracali do kraju i budowali go od nowa. Szczególnie mężczyźni nie żonaci wracali, by zakładać tu rodziny. Każdy przywoził trochę zaoszczędzonych dolarów na zagospodarowanie się, jakieś drobne pamiątki i chęć bycia Polakiem. To nie przesada. Rolnicy byli niezwykle patriotycznie nastawioną częścią międzywojennego społeczeństwa polskiego. Czy spełniły się ich marzenia? Niestety najczęściej nie. Okres pokojowej odbudowy trwał tak krótko, a na dodatek był przerywany najazdem bolszewickim ze wschodu oraz niepokojami na granicach zachodniej i północnej.

Matka opowiadała nam, ze w 1920 roku nasza okolica była zdobyta przez wojska bolszewickie. Trwało to krótko, ale zdążyli w Kikole postawić szubienicę. Próbowali przejść na drugą stronę Wisły, by obejść i zaatakować z drugiej strony Warszawę. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło ani w okolicy Płocka, ani Włocławka, a wojska rosyjskie z naszych okolic po pogromie pod Warszawą przedostały się do Prus Wschodnich.

Andrzej Wasilewski przywiózł także oszczędności w dolarach. Wystarczyły na spłatę pozostałego w kraju brata Stanisławy, chociaż w większości pochłonęła je szalejąca inflacja.

Brat Stanisławy ożenił się panną mieszkającą pod Kikołem, a Stanisława przejęła w posiadanie rodzinne gospodarstwo w Grodzeniu. Małżonkowie Wasilewscy mieli troje dzieci. Najstarsza Jadwiga urodziła się w 1924 roku, Jan w 1925, a najmłodsza Zofia w 1929. Po dziesięciu latach małżeństwa Andrzej Wasilewski zmarł, pozostawiając wdowę z małymi dziećmi. Najmłodsza córka Zofia miała w chwili śmierci ojca zaledwie trzy lata.

9. Adam Jankiewicz, w czasie pobytu we Francji

Trzy miesiące po pogrzebie odwiedził Stanisławę dawny jej znajomy, o sześć lat młodszy kawaler, Adam Jankiewicz. Powrócił niedawno z Francji, gdzie miał wcześniej zamieszkałą siostrę. Wyjechał do niej, jak wtedy wyjeżdżało wielu, na zarobek. Pochodził z Działynia, niezbyt daleko położonej wsi w kierunku Rypina. Miał liczne rodzeństwo. Jedna z sióstr wyjechała do Francji (to ona go ściągnęła), inna mieszkała we Włocławku. Pozostałe rodzeństwo mieszkało w Działyniu.

Ze związku Adama i Stanisławy Jankiewicz urodził się 18 czerwca 1933 roku syn Zdzisław, a po sześciu latach, 15 września 1939 roku córka Grażyna”.

W środowisku w którym wzrastałem nie było dużych możliwości fotograficznego dokumentowania zdarzeń rodzinnych. Nie mam ślubnych zdjęć swoich rodziców i niestety nie mogę wam ich zaprezentować. Nie mniej cokolwiek przetrwało wojenną zawieruchę. Mimo katastrofalnego stanu tych pamiątek, korzystając z możliwości jaką daje obecna technika komputerowego retuszu, przypomnieć mogę (fot. 10.) mojej matki i mój wygląd z 1937 r bowiem ten prawie na baczność stojący przy fotelu kawaler to ja.

10. Stanisława Jankiewicz z synem Zdzisławem (1937r.)

Aby pamiątka w postaci fotografii powstała, należało przede wszystkim podjąć taką decyzję, następnie odpowiednio się ubrać i udać do pobliskiego miasta gdzie istniał zakład fotograficzny oraz wydać na ten cel stosowne środki pieniężne, których z reguły na wszystko brakowało. Teraz pewno stanie się zrozumiałe, że pamiątek takich zbyt wiele nie mieliśmy.

Następne zdjęcie jakie udało mi się odnaleźć powstało w dniu odpustu w Grodzeńskim „kościółku”. Patronami kościółka byli św. Piotr i Paweł i święto to było zawsze uroczyście obchodzone. Nawet, a właściwie w szczególności działo się tak w czasie okupacji. Był to jedyny działający kościół w okolicy. Kościół w Kikole był zamknięty. Nie tylko odprawiana była uroczysta msza, ale także rozstawiane były stragany, gdzie dzieciom można było kupić obwarzanki. Przypuszczam, że mógł to być rok 1943 lub 44, jestem już sporym chłopakiem. Był na odpuście ktoś z małoobrazkowym aparatem fotograficznym i wykonał kilka zdjęć i odbitek. Mam takie zdjęcie z siostrą Grażyną (fot. 11.). Dokładnie naprzeciw kościółka mieszkał krawiec Szotowicz. To w zagonie z kartofli na jego poletku zostaliśmy ustawieni i sportretowani. Gdy się dokładnie zdjęciu przyjrzeć, można na jego prawym skraju zobaczyć twarz starego pana Szotowicza, dziadka mojego kolegi Rycha.

11. Zdzisław Jankiewicz z siostrą Grażyną (1944?)

Niepostrzeżenie dotarłem do lat okupacji. Ten okres będzie wspomniany bardziej szczegółowo. Do sporej gromadki własnych dzieci Stanisławy (dwóch synów i trzech córek) doszła jeszcze Halina Podlewska, córka zamieszkałej we Włocławku, wcześnie zmarłej siostry Adama. Rodzina w tym składzie musiała stawić czoło nadchodzącym najcięższym czasom – okupacji niemieckiej. Ale to już inna, odrębna opowieść.

Parę słów o rodzinie mojej żony, a waszej matki i babci[6]

Niestety tej części opowieści rodzinnej, tym bardziej nie jestem w stanie podać bez pomocy notatek brata. Przyznam się, że zostały one specjalnie u niego zamówione. Rysia (pamiętacie, że tak wszyscy nazywali Marię) równie mało, a może jeszcze mniej wiedziała o swojej rodzinie, niż ja o swojej. Słysząc nasze z Jankiem rozmowy zapytała go, co on na ten temat wie. Podał jej parę faktów, więc poprosiła go o ich spisanie. W ten sposób zapisany został cienki kajecik, na okładce którego Rysia własnoręcznie napisała: „Zapiski Janka – to co pamięta o rodzinie Mierzwickich (moich dziadkach)”, a następnie, mimo że wiedziałem o nim (kajeciku), a nawet go przejrzałem, kajecik schowała.

Teraz, gdy Rysia nie żyje, a ja naprawdę nie wiedzieć czemu piszę te rzeczy, kajecik z trudem odnalazłem. Z zapisków tam zawartych już parę razy skorzystałem. Teraz sięgnę do nich głębiej. Skorzystam także z przysłanego mi przez wnuczkę siostry Stanisława p. Ewę Kiesiewicz – Nowakowską rodzinne zdjęcia państwa Skorupińskich (fot. 12.)

12. Rodzina Państwa Skorupińskich: Zofia, Stanisław i dwoje ich dzieci – Maria – Rysia (1935) i Sławomir (1936).

Jeżeli już pokazuję zdjęcia członków rodziny Skorupińskich w młodości, należy przynajmniej niektórych z nich zaprezentować w późniejszym czasie. Fot.13. przedstawia panią Marię już jako moją żonę (lata 50.), a fot. 14 nasze dzieci Krzysztofa (1958) I Maję (1964). Dodaję te zdjęcia dla dopełnienia całości obrazu.

Powróćmy jednak do początku. Mój brat na temat rodziny mojej żony Marii miał również dość szczegółowe informacje. Skorzystam z jego notatek.

„Protoplastami rodu Mierzwickich była rodzina Kuropatwów, podobno sprowadzona do Grodzenia wraz z trzema innymi przez hrabiego Zboińskiego. Zaliczali się do najbardziej majętnych. Ich posiadłość liczyła około 80 hektarów (150 morgów) Ostatni z rodu miał pięcioro dzieci : trzech synów i dwie córki. Najstarszy syn Tomasz i jedna z córek osiedlili się w niedalekiej wsi Chalanówek. Pozostały majątek ostatni z tej linii rodu Kuropatwów podzielił pomiędzy pozostałych dwóch synów i córkę. Największą działkę liczącą około 40 ha dał Antoniemu, zaś Wojciechowi i córce Antoninie po około 20 ha. To działka Antoniny Kuropatwy graniczyła z gospodarstwem naszej matki. Gospodarstwo Wojciecha Kuropatwy leżało po drugiej stronie traktu i kościółka. Graniczyło z niemieckim cmentarzem.

Najmłodszą córkę z rodu Kuropatwów Antoninę poślubił wysoki i szczupły kawaler Antoni Mierzwicki. Pochodził z rodziny chłopskiej, ale z dość odległej, nieznanej mi dziś miejscowości. Mimo, że miał zawód stolarza, prowadzenie gospodarstwa nie sprawiało mu żadnej trudności.”

Nie wiem skąd kołacze mi się po głowie przekonanie, że Antoni był żołnierzem carskiej armii. Antonina Kuropatwa była starsza od mojej matki, a jaj mąż znacznie starszy od niej. Bardzo możliwe, że był w rosyjskiej armii i brał udział w walkach I wojny światowej, chociaż nie jestem tego pewny. A oto dalsza część zapisów mego brata Janka:

„Antoni Mierzwicki sprzedał 4 ha ziemi i za to pobudował duży, murowany (z czerwonej cegły) dom, oraz wyremontował pozostałe obiekty gospodarcze. Hodował dużą ilość zwierząt gospodarczych, do oprzętu których najmował służących. Był człowiekiem niezwykle oszczędnym i zaradnym. Każda wolna złotówka w tej rodzinie musiała procentować. Jeżeli nie w miejscowej Kasie Stefczyka, to u biedniejszych sąsiadów. A procent jaki pobierał wynosił 3 zł. od 100 na miesiąc. Procent często był zamieniany na odrobek, płatny tak, jak można było wynająć do pracy robotnika za 1,20 zł mężczyznę i 0,80 zł kobietę na dzień.

Mierzwiccy mieli dorodne, dobrze utrzymane konie, i bogato zdobioną, odświętną dla nich uprzęż. Gdy w większe święta na drodze do Kikoła ukazała się lśniąca bryczka zaprzężona w parę ładnych koni ze służącym na koźle, wiadomo było, że to państwo Mierzwiccy jadą do kościoła.

Największym skarbem i szczęściem rodziny Mierzwickich były dzieci. A było ich ponoć dziesięcioro. Nie wszyscy przeżyli. Ja pamiętam siedmioro; czterech synów i trzy córki. Antoni był człowiekiem postępowym. Starał się, by każde z jego dzieci zdobyło minimum średnie wykształcenie. Chyba tylko najmłodsza z córek, Zofia musiała się zadowolić szkółką Grodzeńską. Najstarszy syn Feliks zdobył wyższe wyksztalcenie. Mieszkał i pracował w Tczewie. Zginął w pierwszych dniach wojny w nie do końca znanych okolicznościach. Cóż, wtedy było o to łatwo. Jeden z synów Ignacy, jako młody chłopiec udał się z ojcem na polowanie. Obchodząc się nieostrożnie z bronią, postrzelił się. Po pewnym czasie zmarł.

Jeżeli chodzi o córki państwa Mierzwickich, były to panny zgrabne i urodziwe, a na dodatek zaradne. Kolejno zaginały parol na przybywających na naszą wieś nauczycieli. W okresie międzywojennym przybyło ich trzech i kolejno padali łupem panien Mierzwickich. Pana Bema zdobyła Natalia, Mariana Tabaszewskiego – Pelagia, a Stanisława Skorupińskiego – Zofia.

Z pozostałych dwóch synów Dionizy miał objąć po rodzicach gospodarstwo, a najmłodszy Jerzy po skończeniu matury w Lipnie rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie.

Zgodnie z wolą rodziców Dionizy rzeczywiście zajmował się gospodarstwem jak własnym. Z tego powodu zepsuły się dobrosąsiedzkie stosunki pomiędzy naszymi rodzinami. Nasz ojciec ponoć wygadał się do Antoniego, że Deoś (zdrobniale od Dionizy) sprzedał dodatkowy worek zboża i pieniądze wziął sobie. Tego nie mogła mu podarować Pani Antonina (Deoś był „oczkiem w głowie” mamusi), nie mógł podarować także Dionizy. U sąsiadów zawsze znajdą się sprawy sporne i konflikt gotowy. Chyba nawet doszło do rozpraw w sądzie. Zysk mieli pewno jedynie adwokaci.

W swoim imieniu chcę dodać, że mojego Ojca Chrzestnego pamiętam dość mgliście, ale z dobrej strony. Od naszego domu widać było ogród państwa Mierzwickich. Na skraju ogrodu rosły krzewy agrestu. W naszym ogrodzie były wiśnie, jabłka, gruszki i porzeczki, ale agrestu nie było. Była już chyba wczesna jesień, gdyż na polu rozdzielającym nasze posesje nie było jeszcze posiane zboże. Pan Antoni przywołał mnie gestem ręki i dał, ile się zmieściło w dwie złożone ręce, agrestu. Pochwaliłem się w domu. Ojciec zapytał, czy powiedziałem dziękuję. Pochwalił, że powiedziałem, ale zaznaczył bym sam nie proszony, nigdy na ten agrest nie poszedł. Pewno i tak bym nie poszedł, choć pewny tego nie jestem. Przykazanie zapamiętałem jak widać dość długo. To jedyny kontakt z moim chrzestnym, jaki zapamiętałem. Miałem co najwyżej lat pięć, gdy pana Antoniego, jak napisał mój brat, spotkało nieszczęście i zmarł.

„Nieszczęście zdarzyło się w 1937 lub 1938 roku. Krowa na polu zerwała się z łańcucha i weszła w zboże. Takiego przestępstwa pan Antoni nie mógł pozostawić bez ukarania krowy. Krowa dostała kijem przez grzbiet, za co w odwecie tak nieszczęśliwie kopnęła gospodarza, że złamała mu kość udową tuż przy szyjce biodrowej. Obecnie to żaden problem, ale wtedy było to jedno z bardzo poważnych uszkodzeń ciała. Podobno miała odbyć się w Toruniu niezwykle złożona i bardzo droga operacja złączenia kości złotym wkrętem, ale niż się zdecydowano, było za późno. Dionizy odbywał wtedy służbę wojskową, więc Pani Antonina gospodarzyła sama doglądając służących. Pomagali jej synowie i córki z zięciami. Czas upływał. Zbliżał się wrzesień roku 1939 i na cały nasz kraj, a także na ten nieszczęsny dom nadciągały ciemne chmury, jeszcze większe nieszczęścia: wojna i niemiecka okupacja”.

Mimo licznego potomstwa małżeństwa Mierzwickich, po wojnie nie miał się kto zaopiekować ojcowizną. Przez pewien czas najmłodszy syn Jerzy próbował prowadzić gospodarstwo. Nie był to okres sprzyjający rolnikom, szczególnie posiadającym większy areał ziemi. Okrzyknięci prze władze „kułakami” byli prześladowani obowiązkowymi dostawami płodów i (jako kułacy) dodatkowymi domiarami. Pan Jerzy nie wytrzymał, przeniósł się do Nieszawy, gdzie jego szwagier, Marian Tabaszewski był dyrektorem Liceum. Skończył zaocznie na UMK w Toruniu studia historyczne i do końca życia był nauczycielem w szkole średniej w Nieszawie. A co z siedliskiem? Antoni postawił przecież przed wojną nowy dom. Cóż, nawet o nowy dom trzeba dbać, remontować. W wojnę mieszkał w nim Niemiec przesiedlony z Rumunii (Beksarab, jak ich nazywano). On raczej go dewastował, a nie o niego dbał. Zaraz po wojnie nikt nie miał wystarczających na to środków, by zachować zabudowania mieszkalne i gospodarcze w odpowiednim stanie. Zresztą pan Jerzy czuł się trochę tymczasowym mieszkańcem tego siedliska. W końcu opuszczone – marniało. Pewno trochę rozkradane, budynki gospodarcze łącznie z domem powoli zamieniły się w ruinę. Dziś praktycznie nie ma śladu po tym okazałym domostwie. Na północ od naszego siedliska (fot. 6 i 7)) widoczna jest kępa drzew. To miejsce, gdzie był ogród i dom państwa Mierzwickich. To wszystko, co po nim pozostało. Pan Jerzy, którego znałem i szanowałem, miał trzech synów. Dwóch dość młodo zmarło. Z pozostałym przyjaźnimy się. Mam sentyment do rodzinnych miejsc. Namawiałem go, by uratował chociaż dom na miejsce letniego odpoczynku. Z Nieszawy do Grodzenia nie jest daleko. Nie stało się tak. To nie łatwe zadanie. Wymaga dużo zachodu, a więc czasu i niestety pieniędzy. I o jedno i o drugie w naszych czasach nie jest łatwo.

Grodzeń w czasie „okupacyjnej nocy”

Nie bardzo wiem jak zacząć opowieść o tym okresie mojego życia. Liczyłem wtedy sześć lat i miałem pójść do szkoły. Dostałem nowy tornister, wyposażenie do niego i spodnie bez „klapy”. Klapa była utrapieniem młodzieńców w takim wieku jak ja. Oznaczała, że traktowany jesteś jak dziecko (klapa ułatwiała odwiedziny w wychodku). Uczeń dorastał, był uwalniany od klapy. Do tornistra zaglądałem z nabożeństwem. Nie przydał mi się. Do szkoły nie poszedłem. Tornister gdzieś zaginął. Nie wiem co się z nim stało. Pewno zapodział się w trakcie kolejnych przesiedleń. Inne, ważniejsze rzeczy były wtedy do zachowania.

O wojnie mówiło się wtedy dużo. W domu mówili z zatroskaniem o niezbędnych przygotowaniach. Został zamówiony nowy wóz i nowa uprząż dla koni. Młode konie też zostały wychodowane. Mieliśmy wtedy nie dwa, jak zwykle, a trzy konie: klacz matkę i dwa młodsze, jej potomstwo. Chyba gdzieś w sierpniu ojciec zebrał to całe zgromadzone dobro: konie, nową uprząż i nowy wóz, wyjechał z nimi do Kikoła lub Lipna (nie wiem) i wrócił pieszo niosąc w ręku bat. Konie i wóz zostały zmobilizowane – poszły do wojska. Odniósł też i gdzieś oddał pistolet (miał, a jakże) i radio (kryształkowe – rarytas). W ten sposób matka przestała zamykać kuferek, w skrytce którego leżały rodzinne skarby: pistolet ojca, kieszonkowy zegarek po Wasilewskim, złoty sygnet i obrączka ojca i jakieś dokumenty, które mnie już mniej interesowały. Pistolet do skarbów nie należał, ale ze względu na ciekawość naszej gawiedzi, wszystko był pod kluczem. Ojciec do wojska nie poszedł, był chyba za stary; zresztą matka była w zaawansowanej ciąży – siostra Grażyna urodziła się 15 września. Do armii został wcielony jego młodszy brat Stanisław. Nie wiem, czy było to jeszcze przed pierwszym wrześni, czy już po, maszerowały oddziały wojska polną drogą przechodzącą przez nasze pole. Moje siostry wyniosły dla nich bańkę z mlekiem, chleb i masło. Mówiły, że widziały wujka Stanisława, ale to chyba mało prawdopodobne. Cuda jednak się zdarzają. O takim przypadku dotyczącym Stanisława Skorupińskiego może zdążę jeszcze opowiedzieć.

Początek wojny pamiętam jako dom i podwórze pełne ludzi. To byli uciekinierzy. Gdzie uciekali? Powiadano, jak pamiętam, że za Wisłę. Do nas z Niemiec było najbliżej z Prus Wschodnich, a więc z północno – wschodniego kierunku. Może dlatego uciekano za Wisłę.

Rodzice hodowali gęsi. Były specjalnie karmione i ojciec wywoził je na sprzedaż do Włocławka. Najczęściej kupowała je ludność pochodzenia żydowskiego. Pewno dlatego woził je aż do Włocławka. Wyobraźcie sobie tą wyprawę. Z Grodzenia do Włocławka jest trzydzieści kilometrów z okładem. Ojciec wozem jechał prawie całą noc, by rankiem sprzedać gdzieś te gęsi i powrócić pod wieczór do domu. Część gęsi była tuczona zimą i sprzedawana wiosną. Tuczenie to specjalna technologia. Zmuszano biedne ptaki do łykania dużych „kluch” zrobionych z pokarmu, czego, jak pamiętam, bardzo nie lubiły. Podobno tak utuczone gęsi miały niezwykle smakowite wątroby. Niedawno słyszałem, że ten rodzaj karmienia został zabroniony. Wtedy nie i u nas na początku września było duże stado gęsi. Co z nimi robić? Uciekinierzy mieli wyżerkę. Na łące nad sadzawką paliły się ogniska i w dużych garach gotował się z nich rosół lub czarnina, w zależności od upodobania. Rodzice nie bronili.

Pod wieczór na podwórze zajechała furmanka zaprzężona w dwa konie, a na wozie czteroosobowa rodzina. Widać było, że zamożna. Prosili o możliwość zanocowania. Konie ojciec wprowadził do stodoły, matka ich dzieciom ścieśniając nas zrobiła miejsce w łóżku, oni spali na snopkach w stodole. Na kolację dla wszystkich znów zabita została gęś. Pamiętam te zatroskane miny i długą wieczorną rozmowę, zanim nie zostałem wyrzucony spać. W międzyczasie ojciec znów „zamordował” następną gęś, a panie ją oskubały im na drogę. Rankiem wyjechali wciskając matce kupon materiału na garnitur – dla męża, jak uzasadniła podróżniczka. Z rozmów rodziców zapamiętałem, że byli to żydzi, właściciele sklepu właśnie z materiałami tekstylnymi z Torunia lub Włocławka. Zapamiętałem to zdarzenie, bo kupon materiału przetrwał z nami całą okupację. Ojciec chciał go przehandlować, ale matka nie pozwoliła. Znała się na tkaninach. Do dziś pamiętam, jak mówiła, że to doskonały rapaport i nie dała go tknąć. Po wojnie, zgodnie z życzeniem ofiarodawczyni dała ojcu uszyć z niego garnitur. Nie mam pewności, ale możliwe, że został w nim pochowany.

Wojna nadeszła niepostrzeżenie. Nie było frontu, nie było walk. Pamiętam latające nisko samoloty, które ponoć zbombardowały Lipno. Na trakcie pojawił się motocykl i samochody z żołnierzami w zielonkawych mundurach (feldgrau) i dużych hełmach na głowach. Zajęli część domu Gutmańskich (dawniej Kuropatwów) leżący przy trakcie naprzeciw kościółka. Było ciepło, stoły wystawili od strony traktu w ogrodzie, gdzie jedli. Przybiegł do mnie Rysiek (w domu mówili na niego Rychu) Szotowicz z wieścią, że rozdają chleb. Ich dom położony był tuż koło Gutmańskich i stąd jego doskonała znajomość ich zachowań. Namówił mnie i pobiegliśmy zobaczyć. Rzeczywiście, Rychu podszedł do płotu i natychmiast dostał bochenek chleba. Było zainteresowanie pozostałych żołnierzy tym faktem. Może robiono zdjęcia. Następny bochenek był dla mnie, stałem za Rychem. Nie wziąłem, ręce trzymałem za sobą, co mocno rozgniewało darczyńcę. Zaczął grozić mi palcem i krzyczeć, więc błyskawicznie uciekłem. Byłem mocno wystraszony i przyznałem się matce z jakiego powodu.

Powiem ojcu, dostaniesz lanie – usłyszałem.

Nie dostałem. Odbyła się tylko rozmowa, taka jakie później nazywałem – poważnymi. Ta była pierwsza. Ojciec zapytał mnie czy brakuje mi chleba, czy jestem głodny. Mam nie prosić więcej o jedzenie obcych ludzi, gdy mam co jeść w domu. Taka ma mnie obowiązywać zasada. Następnie poradził mi (może nawet nakazał) bym przestał kolegować się z Rychem. Mam także zapytać się jego lub matki, zanim przyjdzie mi do głowy robić takie rzeczy jak iść do niemieckich żołnierzy po chleb. Skruszony milczałem, chociaż nie poszedłem po chleb, tylko zobaczyć. Wolałem jednak nie usprawiedliwiać się. Chciałem, by to się jak najszybciej skończyło.

Następne zdarzenie jakie pamiętam z pierwszych dnie okupacji, to wizyta naszego sąsiada z tyłu naszego paska ziemi (fot 15). Był narodowości Niemieckiej i jedynym Niemcem mieszkającym na skraju wsi Grodzeń. Dalej za nim była już wieś Janowo.

15. Nasz skrawek ziemi i siedlisko sąsiada Juliana Peplau

Nazywał się Peplau Julian (brat też tak napisał jego nazwisko), chociaż wszyscy we wsi mówili na niego Peploch. Z moim ojcem byli sąsiadami i jak sądzę dobrymi znajomymi; mówili do siebie po imieniu. Przyszedł do nas w pierwszych dniach okupacji z pokaźnym tobołkiem pod pachą i prośbą o pomoc w umundurowaniu się. Tak, to prawda. Dostał mundur i wszelkiego rodzaju dodatki. Był to mundur zwykłego żołnierza niemieckiego. Ten w kolorze feldgrau. Do tego pas, chlebak, furażerka, jakeś inne jeszcze paski. Ojciec, o ile wiem nigdy nie służył w wojsku, ale dopasowywał na nim tą uprząż. Później zastanawiałem się dlaczego przyszedł z tym do mojego ojca. Było do nas dość daleko. Sądząc po końcowym akordzie tej wizyty, nie była ona przypadkowa. Mam wrażenie, że ojciec to wiedział. Na koniec śmiesznej ceremonii mundurowania, Julek powiedział do ojca:

Wiesz Adam, że zawsze żyliśmy w zgodzie i przyjaźni, ale po mojej babce, to mórg ziemi od ciebie mi się należy.

Znałem mojego ojca. Gdy zagryzał zęby i drgały mu mięśnie twarzy, był naprawdę zdenerwowany. Miał wtedy takie objawy gdy wyprowadził naszą klacz ze stajni, wrzucił pług na wóz i powiedział do Julka:

Jedźmy.

Oni usiedli na siedzisku z przodu, a ja wskoczyłem na wóz z tyłu i pojechaliśmy na koniec naszego pola do granicy z ziemią Peplaua (fot 15).

Pokaż ile chcesz – powiedział do Julka mój ojciec. Julek zrobił parę kroków w jedną, potem w drugą stronę, następnie niepewnie stanął pokazując ile pola chce przyłączyć do swego. Nieopodal, może ze dwa metry dalej, rosła na miedzy polna grusza, powszechnie zwana ulęgałką.

-. Niech będzie do tej gruszy – powiedział ojciec, zrzucił pług i utworzył nową granicę.

Przed wojną ilość ziemi posiadanej przez rolnika świadczyła o jego statusie materialnym. Mówiono później, że był głód ziemi. Rzeczywiście każdy kawałek ziemi był uprawiany i wykorzystywany. Większą dbałość o takie skrawki gruntu uprawnego chyba widziałem później tylko w Szwajcarii (wszędzie rosło winogrono) i w Japonii. Zdaję sobie sprawę, ile kosztował mego ojca ten gest w stosunku do Julka Peplau. Miał widać doświadczenie, musiał się bać. Od Julka rzeczywiście miał spokój, ale w przyszłości na niewiele się to zdało.

Julek Peplau nie był wyjątkiem. Mam na myśli umundurowanie. W Grodzeniu nie było osadników niemieckich, ale w sąsiednich wsiach Janowie, Makówcu, Ciełuchowie było ich znacznie więcej. Okazało się, że wielu (pewno nawet większość) natychmiast po wejściu wojsk niemieckich ubrało się w mundury, niestety przeważni w kolorze czarnym. Widocznie piąta kolumna nie była wytworem nacjonalistycznej polskiej propagandy.

Pojawili się nowi przybysze. Pobliski folwarki w Kikole, Ciełuchowie i Wolęcinie przejęte zostały natychmiast przez nowych właścicieli. Ciełuchowo przejął Niemiec przybyły podobno z Gdańska. Przyjechał z nim także Tomaszewski folksdojcz (volksdeutsch) z Torunia – Polak, który podpisał volks listę. Był jakimś ważnym urzędnikiem w majątku Ciełuchowo.

Jednak całą okolicę terroryzowali i prześladowali Niemcy miejscowi, nasi do niedawna współmieszkańcy, sąsiedzi. Wszyscy się znali, wiedzieli np. kto miał broń, radio. Natychmiast ojciec został zawezwany do oddania tych rzeczy. Dobrze, że miał zaświadczenia o zwrocie ich jeszcze władzom polskim. Nasz sąsiad Józef Bonowicz też miał broń, też ją podobno zwrócił, lecz stosownego zaświadczenia nie miał. Wylądował w obozie koncentracyjnym, zginął. To nie były żarty. Niektórzy z naszych niemieckich sąsiadów wsławili się krwiożerczym stosunkiem do zamieszkujących tu Polaków. Wszyscy znali gestapowca Alberta Wycke. Uczestniczył we wszystkich wysiedleniach Polaków. Pomarenko (chodził w żółtym mundurze SA) zasłynął jako zabójca polskich służących. Było wolno, mógł bezkarnie.

Tereny, które zamieszkiwaliśmy zostały włączone do rzeszy niemieckiej. Z okrojonych ziem dawnej Polski utworzone zostało tzw. Generalne Gubernatorstwo. Rzesza znacznie się powiększyła. Cała Wielkopolska, Pomorze, Kujawy, Ziemia Dobrzyńska, duża część Mazowsza – od zachodu i północy, to wszystko weszło do rzeszy. Granica przebiegała koło Mławy. Tereny te przeznaczone były do wynarodowienia z ludności polskiej. W pierwszym rzędzie należało zniszczyć polską inteligencję. Zniszczyć znaczyło dosłownie – fizycznie. Na liście do zniszczenia było wielu, bardzo wielu. Księża, nauczyciele, przedstawiciele władz lokalnych, ważniejsi urzędnicy w miastach, nie mówiąc o właścicielach folwarków, dużych majątków ziemskich.

Wasz dziadek (pradziadek) Stanisław Skorupiński – nauczyciel 4- klasowej szkoły powszechnej w Grodzeniu znalazł się na tej liście. Tak głęboko sięgano. Na razie pozostawiono nielicznych, mniej majętnych ludzi na wsi i robotników w miastach. Z nich postanowiono, jak sądzę, stworzyć w miastach siłę roboczą dla przemysłu rzeszy, na wsi parobków dla niemieckich bauerów.

Charakterystyczna jest historia Stanisława Skorupińskiego, jego śmierci. Tyle miał szans na uratowanie się. Los, niby szczęśliwe przypadki, wiodły go jednak nieuchronnie ku zagładzie. Warto, myślę, że zasługuje on, by opisać tą historię oddzielnie (patrz Nauczyciel).

Działania okupanta były z góry zaplanowane, systematyczne i konsekwentne. Zniknęli ludzie związani z polskimi, przedwojennymi władzami, ludzie wykształceni w tym księża. Pozamykane zostały kościoły. Były wybudowane przez ludzi związanych z historią tych ziem, z historią Polski. Przed zamknięciem kościoła w Kikole, tablice informujące o jego historii, jego budowniczych zostały pokryte szczelnie przylegającą do nich cementową masą, by zakryć treść napisów. Kościół zamieniony został na magazyn mebli. Na miejsce przedwojennego księdza Wolskiego (znalazł się w obozie koncentracyjnym), przyszedł młody ksiądz o nazwisku Szmidt. Czy był Polakiem? Chyba tak, mówił doskonale po polsku. Organizował odprawianie mszy przy kościele w Kikole i w pilnie wyremontowanym kościółku w Grodzeniu. Służyłem do mszy u niego, chodziłem na naukę religii i zostałem przyjęty do spowiedzi. Okoliczni mieszkańcy, Polacy (z czasem było ich coraz mniej) w zasadzie nie mieli mu nic do zarzucenia. Sam jednak fakt przysłania go przez okupanta był wystarczający. W jakimś sensie musiał spełniać ich wymogi i oczekiwania. Po wojnie odszedł podobno do Włocławka lub klasztoru. Nie miał na sumieniu spraw, za które odpowiadał by karnie.

Za to od samego początku okupacji pojawił się konflikt pomiędzy miejscową ludnością polską, a byłymi osadnikami niemieckimi. Czy za jego powstanie odpowiadali sami osadnicy, czy był on podsycany centralnie? Chyba obydwa czynniki należy brać pod uwagę. Dominacja osadników nad ludnością polską, ich specjalne uprawnienia i przywileje odpowiadały im, przynajmniej większości. Wyjątki się zdarzały, może będę miał okazję o tym wspomnieć. W takiej wioskowej społeczności wszyscy się znają. Nie tylko w swojej wiosce, w znacznie szerszym obszarze. Ludzie z Grodzenia znali tych z Kikoła, a nawet z Lipna i na odwrót. Osadnicy niemieccy też znali Polaków z nazwiska i imienia i wzajemnie. By wykazać swoją wyższość, kompletnie upodlić przegranych, kazali sobie się kłaniać. Nie pozdrawiać, jak to jest w zwyczaju, gdy spotykają się znajomi. To czynili zawsze, wcześniej bez nakazu. Teraz należało człowiekowi narodowości niemieckiej ustąpić z drogi, zdjąć czapkę (ludzie na wsi noszą nakrycia głowy chyba przed nadmiarem słońca) i pierwszemu powiedzieć…. Myślicie zapewne: „dzień dobry”, albo po niemiecku „guten morgen”. Otóż jesteście w błędzie. Polak po zejściu z drogi, trzymając w ręku czapkę powinien powiedzieć – „moin”.

To moin, w połączeniu z pozostałymi oznakami poddaństwa, przyjmowane było przez nas jako wyraz pogardy, niezależnie od tego co rzeczywiście to słowo znaczy.

Abstrahując od naszych osobistych przeżyć, wieś Grodzeń jako całość zmieniła się mocno. By to przedstawić sięgnę znów do notatek mojego brata (pisane kursywą).

Z mężczyzn mieszkających w Grodzeniu powołanych w trakcie mobilizacji do obrony Ojczyzny, dwóch przypłaciło to życiem. Po kapitulacji dwóch rannych powróciło do domu. Pozostali zostali wzięci do niewoli.

Gdy nastąpiła okupacja, mieszkańcy Grodzenia poznali przyjazny dotychczas stosunek Niemców mieszkających w sąsiednich wsiach. Prawie każdy z miejscowych Niemców natychmiast był ubrany w czarny lub żółty mundur ze swastyką na rękawie i pejczem w ręku. Za nie zdjęcie czapki i nie powiedzenie „moin” dostawało się kilka razów owym pejczem (pydą jak mówiono), z którą większość z nich się nie rozstawała. Młodzież polska (chłopcy od lat 14, a dziewczyny od 16) była wywożona w głąb Niemiec lub zabierana do przymusowej pracy u niemieckich gospodarzy (bauerów jak zaczęto ich nazywać) zamieszkujących okoliczne wsie. Ci szybko zmieniali i powiększali swoje posiadłości.

Pewien mieszkaniec Kikoła (Gabryszewski) nie zatrzymał się do wylegitymowania i zaczął uciekać – został zastrzelony.

Pierwsze rewizje i aresztowania zaczęły się już w końcu grudnia 1939. Około północy przyjechała żandarmeria wraz z kilkoma Niemcami z sąsiednich wsi (w mundurach SS) i przeprowadzili rewizję w gospodarstwie Kiełkowskiego Józefa. Jego syn Jan, były plutonowy wojska polskiego, był komendantem Krakusów. Zrywali podłogi i sufity. Nic nie znaleźli, mimo to zabrali zarówno ojca jak i jego dwóch dorosłych już synów.

Taki sam los spotkał Balińskiego Zygmunta, Bonowicza Józefa, Kuropatwę Lucjana i Szotowicza Tadeusza. Dwaj ostatni mieli dopiero po dwadzieścia lat. Wszyscy zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych w głąb Niemiec. Z tych siedmiu mężczyzn w lagrach zginęli Baliński Zygmunt, Bonowicz Józef i Szotowicz Tadeusz. Kiełkowski Józef z synami i Kuropatwa Lucjan przeżyli okupację.

Największym oprawcą i katem mieszkańców wsi Grodzeń i okolicy, był zamieszkały w Janowie, do wojny przyjazny Polakom, Wycke Albert. Wysiedlił najbliższego sąsiada Lewandowskiego Stanisława (wysłał go do pracy w majątku Ciełuchowo), a jego gospodarstwo wraz z całym dobytkiem przyłączył do swojego. Do pracy miał polskich parobków: mężczyzn i kobiety. Był postrachem dla Polaków z wszystkich okolicznych wsi. Pomagali mu Krzesiński z Makówca, Pomaranke[7] z Kikoła i wielu innych. Współdziałał z nimi Niemiec zajmujący folwarki Ciełuchowo i Rybniki, pochodzącymi, jak mówiono, z Gdańska[8].

W 1940 roku dla mieszkańców Grodzenia posiadających większe gospodarstwa i co ważne ładniejsze zabudowania, nastała piekielna noc. W środku nocy (około 24 godziny) zajechała do wsi duża grupa Niemców: żandarmi wspomagani przez osadników. Wszyscy osadnicy w mundurach SS lub SA. Do każdego z wybranych domostw wkraczało po dwóch – trzech Niemców budząc wszystkich, dorosłych i dzieci. Zbierali ich w jednym miejscu i oznajmiali, że zostają wysiedleni. Mają opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania. Miejsce do którego zostaną przewiezieni, będzie podane im później. Teraz mają 30 minut na zabranie niezbędnych rzeczy, tak dorośli jak i dzieci. Zgromadzone przedmioty zostały przez nich przeglądnięte, a te na które otrzymali zgodę, mogły być zabrane.

Proszę się wczuć w tą sytuację. Pomyślcie, że jesteście uczestnikiem tej nocnej wizyty. Strach i płacz dzieci, a jednocześnie przekonanie, że trzeba zabrać to, co pozwoli przetrwać rodzinie „gdzieś tam” nie wiadomo gdzie. Co wziąć? Myślę, że na to pytanie nikt nie znał w tym czasie odpowiedzi.

Zapędzono wysiedlanych do podstawionych furmanek, zawieziono do Kikoła, gdzie poddano ich selekcji i rozwieziono w różnych kierunkach. Zawsze na poniewierkę.

W tej akcji wywieziono naszych sąsiadów Mierzwickich. Antoni, jak wiadomo, już nie żył. Stanisław Skorupiński już w październiku został wezwany niby na konferencję pedagogiczną do Lipna i wywieziony do obozu. Jego żona Zofia z dwojgiem małych dzieci (Maria i Sławomir) została wysiedlona z ich domku za kościółkiem i zamieszkała w jednym pokoju u swej matki. W ich nowym domu zamieszkał folksdojcz Tomaszewski. To dla niego wysiedlono żonę byłego nauczyciela i dwoje ich dzieci. Po co jej taki duży dom, nieprawdaż.

Teraz zostawali koleino wyrzucani. Nie znam szczegółów ich dalszych losów, w szczególności synów. Dionizy zginął, Jerzy przeżył. Pani Antonina trafiła wraz z córkami Pelagią (mąż był oficerem i trafił do oflagu) wraz z dwiema córkami i Zofią wraz z dwojgiem dzieci, gdzieś koło Wąbrzeźna, o ile pamiętam. Jak większość Polaków wegetowały tam na skraju nędzy.

Wywózka tak wielu rodzin i sposób przeprowadzenia tej akcji wywołała wśród Polaków panikę. Z tego okresu pamiętam, że rodzice ubierali nas na noc, a rozbierali na dzień. Spodziewali się możliwości powtórzenia identycznej lub podobnej akcji. Każde dziecko miało węzełek z przyodziewkiem i jedzeniem – na wszelki wypadek. Jedzenie było specjalnie przygotowywane: topione masło (nie psuje się tak szybko), słoiczki z mięsem zalane tłuszczem, jajka gotowane i chleb. Zawiniątka czekały w „zimnej piwnicy”. My z drżeniem czekaliśmy na Niemców.

Przyszli, ale nie w taki sposób. Nie w nocy. Była wiosna (koniec czerwca 1941). Woziliśmy nakopany miesiąc wcześniej i wysuszony torf. Z daleka widziałem dziwny ruch, ludzi na podwórzu, siedzącą na progu domu i płaczącą (z fartuchem przy oczach) matkę. Przy wystawionym na zewnątrz naszym kuchennym stole siedział Albert Wycke, jak zwykle w czarnym mundurze, przy pliku dużego formatu papierów. Wypełniał jakieś dokumenty.

Do ojca powiedział z uśmiechem, jakby oznajmił radosną nowinę:

– No Jankus przyszła na ciebie kolej. Zrzuć ten torf –dodał widząc, że ojciec idzie do koni – może przyjść deszcz. Ojciec, któremu charakterystycznie drgały mięśnie wokół żuchw, posłusznie, bez słowa, zaczął energicznie wrzucać torf pod zadaszenie, gdzie trzymany był opał. Wycke cały czas go obserwował.

Nie rzucaj tak mocno. Swojego byś tak nie kruszył. – ocenił krytycznie jego pracę. Zrozumiałem, że torf, przy wyrobie którego poganiałem konie, później składaliśmy go w kopki by wysechł, a następnie zwieźliśmy, przestał być nasz. Rzeczywiście. Wszystkie nasze dobra zostały spisane co do sztuki. W domu, w oborze, w stodole i w stajni. Nie tylko konie, krowy cielaki i świnie (te już były kolczykowane), ale nawet wszystkie kury i kaczki. Czy mieliśmy gęsi, już nie pamiętam. Potem dowiedzieliśmy się co możemy z sobą zabrać: stół z kuchni, (przy którym siedział) i ława co stała w kuchni pod oknem, łóżka z mniejszego pokoju, ubrania z szafy (bez szafy). Z większego pokoju (nazywaliśmy go dużym) tylko kuferek, ten ze skarbami, chociaż skarbów już tam nie było. Myślę o kieszonkowym zegarku z dewizką Andrzeja Wasilewskiego, pierwszego męża matki. Wiem co się z nim stało, tylko nie pamiętam kiedy. Zobaczył go i co gorsze mu się spodobał, z Ciełuchowa Niemiec, też znajomy, sąsiad. Nazywał się Racław[9]. Niby chciał go kupić, ale zdaje się, że rodzice (w tym przypadku matka) podarowali mu go. A co, stać ich było na to. Racław miał wpływy w Kikole i w Ciełuchowie. Właśnie załatwił przeniesienie folksdojcza Tomaszewskiego z domu Skorupińskich gdzieś bliżej Ciełuchowa, a sam zaczął przenosić ten dom na swoje podwórze. To skandal. Nie mieli wstydu, żadnych hamulców. Czy naprawdę wierzyli w tysiącletnią rzeszę, czy żyli chwilą?

Tymczasem z naszym dobytkiem umieszczonym na małej furce, jeszcze tego samego dnia (pod wieczór) pojechaliśmy do nowego miejsca zamieszkania. Wieś była odległa kilka kilometrów i nazywała się Kołatek, chociaż pewny tego nie jestem. Przeprowadziliśmy się do małego domku Niemki o nazwisku Dykau, żony żołnierza wermachtu, który podobno zginął w Jugosławii. Krzewił tam germańską kulturę, widać nie skutecznie. Ona przeniosła się na nasze miejsce, do naszego domu. Taka sobie dobrosąsiedzka podmiana.

To dla niej wykonywany był szczegółowy spis przekazywanego inwentarza. Nam nic nie zabierano, spis nie był dla nas. Rzesza w swej łaskawości nagradzała żonę żołnierza, który zginął za wielkie Niemcy nadaniem nie swojej ziemi z dobytkiem.

Na dodatek ojciec miał pracować jako parobek na swoim gospodarstwie (to jest u Pani Dykau). Ona nie znała się na prowadzeniu gospodarstwa, a ojciec miał opinię dobrego rolnika. Rzesza potrzebowała dobrych rolników, osiągających wysokie plony. Prowadzenie wojny wymagało dużo żywności. Skrzętnie ją rejestrowano i oszczędzano. Zwierzęta, krowy cielęta i żywiec były rejestrowane, kolczykowane i po osiągnięciu odpowiedniej wagi rekwirowane, niezależnie od tego w jakim gospodarstwie było hodowane, niemieckim czy polskim. Zabijanie tucznika na własny użytek było zabronione. Jeżeli dopuścił się tego Polak, mogło mu grozić nawet wysłanie do obozu. Żywność była na kartki (punkty jak je nazywano). Nawet chleb. Całe zebrane z pola zboże było zabierane. Kartki dla Niemców i Polaków różniły się zarówno pod względem ilości przydzielanej żywności, a przede wszystkim jej jakości. W miarę upływu czasu prowadzenia wojny, ilość wydzielanych produktów malała, a ich jakość gwałtownie pogarszała się. Chyba nie można było przeżyć na tak wydzielanej porcji żywności, bo zdobywanie jej wszelkimi innymi sposobami było zadaniem wszystkich członków rodziny, nawet dzieci.

Nasza wieś zmieniła się. Oddam głoś bratu. Znał, jak się okazało, wszystkich we wsi i ich w tym czasie losy.

Powodem wysiedleń był napływ osadników niemieckich z Rumunii. To dla nich wyrzucani byli Polacy ze swoich gospodarstw. Nazywano ich Besarabami. Nikt nie znał ich nazwisk. Byli po prostu Besarabami mieszkającymi po kimś. Nowym naszym sąsiadem został Besarab po Mierzwickich. Nie znali metod uprawy ziemi w naszych warunkach. Miejscowi Niemcy rozwiązali ten problem w ten sposób, że przydzielano im parobków spośród młodzieży pozostawionych we wsi Polaków. Moja siostra Jadwiga (skończyła 16 lat i podlegała przymusowi pracy) została przydzielona Besarabom po Mierzwickich. W tym przypadku wszyscy byli z tego zadowoleni. Besarabka miała służącą, matka miała blisko, tuż za miedzą, córkę, a Jadwiga mogła ukradkiem wpadać do domu. Wyobraźcie sobie, jak mało trzeba było wtedy do szczęścia.

Polaków wysiedlano również wtedy gdy gospodarstwo przejmowali (tak się to łagodnie nazywało) miejscowi Niemcy.

W tajemnicy w godzinach rannych zajeżdżał miejscowy Niemiec do upatrzonego przez siebie gospodarstwa zawsze w towarzystwie kilku innych, a wśród nich zawsze Alberta Wycke. Rozkazywali wynieść stół i krzesła i spisywali akt nadania. Nowy właściciel otrzymywał wszystko, co sobie zażyczył. Oprócz ziemi i zabudowań, cały inwentarz i sprzęty gospodarskie. Wewnątrz domu lepsze meble, a nawet pościel. Po zakończeniu spisywania rejestru, jeden z oprawców odczytywał akt przejęcia w języku niemieckim, a właścicielom w języku polskim komunikowano co mogą zabrać i gdzie się udadzą.

Tak odbywało się przejmowanie polskich gospodarstw przez miejscowych Niemców. Przed wojną żyli przez szereg lat wydawało się w zgodzie i przyjaźni z polskimi sąsiadami. Mimo odrębności narodowej (o tym w zasadzie nie mówiło się) i religijnej (ta była częściej zauważana) wspólnie organizowali zabawy, wesela i pogrzeby. Wojna ujawniła jakby ukrytą wcześniej nienawiść i niespotykaną zajadłość z jaką się ona objawiła.

 

Wykaz i wojenne losy poszczególnych gospodarzy we wsi Grodzeń

  1.  Kiełkowski Józef ok. 15 ha – wywieziony wraz z dwoma synami do lagru. Żona z córką wysiedlona. Gospodarstwo przekazano Siedleckiemu ze wsi Janowo.
  2.  Malankowski Władysław ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi. Dzieci procowały u miejscowych Niemców.
  3.  Sztuczka Aleksander ok. 12 ha – żołnierz 39, z obozu jenieckiego wzięty do przymusowej pracy w Niemczech. Żona wysiedlona. (brak informacji o losie gospodarstwa)
  4.  Baliński Zygmunt ok. 15 ha – aresztowany zginął w lagrze. Żona z małymi dziećmi przesiedlona na sąsiednią wieś pracowała u Niemców. Gospodarstwo przejął Besarab.
  5.  Cichocki Czesław ok. 10 ha – wywieziony z całą rodziną w głąb rzeszy. Gospodarstwo przejął Besarab.
  6.  Olkowski Szczepan ok. 12 ha – pozostali na swojej ziemi.
  7.  Kiełkowski Franciszek ok. 15 ha – wywieziony w głąb rzeszy wraz z całą rodziną (pięciu synów i trzy córki).Jedna córka zmarła w Niemczech. Gospodarstwo przejął Besarab.
  8.  Rysztogi Władysław ok. 13 ha – wywieziony na Prusy Wschodnie. Powrócił, mieszkał za Lipnem u rodziny, pracował u Niemców. Gospodarstwo przejął Besarab.
  9.  Wojciechowski Stefan ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  10.  Kopczyński Tadeusz ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  11.   Kamiński Franciszek ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  12.  Redmerski Wacław ok. 6 ha – pozostał na swojej ziemi.
  13.  Pipczyński Józef ok. 12 ha – wysiedlony. (brak informacji o losie gospodarstwa)
  14.  Czerwiński Szczepan ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi. Dzieci (syn i dwie córki) pracowali u Niemców.
  15.  Wąsicki Jan ok. 26 ha – wywieziony wraz z rodziną. Powrócił i pracował u Niemca we wsi Janowo. Gospodarstwo przejął Besarab.
  16.  Borowicz Józef ok. 4 ha – wysiedlony do pracy u Niemca. Ziemia przyłączona do innego gospodarstwa. W budynkach zamieszkał stary Besarab.
  17. Brózek Jakób ok. 14 ha – wysiedlony z żoną i córką. Z trzech synów, jeden (policjant) zginął pod Lwowem, dwóch pracowało w okolicy Gdańska. Gospodarstwo przejął Celmer z Makówca.
  18. Kuropatwa Stanisław ok. 15 ha – przesiedlony do pracy u Niemca. Gospodarstwo przejął Besarab.
  19. Piotrkiewicz Bartłomiej ok. 8 ha – Przesiedlony do pracy u Niemca. Gospodarstwo przejął Besarab.
  20. Kośmider Władysław ok. 8 ha – pozostał na swojej ziemi. Czwórka dzieci (trzech synów i córka) pracowali u Niemców.
  21. Wojciechowski Zygmunt ok. 7 ha – pozostał na swojej ziemi.
  22. Wojciechowski Bolesław ok. 4 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona pozostała na swojej ziemi.
  23. Wieczyński Fabian ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  24. Wojciechowski Władysław ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  25. Jasińska Franciszka ok. 10 ha – wysiedlona. Dwóch synów, jeden żołnierz 39 w niewoli, drugi wywieziony na Prusy Wschodnie do pracy. Gospodarstwo przejął Besarab.
  26. Peplau Julian ok. 5 ha – osadnik niemiecki. Zabrał ok. 0,5 ha z ziemi Adama Jankiewicza. Były dalsze, nieudane próby wzbogacenia się.
  27. Trojanowski Zygmunt ok. ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi.
  28. Chojnicki Wincenty ok. 4 ha – z trzema synami pracował u Niemców, .zona mieszkała w Janowie. Gospodarstwo przejął Besarab
  29. Wojciechowski Antoni ok. 3 ha – pozostał na swojej ziemi.
  30. Bonowicz Zenon ok. 9 ha – pozostał na swojej ziemi.
  31. Rzymkowski Mieczysław ok. 10 ha – wywiezieni do pracy na Prusy Wschodnie. Na gospodarstwo przesiedlony Adam Jankiewicz z małoletnimi dziećmi. Dwoje dzieci (syn i córka) pracowali u Niemców.
  32.  Lewandowski Bernard ok.6 ha – przesiedlony do innego mieszkania. Ziemię przejął sąsiad, niemiecki osadnik Racław.
  33.  Kiełkowski Zygmunt ok. 10 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona z dziećmi przesiedlona do sąsiedniej wsi. Ziemia przyłączona do folwarku Ciełuchowo. Mieszkanie zajmował folksdojcz Tomaszewski.
  34.  Skorupiński Stanisław ok.3 ha – nauczyciel zginął w obozie. Żona wywieziona w inne tereny. Ziemię przyłączył do swojej Niemiec Racław, następnie rozebrał i przeniósł do siebie ich nowy dom
  35.  Mierzwicka Antonina ok. 15 ha – wywieziona wraz z dwiema córkami i ich dziećmi. Dwóch synów wywieziono na Prusy Wschodnie do pracy – jeden zginął. Gospodarstwo przejął Besrarab.
  36.  Jankiewicz Adam ok. 8 ha – wysiedlony, najpierw na sąsiednią wieś, następnie przesiedlony na gospodarstwo Rzymkowskiego. Jego gospodarstwo przejęła Dykau, Niemka z sąsiedniej wsi.
  37.  Bonowicz Józef ok. 10 ha – aresztowany zginął w lagrze. Żona z małymi dziećmi tułała się u rodziny. Gospodarstwo przejęła Niemka Dykau.
  38.  Gutmański Bolesław ok. 15 ha – przesiedlony na gospodarstwo Lorenc Andrzeja. Jego gospodarstwo przejął Besarab
  39.  Szotowicz Zygmunt ok. 2 ha pozostał na swojej ziemi. Brat zginął w lagrach.
  40.  Rogoziński Ignacy ok. 10 ha – przesiedlony do pracy we wsi Makówiec. Gospodarstwo przejął Besarab.
  41.  Fos Ludwik ok. 4 ha – wysiedlony wraz z rodziną. Gospodarstwo przejął sąsiad Niemiec Racław.
  42.  Kotarski Edmunt ok. 4 ha – pozostał na swojej ziemi, miał zawód murarza.
  43.  Grzywiński Zygmunt ok.6 ha – pozostał na swojej ziemi.
  44.  Lewandowski Marian ok. 1 ha – pozostał na swojej ziemi.
  45.  Czerwiński Antoni ok.10 ha – przesiedlony do pracy na wsi Janowo. Gospodarstwo przejął Besarab.
  46.  Kiełkowski Zygmunt ok. 10 ha – pozostał na swojej ziemi.
  47.  Chiliński Czasław ok. 12 ha – przesiedlony do pracy u Niemców na dalszą wieś. Gospodarstwo przejął Besarab.
  48.  Pipczyński Ignacy ok. 7 ha – pozostał na swojej ziemi.
  49. Kopczyński Ignacy ok. 2 ha – wywieziony do pracy w głąb rzeszy. Żona pozostała na swojej ziemi.
  50.  Makowski Ignacy ok.1 ha – żołnierz 39 w niewoli. Żona pozostała na swojej ziemi.
  51.  Kuropatwa Antoni ok. 27 ha – Liczna rodzina – ojciec pracował we wsi Lubówiec, jeden z synów był aresztowany i przebywał w lagrze, trzech wywieziono do pracy w Prusach Wschodnich. Matka z dwiema córkami także pracowała w Prusach, Brak w notatkach brata o losach ich gospodarstwa. Prawie jest pewne, że zajął je Besarab.

Z przedstawionego zestawienia wyłania się dość ponury obraz. Prawie ¾ polskich rodzin zostało wyrzuconych ze swoich warsztatów pracy – gospodarstw rolnych. Zabrane zostały prawie wszystkie gospodarstwa większe, o areale rzędu 10 ha, a zdecydowanie te o bardziej okazałych domostwach. Znaczącą część oddano osadnikom. Tym „Besarabom”, jak ich nazywaliśmy. Brat wymienia ich 16. W przypadku dwóch polskich właścicieli, albo zapomniał napisać, co stało się z ich gospodarstwami, albo nie wiedział. Gdyby przyjąć, że tam również umieszczono przesiedleńców z Rumunii, dało by to ilościowo przeszło 35 % przekazanych domostw. Obszarowo procent ten wzrasta do wartości ponad 50%. Resztę zabierali miejscowi Niemcy. Albo przyłączali do swoich posiadłości ziemię sąsiadujących z nimi rodzin polskich (np. Racław), albo przenosili się do upatrzonych jednego lub więcej gospodarstw polskich (np. Dykau). Pozostali na swojej ziemi Polacy z reguły mieli gospodarstwa nie duże, lub w bardzo złym stanie budynki. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, całkowite oczyszczenie tych ziem z Polaków, było tylko kwestią czasu.

Polak traktowany był jak rzecz. Można go było dowolnie przemieszczać z miejsca na miejsce, kompletnie nie biorąc pod uwagę jego interesów. Takie pojęcie jak interes, w stosunku do Polaków nie istniał. Ludzi wykształconych, natychmiast w pierwszych miesiącach okupacji wymordowano, pozostałych zaczęto zamieniać w „zwierzęta robocze” przeznaczone do najprostszych, najcięższych prac fizycznych. W szczególności dotyczyło to młodzieży. Dorastający, (chłopcy w wieku 14 lat, a dziewczęta w wieku 16 lat) podlegali przymusowi pracy. Nawet jeżeli Polak rolnik miał swój kawałek ziemi, jego dzieci zabierane były do pracy u niemieckich bauerów. Każdy z nich miał po kilku służących i oczywiście byli to wyłącznie Polacy. Tak kształtował się system, w którym mieliśmy z góry ustalone miejsce. Tysiąc letnia rzesza nam to gwarantowała. Moje starsze rodzeństwo: siostra Jadwiga (1924) i brat Janek (1925) pod ten rygor już podlegali. Obydwoje poszli do pracy, mimo że jeszcze rodzice mieli w tym czasie swoje gospodarstwo. Pisałem już, że Jadwiga została skierowana do pracy po sąsiedzku, u Besaraba po Mierzwickich, a brat…. (niech lepiej sam później o tym opowie)[10].

Często zastanawiałem się, czym kierowali się nasi niemieccy osadnicy, decydując się, dając się ukierunkować na taki sposób odnoszenia się do swoich polskich sąsiadów. Nie ma wątpliwości, że kierowała nimi chciwość. Była to szansa na błyskawiczne wzbogacenie się. To jednak nie mogło być wszystko. Musieli wierzyć w zwycięstwo Niemiec. Propaganda wiele może, a Gebels był bardzo skuteczny. Nie wszyscy, jednak większość tej propagandzie ulegała. Ulegała większość, ale później płacili wszyscy, także ci z Niemców, którzy wtedy zachowywali się jak ludzie. Czuję się w obowiązku o tym napisać, bo byłem tego świadkiem, więcej uczestnikiem.

Gospodarstwa niemieckie przeważnie różniły się od polskich zamożnością. Stwierdzam to ze smutkiem, ale w porównaniu z większością polskich zagród chłopskich, zgodnie z prawdą. Posiadłość następczyni na naszym gospodarstwie, pani Dykau, chociaż Niemki, zdecydowanie odbiegała od tej reguły. Stwierdziłem to, gdy przesiedlono nas do jej domu. Jak sięgam wstecz pamięcią, to mam wrażenie, że ten domek był jakby prowizoryczny. Jedno utkwiło mi w pamięci, że jedna ze ścian wewnętrznych miała u góry szczelinę i ojciec ją czymś podpierał, gdyż zachodziła obawa, że się może przewrócić. Poza tym domkiem chyba nic więcej nie było. Jeżeli było, to niewiele, bo nie pamiętam. Następny dzień, po wysiedleniu nie był wesoły. Ojciec w nocy wyszedł do pracy, matka siedziała z Grażyną na ręku i jak zwykle płakała. Wyszedłem zapoznać się z otoczeniem, chociaż nie było za bardzo z czym. Po drugiej stronie od wjazdu na podwórze rosły wysokie pokrzywy i nie dawało się wejść. Wtedy wszedł na podwórze wysoki, szpakowaty mężczyzna i zapytał czyj jestem. Należało się na takie zapytanie przedstawić. Grzecznie odpowiedziałem, że Jankiewiczów.

To was tu wczoraj przywieźli? W odpowiedzi kiwnąłem potakująco głową.

Chodź ze mną, usłyszałem.

Poszedłem, raczej za nim niż z nim. Uszliśmy niedaleko. Poniżej, po drugiej stronie drogi stał duży dom z czerwonej cegły i rozliczne zabudowania gospodarcze. Tam weszliśmy, a mój przewodnik dał jakieś polecenie wywołanej dziewczynie, która wkrótce przyniosła dość dużą, o przeszło litrowej pojemności „kankę” z mlekiem. Pewno będę musiał się potrudzić, by wyjaśnić cóż to takiego „kanka”. To takie emaliowane naczynie metalowe, u góry nieco zwężone z przykrywką i zaopatrzone w zrobiony z drutu uchwyt do noszenia. Kanka przeważnie wykorzystywana była właśnie do przenoszenia niewielkich ilości mleka.

Daj to matce, a jutro, o tej samej co teraz porze, przyjdź to dostaniesz znów mleko.

Codziennie biegłem z pagórka, na którym stała zamieszkiwana przez nas chatka do czerwonego domu, a z powrotem dźwigałem kankę z mlekiem. Grażyna miała co jeść, a ja też lubiłem pić mleko. Zostało mi to do dziś. Trafiłem raz, jak piekli chleb. Dostałem dużą „pajdę” posmarowaną masłem, jeszcze ciepłego, świeżego chleba. Powiedziałem, że zjem po drodze, ale faktycznie chciałem zjeść popijając mlekiem. Rozpusta.

Wkrótce przenieśli nas znów do Grodzenia i przestałem biegać po mleko do pana Wycke. Nie przesłyszeliście się (raczej dobrze przeczytaliście). Ofiarodawcą mleka był Niemcem i nazywał się Wycke. O tym nazwisku mieszkało w naszej okolicy wielu. W Makówcu Janek pracował także u Jakuba Wycke. Taka bardzo szeroko rozgałęziona rodzina, chociaż do pana Wycke od mleka, nikt z Niemców się nie przyznawał. Uważali go co najmniej za dziwaka, a raczej za niespełna rozumu. Podobno nie pozwolił córkom (miał dwie) powiesić w domu portretu Hitlera, usiłował pierwszy zdejmować czapkę i kłaniać się napotkanym Polakom, a przejeżdżając obok kościółka, schodził z roweru i zdejmował czapkę (sam to widziałem). Przyznajcie, było to wysoce nienormalne. Nie mógł zasługiwać na szacunek współbraci. Istnieje takie powiedzenie, że wyjątek potwierdza regułę. Regułą był ten krwiożerczy stosunek niemieckich osadników do nas. To dlatego uważali naszego Wycke – za głupka. Z drugiej strony ile odwagi trzeba mieć, by po prostu być człowiekiem. By to ocenić należało to przeżyć. Nasz Wycke odwagę bycia człowiekiem miał i zapłacił za to wysoką cenę. Dokończmy zatem tą, z każdej strony, ponurą opowieść.

Mój brat twierdzi, że ten „sądny dzień” nastąpił 17 stycznia 1945 roku. Sprawna do bólu niemiecka organizacja wyznaczyła ten dzień na dzień ucieczki Niemców z okolic Grodzenia w kierunku Berlina. Napisałem w kierunku Berlina, a nie w kierunku rzeszy, gdyż uważali oni, że rzesza jest tu. Opowiadali ludzie o przedziwnych zachowaniach niektórych uciekinierów. Podobno żona Racława biegała wokół i obejmowała nowo pobudowany dom głośno szlochając. Rzeczywiście z takim trudem go zdobyli. Było czego żałować. Przypominam, że dom przenieśli z innego miejsca, gdzie pobudował go nauczyciel Stanisław Skorupiński. Opamiętanie przychodziło zdecydowanie za późno.

Doprowadziłem opowieść do tego momentu ze względu na naszego, wspomnianego wcześniej, Wycke. On nie uciekł. Widocznie uważał, że nie ma czego się bać. Niesłusznie. Po przejściu frontu, pamiętam często wpadających żołnierzy (nie zawsze trzeźwych), zapamiętale szukających germańców wszędzie. Także w szafach i szufladach. Taki głupek, jak nasz Wycke, mógł nie wypierać się, że jest germańcem. Sądzę, że mógł nie mieć wtedy lekko. W końcu dotarła do nas wiadomość, że został osadzony w więzieniu w Lipnie przez nowe polskie władze. Może pociechą mu była liczna delegacja polskich mieszkańców okolicznych miejscowości na rozprawie. Zeznawali zgodnie z prawdą o jego nienagannym zachowaniu. Ojciec na tą rozprawę jeździł również. Wycke został zwolniony. Niezależnie od tego, w rezultacie końcowym przegrał. Odpowiadał za winy popełnione, wbrew jego przekonaniom, przez innych. Zmarł. Jego gospodarstwo zostało mu zabrane, a córki w ramach repatriacji wyjechały do Niemiec. Zdaje się obowiązywało takie prawo. Gospodarstwa będące własnością byłych niemieckich osadników, po wojnie (może w ramach rewanżu) były zabierane. Przydzielane były Polakom. U nas przeważnie miejscowym. Chętnych było dużo. Mieliśmy wiele rodzin bez ziemi. Na zachodzie pojawili się dodatkowo repatrianci ze wschodu. Taka nie zamierzona wędrówka ludów.

Przedwojenni osadnicy niemieccy z naszej okolicy w większości przypadków porzucili swoje posiadłości. Nabroili i zwiali. Jak już wiemy nie wszyscy. Znam inny przypadek, gdy były osadnik pragnął nadal mieszkać w Polsce. Nazywał się Zemrau (imienia niestety nie pamiętam). Przed wojną mieszkał nieopodal w Makówcu. Bardzo wcześnie został zmobilizowany i wcielony do wermachtu. Wrócił. Jego żona i dzieci czekali na niego na miejscu, mimo że gospodarstwo zostało im zabrane. Po powrocie chciał je odzyskać. Dążył do tego z dużą determinacją i uporem. Skąd to wiem? Żona pana Zemrau była córką Jakuba Wycke, u którego Janek przez całą wojnę był parobkiem i panią Zemrau znał. Po jego powrocie z niewoli zamieszkali w starej naszej chałupie. My postawiliśmy nowy dom w 1947 – 1948 roku jak jeszcze ojciec żył. Mieszkali stosunkowo długo. Na pewno byli w Polsce jeszcze w 1955 roku. Cały czas starał się odzyskać swoją byłą posiadłość w Makówcu. Bezskutecznie. W końcu zrezygnował i wyjechali do Niemiec. Myślę, że nie przybył tam wtedy nowy przyjaciel naszego kraju.

Moje okupacyjne losy

Mogą się państwo zdziwić tytułem tej części wspomnień. Przecież od już od dłuższego czasu piszę o okupacji. Dotychczasowe wspomnienia miały jednak bardziej ogólny charakter i często korzystałem z notatek brata. Teraz chcę opisać bardziej moje osobiste odczucia związane z tym strasznym okresem mojego życia.

Podobno byłem dzieckiem chorowitym. „Przesranym” jak fachowo wyrażał się mój brat. Z tej nazwy nie byłem zbyt zadowolony, ale nie miałem o to pretensji.

Okupacja takich chorowitych „przesrańców” zmusiła do decyzji: w prawo albo w lewo. Widocznie zdecydowałem się zacząć normalnie żyć, bo pamiętam się z tego okresu biegającego boso po rżysku, łące czy niezbyt wysokiej koniczynie (pamiętam ze względu na żądlące pszczoły) w każdą pogodę, deszcz czy słońce. Tak bywało w dni pogodne wiosną, latem i jesienią. Zimą wykradaliśmy się poślizgać na zamarzniętej sadzawce.

Zjeżdżając wieczorem z pola, ojciec czasem pozwalał wsiąść na konia i przyjechać do domu. Tylko czasem, gdy konie nie były zbytnio zmęczone. Zwierzęta w chłopskich zagrodach mają swoje prawa. Wiele czynności dzieci wykonywały razem: zrywaliśmy owoce, przemieszczaliśmy krowy na pastwisku, przyprowadzaliśmy krowy z pastwiska do szopy i inne. To wszystko co piszę wygląda trochę na beztroską zabawę. To nie do końca prawda. Na wsi dzieci miały swoje obowiązki, pomagały rodzicom. Takie było nasze życie. Taka była nasza praca.

Najważniejsze, to mieć co zjeść

Okupacja dodatkowo zmieniła tok naszego życia. Przybyło obowiązków. Rodzeństwo starsze poszło do przymusowej pracy u Niemców. Zabieranie Polakom ziemi, terror, nakazy i zakazy władz okupacyjnych skutkowały w krótkim czasie przede wszystkim brakiem żywności. Wprowadzone kartki żywnościowe dla Polaków umożliwiały zakup niewielkiej ilości artykułów spożywczych, ale głównie bardzo złej jakości. Zdobywanie pożywienia stało się podstawowym celem większości w tym i naszej rodziny. Uczestniczyli w tym wszyscy. Ja również. Do szkoły, jak wiadomo, nie poszedłem. Szkoły dla polskich dzieci nie było. Nas wiejskich dzieci okupant, jak na razie, uczenia czegokolwiek nie przewidywał. Przedwojenna szkoła w Grodzeniu została zamknięta, a nauczyciel, jak już wielokrotnie wspominałem, wywieziony został do obozu koncentracyjnego i zamordowany.

Miałem dużo czasu do zagospodarowania. Zagospodarowywała go głównie matka. Polecenia padały często. W okolicy były łąki oraz porośnięte trawą i innymi roślinami rowy. Dostawałem woreczek i zadanie zbierania szczawiu na zupę. Lubiłem szczawiową zupę. Dobra była też botwinka, zupa z młodych liści czerwonych buraków. Nie znosiłem zupy z dyni i brukwi. Takie też były przez matkę gotowane i trzeba było zjadać. Matka nie znosiła kręcenia nosem. Kręcić nosem można było, ale najpierw zjeść. Do zup jeszcze powrócę. To jednak niewielki dodatek do tego co człowiek powinien zjadać. Przeważnie mieliśmy krowę lub kozy, albo obydwa te zwierzęta razem. Było więc mleko. Krótki okres, gdy wysiedlono nas do domu po pani Dykau, nie mieliśmy krowy. Pisałem już o tym, jak wspomógł nas dostarczając mleko jej sąsiad, Niemiec Wycke. Lubiłem pić mleko. Lubię do dziś, choć teraz już nie bardzo mogę. Chleb posmarowany margaryną, posypany cukrem i popijany mlekiem był dodatkiem po śniadaniu. Chleb z masłem, to już rarytas. Na śniadanie zawsze były zacierki. Nie bardzo je lubiłem. Może ze względu na jakość mąki. Była ciemna i zrobiona z żyta. Dziś przekonują nas, że była zdrowa. Niezdrowej, pszennej i białej mąki wtedy mało jedliśmy. Zacierki powszechnie były gotowane na wsi i to nie tylko w czasie okupacji. Także przed wojną i chyba teraz też. Kiedyś dość niespodziewanie wpadliśmy do mieszkającego w Grodzeniu mojego bratanka Mariusza Wasilewskiego. Jego żona Marysia tłumacząc się, że nie ma czym nas przyjąć wyznała, że ma tylko zacierki z kapustą kiszoną. Zjadłem tego całą „furę” i wyznam, że dawno nic mi tak nie smakowało. Chyba w czasie okupacji zacierki nie były tak smaczne. Może z powodu tej zdrowej mąki. Myślę jednak, że jeszcze jeden składnik należało uwzględnić. W zacierkach Marysi było dużo drobno pokrojonego i usmażonego boczku. Tego składnika pewno nie było w okupacyjnych zacierkach. Tłuszcz i mięso, tego okupant skrzętnie pilnował i tego głównie wszystkim brakowało. Zwierzęta rzeźne (świnie i cielęta) można było hodować, lecz nie wolno było zabić na własny użytek. Były one kolczykowane, ewidencjonowane i musiały być odstawiane władzom okupacyjnym. Zabicie świniaka przez polskiego rolnika karane było śmiercią. Ale jeść trzeba. Była powszechnie stosowana metoda „przechodniego kolczyka”. Gdy tylko udawało się zdobyć małego prosiaka, jego większy nieco kolega był „mordowany” i lądował w garnku, a jego kolczyk ozdabiał ucho zdobyczy. Nikłe postępy w tak prowadzonej „hodowli” tłumaczone były brakiem żywności dla zwierząt. Te by rosnąć też muszą przecież jeść. Zabieg nie mógł być stosowany zbyt często, bo po pierwsze coś należało oddać, a po drugie także jeść te cudeńka należało niejawnie. Dzieciaki pełniły warty, gdy mięso było przygotowywane do przechowania w specjalnie zrobionych schowkach ziemnych. Wartownik musiał patrzeć wokół czy ktoś nie nadchodzi z niespodziewaną wizytą i w takim razie szybko informować matkę. Ta błyskawicznie zamieniała na kuchni garnki. Z mięsem lądował w podręcznej (pod kuchenną podłogą) piwnicy, a na kuchni pojawiał się np. garnek z obierkami dla świń i ptactwa. Pamiętam taką wizytę sąsiadki, której matka nie w pełni ufała. Ta widząc na kuchni gar z parującą się strawą dla zwierząt, stwierdziła z przekąsem, że czasem też robi taką karmę, ale tak ładnie nie pachnie. Właśnie, donos o nielegalnym uboju, szczególnie dokonany przez Niemca, mógł dla Polaka zakończyć się tragicznie. Dlatego Polacy starali się nie wchodzić w konflikty z niemieckimi sąsiadami. Przybierało to czasami karykaturalną postać. O tym jak ojciec „podarował” naszemu sąsiadowi Julkowi Peplau mórg ziemi już pisałem. Innym razem dość odległy, ale bardzo wpływowy nasz sąsiad Racław zobaczył i wyraził chęć kupna kieszonkowego zegarka, który przywiózł z sobą z Ameryki pierwszy mąż mojej matki Andrzej Wasilewski i dostał go w prezencie. Zegarek był z żółtego metalu, ale pewnie nie złoty. To tombak z przekąsem mówił ojciec chcąc pewno „dopiec” matce. Sam z Francji podobno przyjechał z motocyklem, który jednak szybko się zepsuł i został sprzedany. Nie wiem czy zegarek był sprawny to znaczy czy „chodził” bo należał do skarbów i był zamknięty przed szkodnikami takimi jak my. Miał jednak dewizkę w takim samym kolorze i mógł się Racławowi spodobać. Pewno należał do najcenniejszych przedmiotów w naszym domu, ale został podarowany. Czego się wtedy nie robiło, by ratować „skórę”. Z zegarkiem wtedy i tak nikt by nie paradował, bo gdzie? Polacy starali się jak najmniej pokazywać publicznie, bo zawsze mogli spotkać Niemca któremu nie dość uniżenie powiedzieli „moin” i mogli być przykładnie ukarani. Nie wierzycie? Piszę to jak najbardziej poważnie, bo tak wyglądało wtedy nasze życie.

Powrócę do spraw wyżywienia. Poza prześladowaniami, to była najważniejsza kwestia. Szczęśliwie okupanci nie kolczykowali i zmuszali do odstaw ptactwa, kur i kaczek. Jeżeli udało się wyhodować kilka kur były jajka. Preferowane były jednak kaczki. Takie polskie kaczki, nie pekinki, które teraz kupujemy, bo są chudsze. Wtedy chodziło o to by były jak najtłuściejsze. Z kaczki gotowana była czarnina. Rosół zaprawiony krwią zmieszaną z octem. Ocet powodował, że krew była płynna, nie ścinała się. W czarninie gotowane były, jak to w rosole bywa oprócz mięsa i warzyw, mnóstwo owoców głownie jabłka i śliwki. Nadmiar tłuszczu był przez matkę skrzętnie zbierany do słoiczka i zagospodarowywany w terminie późniejszym. Czarninę jedliśmy z kluskami kartoflanymi. Ciasto na kartoflane kluski było podobne do ciasta na pyzy. Kartofle były tarte (na tarce) i z odpowiednią domieszką mąki, małymi porcjami wrzucane do gotującej się wody. Technologia niezwykle prosta, a przede wszystkim tania. Tylko ziemniaki i mąka. Wtedy te kluchy były ciemne i kosmate (tak mówiliśmy) z powodu tej zdrowej, ciemnej mąki żytniej.

Na ile ta technologia jest prosta, przekonać się mogłem osobiście. Moja córka i wnuki zażyczyły sobie kiedyś niedzielny obiad w postaci takich kluseczek okraszonych skwarkami z boczku z kiszoną kapustą. To jeden z wiejskich przysmaków. Co prawda nie owoce morza, ale zawsze. Cóż to dla mnie, pomyślałem i postanowiłem marzenia mojej rodziny spełnić. Tarkę w swoim gospodarstwie mam, kilka ziemniaków kupiłem i do dzieła. Na razie wszystko szło doskonale. Ziemniaki udało mi się zetrzeć bez wyraźnych ubytków palców. Schody zaczęły się przy dosypywaniu mąki. Mimo, że poświęciłem i wbiłem do mieszaniny jedno jajko (na wszelki wypadek), kluski po włożeniu do gotującej się wody nie chciały się formować, a rozpływały się. Po wielokrotnych poprawkach i udoskonaleniach ciasta, udało mi się w końcu ugotować taką kleistą masę, która ani trochę nie przypominał zgrabnych kluseczek mojej matki, ani tych które sam wkładałem do garnka z masy przygotowanej przez moją żonę. Jakoś więcej nie jestem nagabywany przez moich bliskich o przygotowanie kartoflanych kluseczek. Szkoda.

Powracając do okupacyjnych czasów, to czarnina gotowana była w niedziele. Nie w każdą. Nie było tyle kaczek. Może co drugą, jak przychodzili do domu pracujący u Niemców brat i siostra. Każdy dostawał solidny talerz kluch kartoflanych z czarniną. Matka osobiście do każdego talerza wlewała łyżką odrobinę zebranego wcześniej tłuszczu, by na czarninie pływały „oczka”. To było podstawowe danie, którego smak do dziś pamiętam. Mięso było co najwyżej na posmakowanie. Jakby nie dzielić tego ptaszka na osiem części (tyle nas było przy stole), chociaż nic nie mogło się zmarnować, porcje nie były zbyt duże. Nie mogę pozbyć się z pamięci obrazu matki objadającej łebek od kaczki. Ja z reguły dostawałem „okręconkę”. Spieszę pilnie wyjaśnić cóż to było takiego. To specyficznie spreparowane danie złożone z kaczej łapki, między palce której włożone było pół żołądka, a całość okręcona polową, przeciętych i dokładnie wymytych kaczych flaków. Jak z powyższego wynika z kaczki powstawały takie dwie porcje; dwie „okręconki”. Mówiłem, że z gotowanej u nas kaczki na obiad nic się nie marnowało.

Jedno z dwojga. Czarninę powinienem do końca życie znienawidzić lub pokochać. A wam jak się wydaje? Ja pokochałem. Do dziś poluję po różnych restauracjach, w których podają czarninę.

Ta miłość jest nawet trochę dziwna, bowiem do moich obowiązków należało przynoszenie dla kaczek zielska. Szczególnie pokrzyw. Dla nich to jakby witaminy. Nie było by to szczególnie trudne gdyby pokrzywy nie miały naturalnej obrony w postaci parzących właściwości. Pewno nie lubią by je zjadać lub zrywać. Kontakt z pokrzywami skutkował zaczerwienieniem skóry i wystąpieniem piekielni piekących i swędzących białawych plamek (niby bąbli). Okazuje się jednak, że organizm przyzwyczaja się do wszelkich toksyn. Nauczyłem się takiego sposobu zrywania pokrzyw, że uchodziła mi ta praca bezboleśnie. Nie tylko to. Żądlenie pszczół także przestało być nie do zniesienia. To może dlatego na często zadawane mi pytanie czy i na co jestem uczulony śmiało odpowiadam, że na nic. Gorzej wyglądała podaż pokrzyw. To dziwne, ale gdy człowiek nie potrzebuje takich nie chcianych roślin – rosnę wszędzie. Gdy tylko zaczniesz je zrywać i zbierać wkrótce zaczyna ich brakować. Tak było z moimi pokrzywami. Zrazu musiałem chodzić po nie coraz dalej, a w końcu kaczki zaczęły głodować. Na szczęście lubiły także inne rośliny w tym powszechnie występujący mlecz. Ten nie parzył przy zrywaniu, a jedynie jego mleczko zostawiało na skórze trudno usuwalne, ciemne plamy. To już żaden problem. Do zbyt czystych dzieciaków nie należałem.

To nie były bezpieczne czasy

Czas zakończyć tą „żarciową” epopeję. Nie znaczy by przestała być ważna. Była i to bardzo i przez cały nie tylko okupacyjny czas. Później bieda i niedojadanie było również. Jadło się co było i musiało smakować. Nie było wtedy dzieci grymaszących przy jedzeniu.

Zakończę, bo były inne problemy, które swoją wyrazistością, a nawet tragicznymi skutkami wryły się na tyle skutecznie w moją pamięć, że tkwią w niej do dziś. Mam tu przede wszystkim na myśli fakty prześladowania Polaków. Były te zasadnicze, niepewność dnia następnego, wysiedlenia, aresztowania i więzienia. Te przeżywałem razem ze wszystkimi i o niektórych już pisałem. Były również te drobne wpisywane w nasze powszednie życie, które zdarzały codziennie, chociażby konieczność ustępowania Niemcom z drogi i kłanianie się z sakramentalnym powiedzeniem „moin” włącznie. Wśród nich bywały zdarzenia bardziej znamienne i tragiczne. Te, które zapamiętałem mam zamiar tu przypomnieć.

W zapiskach Janka znajduje się fragment, że niejaki Gabryszewski z Kikoła nie zatrzymał się do wylegitymowania, zaczął uciekać i został zastrzelony. Janek znał sam fakt i pamiętał nazwisko zastrzelonego. Ja to widziałem. Widziałem sam fakt jego zastrzelenia. Nie wiem gdzie próbowano go zatrzymać, jak daleko i którędy (jaką drogą) uciekał. Z Kikoła do Grodzenia jest około trzy kilometry. Poniżej przedstawiam obraz satelitarny tego wycinka mapy. Będę się do niego jeszcze później odwoływał.

W lewym dolnym rogu tej niby mapy położony jest Kikół. Na prawym skraju leży Grodzeń, a u góry Ciełuchowo. W miarę dobrze widoczne są drogi pomiędzy tymi miejscowościami. Nasza posesja znajduje się tuż nieco powyżej litery „n” w nazwie Grodzeń i jest zaznaczona. To tu blisko naszego podwórka dobiegł uciekinier i uciekał dalej w kierunku północno – wschodnim. Biegło za nim dwóch żandarmów i strzelali. Może właśnie odgłosy strzałów spowodowały, że wybiegłem z domu zobaczyć co się dzieje. Pamiętam jedynie sylwetkę uciekiniera. Jakoś skrzywiona, z zwisającą ręką chyba we krwi. Biegł w kierunku stodoły Mierzwickich. Nadbiegający żandarm coś krzyczał do mnie, ale nie rozumiałem i stałem jak zamurowany. Niemiecki żandarm oparł karabin o róg naszej stodoły i strzelał. Uciekinier został trafiony w trakcie przeskakiwania przez rów obok stodoły sąsiada i na skraj tego rowu upadł. Wtedy uciekłem do domu. Dziś mam ten obraz wyraźnie przed oczyma. Jednak później matce nie potrafiłem tego zdarzenia opowiedzieć.

16. Obraz satelitarny wycinka terenu pomiędzy Kikołem, Grodzeniem i Ciełuchowem.

Niemcy fakt ukaranej niesubordynacji Gabryszewskiego wykorzystali propagandowo. Nieopodal wyłożyli jego zwłok na widok publiczny, a okolicznych mieszkańców zmuszali do przyjścia i zobaczenia, co może ich także czekać. Matka poszła, z własnej jak twierdziła woli, aby się za niego pomodlić.

Proszę rzucić okiem na załączoną mapkę. Równina i pola uprawne. Uciekając po nich Gabryszewski nie miał szans na zachowanie życia. Dobiegł daleko, do zabudowań w Grodzeniu chyba tylko dlatego, że żandarmi niezbyt celnie strzelali. Decydując się na ucieczkę musiał zginąć. Sądzę, że o tym wiedział. W każdym razie powinien wiedzieć. Do miejsc zalesionych, dających możliwość jakiegokolwiek schronienia się miał jeszcze tak daleko.

Mapka przedstawiona na fot. 16. jest przeze mnie dodatkowo uzupełniona, wzbogacona. Linią przerywaną o kolorze białym podałem przybliżony przebieg ścieżki, która zbudowana została zaraz na początku okupacyjnego okresu. Młody pan dziedzic Ciełuchowa (może syn Gdańszczanina, który zarządzał tym folwarkiem) jeździł na motocyklu. Nisko położone drogi w okolicy „kapuśnika” przez większą cześć roku były trudno przejezdne. Błoto, kałuże, brak ścieżek obok drogi, zdecydowanie utrudniały poruszanie się po nich tym środkiem lokomocji. Podobno dla niego została wyznaczona i wybudowana ta ścieżka. Ścieżka była stosunkowo szeroka (miała przeszło metr szerokości) usytuowana na nieco wyżej położonych, piaszczystych gruntach. Zapewniała łatwy dojazd do Kikoła, a stamtąd już szosami gdziekolwiek dalej; do Lipna czy nawet do Torunia. Szybko została zaakceptowana przez większość mieszkańców. Także Polaków, chociaż początkowo traktowana była jako: „nur für Deutsche”. Zachowała się jeszcze długo po wojnie. Teraz już jej nie ma. Zniknęło błoto, wybudowane zostały szosy. Przestała być potrzebna. Ja nią często wędrowałem. W czasie okupacji i później. Z tą ścieżką mam osobiste wspomnienia, którymi chcę się podzielić. Ośmiolatki, jak to w katolickich rodzinach się praktykowało, chodzili do kościoła na naukę i przystępowali do pierwszej spowiedzi i komunii świętej. Dla mnie ten obowiązek przypadł na lata okupacji. Chodziłem na te nauki do księdza Szmidta do Kikoła chyba w 1941r. Mieszkająca z nami Halina, córka zmarłej siostry mego ojca, mimo, że była aż trzy lata ode mnie starsza, chodziła razem ze mną. Nic dziwnego, że chodziliśmy ścieżką. Gdy jechał motocyklem pan dziedzic, słychać było z daleka. Trzeba było zejść ze ścieżki możliwie daleko by nie przeszkadzać i przeczekać. Podróże nasze z reguły przebiegały spokojnie, bez przeszkód. Pewnego jednak razu przeżyliśmy przygodę, którą zapamiętałem i zapewne będę pamiętał do końca życia. Szliśmy tą ścieżką z Haliną do Kikoła, do kościoła na naukę.

Była piękna, słoneczna pogoda, a my znajdowaliśmy się w okolicy domu pana Lorenca. Przy ścieżce rosły tam wierzby, a ścieżka dość ostro skręcała w lewo, tak że jej dalszy bieg nie był dobrze widoczny[11]. Wtedy wyprzedził nas człowiek na rowerze. Był to, jak się później okazało, Polak. Za zakrętem spotkał jadącego naprzeciw też na rowerze młodego w mundurze niemieckiego żołnierza. Wiadomo co powinien zrobić. Powinien ustąpić miejsca, zdjąć czapkę i powiedzieć „moin”. Niestety nie zdążył. Wyminęli się bez pozdrowienia, co oczywiście nie spodobało się „panu świata”. Padło sakramentalne „halt” i delikwent został wezwany do stawienia się przed oblicze obrażonego. My widząc co się dzieje schowaliśmy się w rowie pod tą wierzbą i patrzyliśmy. Dziś jeszcze widzę twarz tego człowieka. Był nie ogolony; miał taki zwyczajny dwu, trzy dniowy zarost. Czapkę trzymał w ręku. Jaśniejszy, nie opalony pasek skóry przed włosami odcinał się wyraźnie od ogorzałej twarzy. Koszulę miał w jasnym niebieskim kolorze zapiętą pod szyją. Miała ona taki kołnierzyk z bardzo wydłużonymi końcami. Wszystko było sfatygowane i chyba niezbyt czyste. Końce kołnierzyka były lekko podwinięte do góry. Pamiętam to, bowiem wkrótce na końce tego kołnierzyka zaczęła kapać krew, która ciekła mu z nosa i ust. Był systematycznie bity po twarzy jakimś przedmiotem, który żołnierz trzymał w ręku. Może to był pistolet, ale nie wiem. Nie zapamiętałem. Może nie dokładnie widziałem. Żołnierz był do mnie odwrócony plecami, a mój wzrok skupiony na tej bitej raz po raz twarzy. Stał nieporuszony z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma. Żołnierz coś do niego krzyczał, ale nie wiem co. Coś mu rozkazał. Właściciel zakrwawionego kołnierzyka włożył czapkę, później przechodził kilka razy, zdejmował ją i kłaniając się wymawiał owo „moin”. W końcu żołnierz poczuł się widocznie usatysfakcjonowany. Odwrócił się do nas, wsiadł na rower i zaczął jechać. Był raczej bardzo młody, miał taki szczenięcy wygląd. A my. Halina trzymała, ściskając mnie za rękę; razem staliśmy w rowie za tą wierzbą. Być może żołnierz wcale nas wcześniej nie widział. Jednak nadjechał, a my z tego rowy zgodnie, razem, głośno powiedzieliśmy: „moin”. Dziś na to wspomnienie, nie wiem dlaczego, pali mnie twarz.

Pierwsza komunia dzieciaków w naszej wiosce była uroczyście świętowana. Teraz w szczególności. Odświętne stroje dla pociech, gościna i huczne przyjęcie, a w szczególności możliwie bogate dla przystępujących podarunki. Nasze, Haliny i moja pierwsza komunia też była w naszej rodzinie świętowana. Na tyle, na ile to było możliwe. Msza, w czasie której przyjęliśmy komunię, odbyła się w Grodzeniu. Grodzeński kościół był wtedy największy. Kościół w Kikole, jak już wiemy, był zamknięty. Rozlokowano w nim magazyn mebli. W domu był uroczysty obiad, na którym byli w komplecie wszyscy członkowie rodziny; Janek i Jadwiga też. Na obiad, jak się na pewno domyślacie, była czarnina z kaczki i pewno może jeszcze coś więcej, ale tego już nie pamiętam.

Kikół to najbliżej naszej wsi położona osada o pięknym, poniżej pokazanym, herbie i równie pięknej historii. Kiedyś był grodziskiem i kasztelanią, a w 1745 uzyskał nawet prawa miejskie. Utracił je w latach 1869-1870, jak wiele innych wtedy miast polskich, z powodu udziału w powstaniu styczniowym. W ten sposób został ukarany przez władze carskie, a praw miejskich niestety już, jak dotąd, nie odzyskał.

Historia Kikoła sięga XIII w. Jednym ze znanych historycznie właścicieli Kikoła był w XVII w. Jan Stachurski herbu Ostoja, jednak rozbudowę urbanistyczną Kikół zawdzięcza rodzinie Zboińskich. Widać to nawet z podobieństwa herbu osady Kikół i herbu rodu Zboińskich – Ogończyk. Szeroko rozgałęziona na Ziemi Dobrzyńskiej rodzina Zboińskich[12] weszła w posiadanie Kikoła około 1695 r. Najznakomitszy jej przedstawiciel hrabia Ignacy Antoni – Wojewoda Płocki – wybudował w 1790 r. istniejący do dziś (nie oryginał) klasycystyczny pałac będący przez wiele lat siedzibą rodu.

 

17. Podobieństwo herbów osady Kikół i rodowego herbu Zboińskich.

Przy tej okazji pozwolę sobie na dość obszerną dygresję. Otóż wszelkie dostępne obecnie źródła donoszą, że pałac w Kikole został zniszczony w czasie wojny. Był przejęty przez skarb państwa w 1945 r. i odbudowany dopiero w latach sześćdziesiątych.

Jako naoczny świadek pragnę sprostować te doniesienia. Prawdziwa może być tylko data przejęcia pałacu przez skarb państwa, po parcelacji Kikolskiego folwarku. Wszelkie inne informacje nie do końca są prawdziwe, a raczej zgoła nie są prawdziwe. Na tych terenach nie było działań wojennych i w 1945 r. pałac miał się dość dobrze. Nie był zniszczony, przynajmniej w takim stopniu jaki przedstawiał w latach 60. Może nie był odpowiednio zadbany.

18. Klasycystyczny pałac rodziny Zboińskich w Kikole (1790 r.)

W 1937 r. majątek i pałac zostały zlicytowane i stały się w dużej części własnością cukrowni Chełmica, a w pałacu utworzono szkołę[13]. Pewno powstały wtedy jakieś zaniedbania w utrzymaniu pałacu, lecz nie jego kompletna dewastacja jakiej dopuszczono się później.

Początkowo w 1945 r. w pałacu stacjonowali żołnierze rosyjscy i wtedy rozpoczął się proces jego niszczenia. Była zima. Palono w nim najpierw meblami, później drzwiami, podłogami i czym jeszcze było można. Jednak to nie żołnierze nacierających wojsk byli prawdziwymi sprawcami kompletnego zniszczenia tej siedziby. Bo rzeczywiście pałac został zupełnie zdewastowany. Wiadomo, że co państwowe to niczyje. Władze lokalne nie potrafiły, nie chciały lub nie były w stanie zadbać o ten obiekt. Nie został wyznaczony jego gospodarz, który byłby w stanie zamieszkać w nim i ochraniać[14]. Stał otworem i zapraszał do wejścia. Chętnych było wielu, stąd proces niszczenia następował może nie gwałtownie, to jednak nieprzerwanie. Każda rzecz w tych czasach mogła się przydać. Znikały nie tyko przedmioty ruchome. Także drzwi, okna, futryny, belki, drewno z dachu itd. Itd. W końcu pozostały tylko nagie mury, położenie w pięknym parku i historia. Na zewnątrz niewielka osada, dogodny dojazd, a obok dwa piękne jeziora.

Zakłady pracy Polski Ludowej dysponowały funduszem socjalnym przeznaczonym między innymi na organizację wypoczynku dla załogi. W latach 50. – 60. trwały poszukiwania miejsc lub obiektów, w których taki wypoczynek można było organizować. Nie wiem jakim sposobem „INSTAL” – Przedsiębiorstwo Instalacji Przemysłowych z Rzeszowa dowiedział się o istnieniu w Kikole zrujnowanego pałacu Zboińskich, ale stało się to faktem. Pałac za nie małe, jak sądzę, pieniądze INSTALU z mozołem został odrestaurowany, a właściwie od podstaw odbudowany w 1966 r. W tej sprawie z pewnością musieli wypowiedzieć się fachowcy od restauracji zabytków, bo jak twierdzą znawcy, pałac został odbudowany zgodnie z wszelką w tej dziedzinie sztuką.

Odwiedziłem kiedyś pałac w Kikole, gdy jego właścicielem był INSTAL. Maturzyści Liceum im. Romualda Traugutta w Lipnie z roku 1951, organizowali wielokrotnie spotkania. Nasz kolega Andrzej Blachowski, również maturzysta z 1951, był kierownikiem szkoły w Kikole. Jego znajomości z władzami Ośrodka Wczasowo – Kolonijnego INSTAL Rzeszów zawdzięczamy możliwość wykupienia jednej doby w ośrodku i skorzystania z atrakcji pałacu w Kikole. Biesiadowaliśmy właśnie w odrestaurowanej sali rycerskiej ponoć, jak nas przekonywał pełniący rolę gospodarza kierownik ośrodka, dość wiernie odtworzonej na podstawie istniejącego opisu z początków XIX w. To w tej Sali, jak wieść głosi, koncertował w 1825 r. Fryderyk Chopin. Matka Chopina pochodziła z Kujaw i z rodziną Zboińskich była zaprzyjaźniona. Podobno Fryderyk odwiedzał wielokrotnie Ziemię Dobrzyńską w tym Kikół.

O kosztach odrestaurowania pałacu nasz rozmówca niewiele wiedział. Był zdania, że tak dokładnie nie są do odtworzenia. Raczej nie były także odtwarzane w trakcie prywatyzacji i sprzedaży pałacu, bowiem przeszedł w ręce prywatne. Kupił go miejscowy biznesmen Roman Karkosik. Jak można wyczytać z Internetowych doniesień, była to przede wszystkim dobra okazja. Za pałac i 10 ha ziemi z parkiem zapłacił on 450 tys. zł. Były trzy przetargi(?) i podobno nie było innych chętnych.

Wróćmy jednak do pozostałej zabudowy Kikoła. Zboińscy słynęli z budowy kościołów.

Nieopodal pałacu, na wzgórzu pobudowany został przez nich także murowany kościół. Nie zachował się jednak do dzisiejszych czasów. Istniejący obecnie, duży i piękny kościół neogotycki p.w. Św. Wojciecha, powstał w latach 1904-1909. Nawiązano jednak do wcześniej istniejącej świątyni, przenosząc do nowo wybudowanego tablice nagrobne i epitafia rodziny Zboińskich oraz zabytkowe wyposażenia wnętrza. Kościół otoczony jest ogrodzeniem z cegły z dwiema neogotyckimi bramami – główną i cmentarną.

Proszę mi wybaczyć ten dość szczegółowy opis, ale do moich wojennych wspomnień będzie, mam taką nadzieję, pomocny. Kościół w Kikole, jak powszechnie wiadomo, został zamknięty; zamieniony na magazyn mebli. Jego rolę przejął naprędce wyremontowany, a właściwie odświeżony kościółek w Grodzeniu. Dopuszczony do posługi religijnej przez okupanta ksiądz Tadeusz Szmidt mieszkał w Kikole. O ile pamiętam i jak potwierdzają to autorzy publikacji cytowanej w przypisie [12] nie mieszkał w plebanii, a w skromnym budynku położonym naprzeciw. Plebanię zajął po wywiezieniu ks. Wolskiego, proboszcza kikolskiego kościoła do obozy koncentracyjnego, administrator folwarku w Kikole. Mieszkał w nim do końca wojny.

Służyłem u księdza Szmidta do mszy i nieraz brałem udział w organizacji nabożeństw. Był z tym zasadniczy kłopot. Jak zaaranżować miejsce do odprawienia mszy przy braku możliwości wejście do kościoła. Uważam, że rozwiązanie zaproponowane przez księdza było w tych warunkach pomysłowe i jedyne do przyjęcia.

 

19. Neogotycki kościół w Kikole – widoki od strony bramy głównej i cmentarnej

Msze odbywały się na powietrzu; wierni stali na dworze za kościołem, pomiędzy budynkiem a ogrodzeniem stanowiącym przedłużenie bramy cmentarnej. Naprzeciw, w murze ogrodzeniowym znajduje się zamykana kapliczka (fot. 20). Nie znałem dokładnie jej przeznaczenia. Raczej służyła cmentarzowi niż kościołowi.

Zgodnie z pomysłem księdza Szmidta w kapliczce tej zbudowany został ołtarz. Stał wewnątrz stół białym obrusem nakryty, nieco w głębi tabernakulum, a ponad stołem wisiał krzyż. Na czas mszy drzwi kapliczki były (o ile pamięć mnie nie myli) zdejmowane. Było oczywiście ciasno. Ksiądz stał praktycznie na progu, dwóch ministrantów po jego prawej i lewej stronie już na zewnątrz. Msza była odprawiana po łacinie i zgodnie z przyjętym wtedy obrządkiem ksiądz stał tyłem do wiernych.

Dziś kapliczka jest w opłakanym stanie. Jeszcze moment i rozpadnie się. Chciałbym zaapelować do proboszcza parafii Kikół o ratunek dla niej. Była tak ważnym elementem podtrzymującym wiarę i otuchę przetrwania dla garstki Polaków jaka jeszcze pozostawała na tych terenach, a miało ich być coraz mniej. Taka była polityka Niemców.

Jedna z takich mszy utkwiła mi głęboko w pamięci. Była to pasterka roku 1941, może 1942. Jak zwykle mam kłopoty w pamiętaniu dat. Taka moja słabość. Na mszę przyszliśmy razem z bratem. Był mróz, ale nie za duży. Nim oddałem komżę ministranta, upłynęło nieco czasu. W drogę do domu udaliśmy się nieco później niż reszta uczestników nabożeństwa

20. Kapliczka w murze cmentarnym – w czasie okupacji miejsce na ołtarz

Jak zwykle wracaliśmy ścieżką biegnącą obok drogi z Kikoła, przez Grodzeń do Makówca. Na tej drodze po lewej jej stronie, przy skrzyżowaniu z drogą biegnącą przez okoliczne pola do Ciełuchowa stał krzyż. Sądzę, że stoi tam również dziś. Był to bardzo charakterystyczny punkt. Gdy ktoś idąc do Kikoła mówił, że doszedł do krzyża, znaczyło, że praktycznie był w Kikole. Przed wojną oszczędne kobiety udając się do kościoła w Kikole, do krzyża szły boso. Przy krzyżu wycierały nogi, zakładały skarpetki i buty, by w kościele wyglądać dostojnie. Ten sam rytuał obowiązywał w drodze powrotnej. Wszyscy wiedzieli jaki był to charakterystyczny punkt na tej drodze.

Idąc z pasterki do domu mieliśmy przed sobą długą na kilkaset metrów kolumnę ludzi podążających do swych domostw położonych wzdłuż tej drogi do Grodzenia lub jeszcze dalej. Właśnie mijaliśmy krzyż, gdy wyprzedziła nas kolumna szybko jadących bryczek. Na każdej z nich znajdowało się po pięciu – sześciu umundurowanych, raczej młodych Niemców. Rodzaj umundurowania (czarne i żółte) wskazywał na członków nazistowskiej partii. Byli rozbawieni, wykrzykiwali coś do siebie. Chyba niezbyt trzeźwi. Ile było bryczek – trudno powiedzieć. Nie liczyliśmy ich. W każdym razie gdy pierwsza zrównała się z czołem powracającej z pasterki kolumny, a ostatnia dojeżdżała do krzyża, wewnątrz było co najmniej dziesięć kub więcej. Początkowe położenie kolumny Polaków i kolumny bryczek z Niemcami pokazałem na mapce (rys. 16) liniami czerwoną i niebieską. Wtedy zatrzymali się. Wszyscy oprócz powożących końmi wyskoczyli z pojazdów i rzucili się w kierunku podążających ścieżką po lewej stronie drogi ludzi. Napisałem ludzi – przepraszam. Oni nie uważali tak. Każdy z nich miał w ręku pejcz („pydę” jak ją nazywał mój brat) i nie było wątpliwości jak się nią zamierzają posługiwać. „Ludzi Bogu ducha winnych” nie okłada się bez przyczyny takim pejczem. Nie czyni się tego także zwierzętom i oni swoich zwierząt tak nie traktowali. To koszmarna ideologia doprowadziła do takiego zbydlęcenia. To my przestaliśmy być ludźmi. Z podludźmi można było tak się zabawiać. Myślę, że fajno się zabawili, a śmiechu było co niemiara.

Nie o zabawę, jak sądzę chodziło tym, którzy organizowali takie „hece”. Mieliśmy się bać i jednocześnie przyzwyczaić, że jesteśmy nikim. Mieliśmy nie tylko przywyknąć, mieliśmy ten fakt zaakceptować. Mieliśmy się stać niewolnikami wewnętrznie. Psychologicznie.

Krzykom wędrowców, przytomności mojego brata (krzyknął bym uciekał) i chyżym nogom zawdzięczam, że nie dostałem ani jednej „pydy”. Uciekałem gdzieś przez pola pokryte cienką warstwą śniegu, aż stwierdziłem, że jestem sam. Straciłem kontakt z bratem. Nie bardzo wiedziałem gdzie jestem. Brat jak później twierdził, dostał. Przewrócił się, a następnie uciekał w innym kierunku. Do domu dotarłem dość późno, gdy zamierzali zorganizować poszukiwania. Udało mi się. Święta spędziłem w domu z całą rodziną. Pewnie na obiad była czarnina z kaczki.

„To nie nasza szkoła”

Tytuł tej części moich wspomnień wziąłem w cudzysłów, gdyż pochodzi z kolejnej „poważnej rozmowy” z moim ojcem. Znów mam kłopoty z datowaniem. Nie wiem czy był to rok 1943, ale zapewne. Dotarła do nas wiadomość, że mam iść do szkoły. Szkołę zorganizowali Niemcy dla polskich dzieci. Nie wszystkich. Moje siostry: Halina (1930) i Zosia (1929) już do tej szkoły nie kwalifikowały się. Nie chodziły. Pewnie były za duże. A może szkoła była tylko dla chłopców, bo nie pamiętam, by w nami uczyły się dziewczęta? Muszę niestety porzucić dumę, że tyle udało mi się z tych czasów zapamiętać.

O okupacyjnej nauce pisałem już w jednej z części moich wspomnień pt. „Moje Liceum”, które zostały opublikowane[15]. Będę starał się zbytnio nie powtarzać, chociaż na pewno nie uda mi się w pełni tego osiągnąć.

Powróćmy zatem do tych czasów i owej poważnej rozmowy z ojcem. Był zatroskany, ale to nic dziwnego. Przeważnie w tym czasie był zatroskany. Wtedy też gdy z tej rozmowy wynikło bym wiedział, że to nie jest „nasza szkoła”. Nie była. Wielokrotnie rozmawiałem z rówieśnikami pochodzącymi z różnych stron Polski, czy oni także uczęszczali do takich szkół? Reakcje były różne. Władze okupacyjne przeważnie nie umożliwiały nauki polskim dzieciom. Na terenach Generalnej Guberni powszechnie organizowana była nauka na tajnych kompletach. Szczególnie na poziomie szkoły średniej. Moi koledzy z terenu GG słysząc o szkole dla Polaków w mojej okolicy podejrzewali, że byliśmy folksdojczami. Nie byliśmy, a do takiej szkoły chodziłem. Moja znajoma, mieszkanka Torunia, mówiła mi, że jej siostra i starsze koleżanki (Polki) chodziły po prostu do szkół niemieckich (ona nie, gdyż urodziła się w 1939 i obowiązkowi szkolonemu jeszcze nie podlegała). Starsi mieszkańcy Torunia znali przeważnie język niemiecki. Był to po pierwsze stary zabór niemiecki, gdzie niemiecki był językiem urzędowym, a ponadto przed wojną językiem obcym nauczanym w szkołach był przeważnie język niemiecki. Wiem, że syn naszego sąsiada, Jerzy Mierzwicki kończąc szkołę średnią w Lipnie znał zupełnie nieźle właśnie ten język. To dopiero po drugiej wojnie światowej powszechnie nauczanym w Polsce językiem obcym stał się język angielski i jest tak do dziś. Moja znajoma Torunianka twierdziła, że pod koniec wojny, jako sześciolatka znała język niemiecki na niezłym poziomie głównie z ulicy. W domu mówiło się po polsku. Poza domem po niemiecku. Przypuszczam, że stan taki oznaczał już pewien etap, wstępny poziom germanizacji. Tak się dzieje, gdy językiem urzędowym jest język obcy. Nawet na naszej wiosze pewno stałoby się podobnie. Moje starsze rodzeństwo pracując u niemieckich bauerów otrzymywali polecenia po niemiecku. Szczególnie siostra Jadwiga. Jej chlebodawczyni – besarabka – języka polskiego nie znała. Nie wiem na ile znała niemiecki, ale to już oddzielny problem.

Szybka nauka języka, to domena dzieci. W naszym instytucie robił doktorat oficer z Bułgarii. Potrzebował na to przeszło trzy lata. Wynajął mieszkanie i sprowadził na ten czas rodzinę. Mieli chyba trzy letniego syna. Bawiąc się z polskimi dziećmi przy bloku wspaniale nauczył się polskiego. Byłem zachwycony słuchając go. Nawet akcent miał w miarę poprawny. Oczywiście mówił także po bułgarsku i będąc z rodzicami u nas w gościnie służył mojej żonie za tłumacza. My kaleczyliśmy język rosyjski. Piszę o tym dlatego, że dzieci szybko uczą się języka, ale równie szybko go zapominają. Byliśmy po około dziesięciu latach w Bułgarii i odwiedziliśmy naszych bułgarskich znajomych. Ich uzdolniony lingwistycznie syn, obecnie już uczeń Liceum po polsku nie potrafił powiedzieć ani jednego słowa. Podobnie moja znajoma Torunianka. Gdy do Torunia weszły wojska rosyjskie, matka postraszyła ją, że zabiorą ją gdy na ulicy będzie mówiła po niemiecku. Poskutkowało. Dziś praktycznie z tego języka nie pamięta nic.

W mojej wiosce obie nacje były skutecznie odizolowane. Nie było mowy, by dzieci polskie i niemieckie bawiły się razem. To było niedopuszczalne. W Janowie i Makówcu gdzie mieszkało więcej rodzin niemieckich, ich dzieci tworzyły drużyny HJ (Hitler-Jungend) i co najwyżej zabawiali się w łapanie i wzorem swoich ojców dyscyplinowanie nas. Wiem coś o tym, gdyż nieraz niosąc w niedzielę (gdy nie przychodził do domu) koszulę bratu do Makówca miałem wątpliwą przyjemność spotykać ich po drodze, a właściwie przekradać się tak skutecznie, by ich nie spotkać.

Zorganizowanie w Grodzeniu szkoły dla polskich dzieci uważam w takim razie za lokalną inicjatywę. Były nie wykorzystane budynki po zamkniętej szkole polskiej. Szkoły dla dzieci niemieckich były w Kikole i Ciełuchowie i zapewne jeszcze w Makówcu.

Niezwykłą, a właściwie dziwną interpretację powołania tej szkoły w Grodzeniu spotkałem we wspomnianej powyżej publikacji spółki autorskiej M. Blachowska i in. (odnośnik 12). Przytoczę zawarty tam cały fragment dotyczący tej kwestii (str. 79):

Ma Grodzeń w swej historii epizod o przygnębiającej wymowie. W latach II wojny światowej w miejscowej szkole zorganizowano więzienie dla dzieci polskich, które uznano za nadające się do wywiezienia do Rzeszy i umieszczenia w rodzinach niemieckich nie mających własnych potomków. Była to filia obozu w Potulicach, w którym uwięziono wiele dzieci pochodzących z Ziemi Dobrzyńskiej”.

Byłem uczestnikiem tego eksperymentu i sądzę, że w związku z tym przysługuje mi prawo wypowiedzenia się w tej kwestii. Przypuszczam, a nawet jestem pewny, że interpretacja ta jest błędna. Nie orientuję się czy istniał jakikolwiek związek obozu w Potulicach ze szkołą dla Polskich dzieci w Grodzeniu, ale przede wszystkim nie byliśmy więzieni i po tzw. lekcjach wracaliśmy do domów. Oddziaływanie na nas rodziców było tak silne, że wykluczało realizację celu jakim miało by być przygotowanie nas do umieszczenia w rodzinach niemieckich. Takiego „szczęścia” nie można było nam w ten sposób zgotować. Sądzę, że cel

organizacji tej szkoły był mniej ambitny. Niewątpliwie chodziło o naukę języka niemieckiego. Jednak nie mieliśmy ani zeszytów, ani książek. W takim razie nie mieliśmy uczyć się języka niemieckiego w normalnym tego słowa znaczeniu. Mieliśmy umieć się porozumiewać, ale pozostać analfabetami. Znamienny był także zasób słów, które mieliśmy poznać. Były to nazwy narzędzi i maszyn rolniczych, zwierząt gospodarskich oraz pamięciowe opanowanie tabliczki mnożenia. To wszystko. Nie ma żadnych wątpliwości jakim specjalistą w przyszłości miałem zostać i czym się zajmować. Nie chciano nas zrobić Niemcami. Mieliśmy pozostać „polskimi świniami” – jak to nam często przypominano – być rolnymi robotnikami u niemieckich bauerów, a jednocześnie być w stanie zrozumieć ich poleceni. To cała filozofia tej szkoły.

Co miał na myśli mój ojciec i co chciał mi przekazać zwracając się do mnie: „synku to nie nasza szkoła”. Wiedziałem o tym, że zawsze chciał bym się uczył. O tym ciągle mówił. Może chciał, bym zrealizował jego nie spełnione marzenia. Później miałem to ciągle na uwadze. Niewątpliwie wiedział co zaproponują nam Niemcy i zamiary ich go nie satysfakcjonowały. Nie mam wątpliwości, że rodzice wszystkich moich kolegów mieli podobny pogląd. Naszą naukę w tej szkole można uznać za zbiorowy bierny opór. My też tego nie akceptowaliśmy, my też tego nie chcieliśmy.

Pierwszą naszą nauczycielką została pani Tomaszewska, żona przybyłego z Torunia folksdojcza, pracownika majątku w Ciełuchowie. Była to korpulentna i pulchniutka osoba bardzo niskiego wzrostu i nie zmuszała nas do zbytniego wysiłku. Z jej lekcji zapamiętałem tyle, że kazała nam kolejno podnosić to prawą to lewą rękę i po niemiecku recytować: „to jest prawa ręka”, „to jest lewa ręka”. Było to nudne. Z podnoszeniem rąk nie mieliśmy problemów, a z recytacją już tak. Najważniejsze było to, że mimo zakazu mówienia w szkole po polsku, pani Tomaszewska tolerowała ciche rozmowy „po kątach”. Nie było najgorzej.

Niestety wkrótce zmieniono nam nauczycielkę. Może pani Tomaszewska sama zrezygnowała z uczenia nas widząc beznadziejność swoich wysiłków, bądź uczyniły to odpowiednie władze. W każdym razie odeszła. Zastąpiła ją młoda dziewczyna, córka jak mi się wydaje mieszkańca Janowa, wychowana w duchu narodowo-socjalistycznym i odpowiednio przygotowana do kontaktów z „podludźmi”. Natychmiast za jakiekolwiek rozmowy w języku polskim zaczęła stosować dotkliwe kary cielesne. Na każdy dzień powoływani byli dyżurni. Na początek zadaniem dyżurnych było wycięcie dla niej kilku świeżych długich, wierzbowych witek którymi biła nas gdzie popadło: po rękach, po głowie,

a szczególnie i z upodobaniem po gołych nogach (chodziliśmy w krótkich spodenkach). Nie pamiętam już z kim miałem taki dyżur i postanowiliśmy ponacinać dla niej te kije. Przy zamachu łamały się. Dostało nam się za ten niby żart. Musieliśmy przynieść nowe kije, nie mówiąc o czerwonych pręgach na rękach i nogach.

Kazała zwracać się do siebie: „bite fraulein lehrerin” (proszę panienki nauczycielki). Gdy trzeba było, gdakaliśmy to każdy na swój sposób nie zdając praktycznie sobie sprawy z tego, co to znaczy. W ogóle staraliśmy się mieć jak najmniejszy z nią kontakt, zawzięcie milcząc. Po niemiecku umieliśmy tylko milczeć. Dostawała skądś materiały pomocnicze. Były to duże plansze wieszane na ścianę, na których znajdywały się rysunki narzędzi i maszyn rolniczych oraz zwierząt gospodarskich. Do nieszczęść należało wyrwanie delikwenta do odpowiedzi co widzi na poszczególnych obrazkach. Pierwsze zdanie brzmiało tak jakoś: „auf dem bildern zeien vien”, ale co na tym obrazku jest pokazane już nikt nie wiedział. Trzeba było czekać na podpowiedź lehrerin, a ta była przeważnie łączona z kijem. Ta metoda skutecznie eliminowała pamięć i dlatego moja wiedza odnośnie języka niemieckiego ograniczała się do tych dwóch kalekich zwrotów. Skłamałem. Jakimś dziwnym trafem nauczyłem się po niemiecku tabliczki mnożenia. Nazwy cyfr znali wszyscy. Zasady łączenia cyfr w nazwy liczb wytłumaczyła nam jeszcze (po polsku) pani Tomaszewska. Zostało w pamięci i chyba jest tam do dziś.

Raz jeden udało mi się wejść w łaski fraulein lehrerin. Moja siostra Zofia kolegowała się z Jadwigą Tomaszewską. Nie wiem czy trochę po kryjomu, czy folksdojczom wolno było zadawać się z Polakami. W każdym razie spotykaliśmy się. „Helwiś”, tak jej matka nazywała Jadzię, nauczyła mnie jak po niemiecku powiedzieć, że boli mnie brzuch. Na drugi dzień, ze zbolałą miną zgłosiłem się do panienki nauczycielki i powiedziałem, że jestem „krank” z powodu brzucha i chcę iść do domu. O dziwo, udało się.

Zwolnienie z pobytu w szkole było bardzo pożądane, ale trudno realizowalne. Najprościej dawało się zwolnić, gdy sąsiad Niemiec napisał kartkę, że potrzebuje ucznia do pracy. Takie zwolnienie miało jednak zasadniczą wadę – trzeba było iść do tej roboty np. zbierać kartofle. Żadna przyjemność. Nie mniej korzystałem z tego pomysłu, gdy jechałem z ojcem i jeździłem na koniu bronując pole. Pomysł z bólem brzucha szybko upowszechnił się i przestał działać. Pamiętam, jak nasza panienka ustawiła na przerwie wszystkich co byli „krank” pod ścianą szkoły, a następnie ze szlauchu polewała nas zimną wodą. Wyzdrowieliśmy.

Zdaje się, że jej nie znosiliśmy. Nawet na pewno nie lubiliśmy jej. Miała taką płaską, pospolitą twarz. Wydatne dwa przednie zęby; jeden z nich lekko odłamany. Rzucało się to oczy i może dlatego pamiętam. Z upodobaniem nas biła. Najczęściej tymi kijami. Używała jeszcze do tego plastykową linijkę. Jestem tego prawie pewny, chociaż niektórzy z moich domowników obecnie w to wątpią. Uważają, że wtedy takich linijek nie było. Chodził z nami chłopak o nazwisku Siedlecki. Był o rok starszy ode mnie. Nie był z Grodzenia. Mieszkali chyba w Wolęcinie, albo jeszcze dalej. Nie wiem z jakiego powodu zaczęła na niego krzyczeć. Nie wytrzymał i coś głośno powiedział po polsku. Wściekła się. Goniła go pomiędzy ławkami i skacząc przez ławki cały czas bijąc tą linijką po głowie. Musiała to być linijka, bo poprzecinała mu skórę na głowie. Przy uchu i nad czołem leciała mu krew. Życzyliśmy jej wszystkiego najgorszego. Wiele z tego niestety się sprawdziło i z tego powodu miałem wyrzuty sumienia.

Wojska Związku Radzieckiego zajmując kolejne tereny budowały coraz bliżej frontu położone polowe lotniska. Tereny majątku Ciełuchowo miały takie płaskie i rozlegle pola, które do tego celu się nadawały i takie polowe lotnisko było tam budowane. Ze wspomnień mojego brata wiemy, kogo do budowy tych lotnisk wykorzystywano. Jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że nasza panienka była wśród budowniczych tego obiektu. Nie wierzę, by jej rodzice nie uciekali przed nadejściem frontu. W takim razie nie uciekli, podobnie jak pracodawcy mojego brata, zbyt daleko. Zostali zawróceni i podobnie jak inni wykorzystywani do różnych prac z budową lotnisk włącznie. Krążących plotek o jej wykorzystywaniu przez żołnierzy radzieckich nie będę powtarzał, chociaż była to wtedy podobno powszechnie stosowana praktyka.

Moja okupacyjna edukacja skończyła się nagle. Nasza lehrerin powiedziała nam (o dziwo po polsku), że jutro nie będzie lekcji i wszystko. Ulga. I tak zgodnie z sugestią ojca, nic mi do głowy z tej edukacji nie weszło. Później okazało się, że takim bezwzględnym tumanem nie byłem. Czasami byłem w stanie coś tam pojąć i czegoś się nauczyć. To dlaczego nie tylko nie pamiętam, ale naprawdę nie nauczyłem się jak po niemiecku nazywają się widły, grabie i itp? Pewno dlatego, że wtedy to nie była nasza szkoła. Później gdy nadeszła ta inna, chociaż taka biedna, bez książek, zeszytów, tornistrów i piórników, ale „nasza”, było już inaczej. Pierwszą klasę zaliczyłem łatwo. Moja pierwsza pani nauczycielka (wydaje mi się, że nazywała się Madejowa, ale głowy nie dam) rozpięła sznurek w wejściu do jednego z pokoi lekcyjnych i wszyscy którzy zmieścili się pod tym sznurkiem utworzyli klasę pierwszą. Dryblasy, w tym ja, weszli do sąsiedniego pokoju na drzwiach którego pojawił się napis „klasa 2”. Później nie było już tak łatwo, ale jakoś dawałem sobie radę[16].

Medycyna

Chcę napisać kilka słów o możliwościach leczenia w tym czasie. Jeszcze przed wojną chorzy na wsiach takich jak nasza nie mieli wielkich szans na pomoc lekarską. W Kikole urzędował felczer. Pomoc lekarza dostępna była w Lipnie, Włocławku lub Toruniu i odpowiednio kosztowała.

W czasie okupacji staliśmy się obywatelami drugiej kategorii i znacznie łatwiej było umrzeć niż żyć. Pomoc w umieraniu okupant zaoferował chorym na gruźlicę i niepełnosprawnym. Niby zabierani byli na leczenie, ale szybko okazywało się, że organizm chorego nie wytrzymywał zaordynowanych terapii. Ludzie bali się jak ognia zaliczenia do grona takich pacjentów.

Naszej rodziny szczęśliwie to nie dotknęło. To nie znaczy, że nie chorowaliśmy. Bywaliśmy zasmarkani, na potęgę kasłaliśmy i miewaliśmy podwyższoną temperaturę. Terapia była domowa, metodami tradycyjnymi, znanymi od lat przez nasze matki i babki. Przede wszystkim należało spać w cieple. Dlatego nie znaliśmy pościeli w postaci kołder lub koców. Spaliśmy pod pierzynami wykonywanymi domowym sposobem z piór gęsich. Jesienią pióra były z gęsi wyskubywane i segregowane. Tylko puch nadawał się do wyrobu pierzyn. Nie będę dłużej nad tym się zatrzymywał, gdyż proces darcia pierza jest powszechnie znany i pokazywany nawet na filmach. Spałem pod taką pierzyną. Było ciepło, chociaż zimą w pokoju, w którym spaliśmy ogrzewanie było raczej iluzoryczne.

W domu ciepło było tylko w kuchni i tam gromadziła się cała rodzina. Bez przerwy palił się ogień w kotlinie (mówiła tak babcia), gdzie gotowano nie tyko posiłki dla nas, ale i dla zwierząt. Wieczorem najtrudniej było wejść do lodowatego łóżka. Dlatego gdy byliśmy mali, czasami matka (rzadziej ojciec) trochę ogrzewali nam pierzyną przy piecu.

Miałem jednak pisać o dolegliwościach i ich leczeniu. Nie byliśmy uczuleni. bezkarnie żądliły nas pszczoły i osy (biegaliśmy boso), byliśmy niemiłosiernie podrapani i pokaleczeni, a dowolne ropienia leczyliśmy przykładając np. świeże, lepiące się liście olchy. Piliśmy też napoje o przedziwnych smakach i zapachach. To napary z ziół. Nasze mamy i babcie znały się na ziołach, zbierały je i wymieniały między sobą. Przy wszelkiego rodzaju zaparciach, biegunkach, czy wzdęciach każda mogła liczyć na pomoc sąsiedzką i wsparcie. Były również specjalizacje. Moja matka wyspecjalizowała się w stawianiu baniek. Stawiała je błyskawicznie i zdejmowała bezboleśnie. Była zapraszana nawet do dalekich sąsiadów gdy komuś u nich bańki należało postawić. Dla nie wtajemniczonych spieszę wyjaśnić, że „bańka” to niewielkie naczynko szklane o pogrubionych brzegach. Jeżeli wnętrze naczynka podgrzało się płonącym wacikiem nasączonym denaturatem i błyskawicznie położyło na skórze, bańka się do niej przysysała. Po zdjęciu baniek pozostają na skórze brązowe ślady. Widać, że ssanie baniek ma wpływ na ukrwienie miejsc ich przyłożenia.

Wszyscy mieliśmy stawiane bańki, chociaż nie bardzo wiem na czym polega ich terapeutyczne działanie. Ja wielokrotnie, bo zgodnie z twierdzeniem brata należałem do „przesrańców”. Wiadomo, że najczęściej zapadaliśmy na choroby nazywane przeziębieniem – kaszel, katar, podwyższona temperatura. Oprócz baniek istniały jeszcze inne sposoby pozbycia się przeziębienia. Do dość radykalnych należało wypicie gorącego mleka z masłem, a następnie dokładne przykrycie pierzyną i obfite spocenie się. Matka dopilnowała, by delikwent solidnie wykąpał się w pocie, by dopiero wtedy zmienić mu koszulę. Muszę powiedzieć, że skutkowało. Inną terapią, którą z wielką przyjemnością wspominam, bo nie zdarzała się zbyt często, było nakarmienie chorego rosołkiem z młodego kurczaka lub (co za rozpusta) gołębia. Do dziś pamiętam ten zapach gotującego się wtedy rosołu. Nie rozumiem dlaczego teraz gotujący się rosół nie ma tego zapachu. Czyżbym aż tak stracił węch?

Tego rozdział by nie było, gdyby nie szczególne zdarzenia, których byłem w tych latach uczestnikiem lub świadkiem. Wspomnę dwa takie przypadki.

Pierwszy sam wywołałem głupimi wyczynami i pewno skończyło by się dla mnie źle, gdybym jednocześnie nie miał odrobiny szczęścia. Znaleźliśmy z kolegą na takim przydrożnym wysypisku śmieci dużą emaliowaną miskę. Doskonale służyła nam jako tarcza, do której strzelaliśmy z procy i rzucaliśmy kamieniami. W przypadku trafienia, powstawał fantazyjny ślad w postaci odprysku emalii. W końcowej fazie waliliśmy do niej kamieniami z niewielkiej odległości, aż nagle poczułem, że wpadło mi coś do oka. Łzawienie i silny ból oka spowodował, że praktycznie nie mogłem go otworzyć. Siadłem na przydrożnym kamieniu i nie wiedziałem co robić. Do domu było dość daleko. Dojść będzie niełatwo, a co dalej? Podeszła do mnie wtedy stara kobieta. Była siwa i bosa, a na ramionach miała taką dużą ciepłą chustkę w kratę. Wiejskie kobiety noszą takie chustki w chłodne dni na głowie. Matka też taką miała. Domyśliła się przyczyny mojego załzawionego, zamkniętego oka i zdecydowanym silnym ruchem przytrzymała mnie za głowę, przybliżyła twarz do mojej i wsunęła mi język pod powiekę. Przesuwając językiem wygarnęła stamtąd podobno aż dwa dość duże odpryski emalii.

– Masz szczęście dzieciaku, że przechodziłam. Takie ostre te drobiny; mogły ci zrobić krzywdę. To co ci wpadło do oka dokumentnie wyjęłam. Nie na próżno nazywają mnie znachorką. Nie jednemu już wyjęłam z oka to, co mu tam wpadło. Wszystko będzie dobrze. Idź teraz do domu i niech ci matka przemyje to oko ciepła woda – gderała.

Gmeranie językiem pod powieką wokół gałki ocznej było dość nieprzyjemne. Efekt jednak wspaniały. Silny ból i łzawienie ustąpiły. Dziś myślę, że rzeczywiście miałem ogromne szczęście, że znalazła mnie wtedy staruszka z tak unikalną umiejętnością i pomogła mi. Nawet nie wyobrażam sobie, co mogło by się stać, gdyby jej wtedy tam nie było. Czy nie straciłbym oka? A swoją drogą jak genialnie prostymi sposobami ci ludzie byli w stanie sobie pomagać. Doprawdy godne to zauważenia.

Drugie zdarzenie, które uznałem za godne tu umieszczenia dotyczyło mojej siostry Grażyny. Miała trzy, a może cztery lata. Taki ruchliwy brzdąc, który wszędzie właził. Byliśmy już wysiedleni z własnego gospodarstwa i mieszkaliśmy w budynkach p. Rzymkowskich w Grodzeniu. Wejście do domu było stosunkowo wysoko położone w stosunku do poziomu podwórka. Potrzebny był schodek (podest) aby można było wejść do sieni. Wykonany on został z dużych płaskich kamieni stosunkowo dobrze do siebie dopasowanych. Szczeliny pomiędzy kamieniami były stosunkowo niewielkie i osoby dorosłe, nawet kobiety o mniejszych stopach w miarę bezpiecznie mogły się po nich wspinać przy wchodzeniu do domu. Niestety rozmiar stóp takiego szkraba jak moja siostra warunku tego nie spełniał. Jej noga dostała się do szczeliny pomiędzy kamieniami i coś tam sobie uszkodziła w okolicy stawu kolanowego. Na razie wyglądało niegroźnie. Kolano trochę spuchło i trochę bolało.

Z czasem sprawa stała się poważniejsza. Grażyna przestała moc w pełni wyprostować nogę. Noga pozostała częściowo zgięta i z tak zgiętą nogą mogła chodzić, to znaczy „kuśtykać”.

Przypadek taki był w naszej okolicy znany. Nasza ciocia, żona brata naszej matki, była tak kuśtykającą osobą. Identycznie nie była w stanie w pełni wyprostować nogi w kolanie i tak zgiętą nogą chodziła czyli, jak to wszyscy powiadali, kuśtykała. Mieszkali oni w połowie drogi z Grodzenia do Kikoła i rodzice (ja także) często ich odwiedzaliśmy. Kalectwo naszej cioci było widoczne i dobrze nam znane. Zdaje się, że w młodości również uległa wypadkowi, chociaż o tym się nie mówiło, by nie sprawiać jej przykrości. Perspektywa kuśtykającej mojej siostry była bolesna i rodzice starali się jej pomóc. Ojciec udał się o pomoc do Niemców. Uprosił folksdojcza pana Tomaszewskiego i Racława, by dopomogli umieścić Grażynę w szpitalu w Lipnie. Odbyła się konsultacja w wyniku której stwierdzono, że powinna zostać przeprowadzona operacja i chirurgicznie przywrócona zdolność prostowania nogi w kolanie. Ewentualnym powikłaniem mógł być brak możliwości zginania nogi. No cóż, lepiej mieć sztywną nogę niż kuśtykać. Na operację trzeba było zebrać odpowiednie środki i czekać na miejsce w szpitalu.

Jak zwykle w takich razach, tak i wtedy działała pomoc sąsiedzka. Kobiety doniosły matce, że na dość odległej wsi mieszka chłop potrafiący nastawiać kręgosłupy i inne zwichnięte (tak fachowo określano) stawy. Przypuszczam, że matka (raczej bez wiedzy ojca) udała się do niego i z rozmowy uznała, że warto spróbować. Wzięła Grażynę na plecy i tym razem już ze mną wędrowaliśmy polnymi drogami do znachora. Ja niosłem zawiniątko, w którym na pewno było mydło. Mydło było produktem trudnodostępnym i reglamentowanym. Jeżeli było potrzebne, trzeba było mieć swoje. Zdaje się, że niosłem także zapłatę dla znachora. Jedyną wtedy wartościową monetą była żywność. Najlepiej mięso i najpewniej

w tym zawiniątku było mięso. Matka nim rządziła i mogła, odejmując nam od ust, opłacić tak trud znachora.

Gospodarstwa do którego doszliśmy było ubogie. Dom drewniany niezbyt duży, ale wtedy Polacy takie tyko zachowywali. Lepsze zabierał okupant. Gospodarz okazał się starym już człowiekiem. Był wysoki i miał, jak to u nas mówiono, żylastą posturę. Ponadto miał siwe dawno nie strzyżone sterczące ponad uszami włosy i pokaźną łysinę aż po czubek głowy. Dlaczego to zapamiętałem wkrótce się okaże. Zaczęły się przygotowania do tego nazwijmy to „zabiegu”. Chłop przyniósł dwa drewniane wiadra, z których jedno było pełne gorącej wody, a drugie mniejsze zapełnione częściowo. Właśnie do tego zapełnionego częściowo włożona została noga mojej siostry aż po kolano. Z jednej strony matka siedziała na stołku

i trzymała dzieciaka pod pachy. Terapeuta siedział na małym stołeczku z drugiej strony. Coraz to dolewał gorącej wody z drugiego wiadra i dodając do wody coraz to więcej mydła energicznie masował całą nogę w szczególności okolice kolana. Muszę powiedzieć, że trwało to bardzo długo. Obserwowałem go. Trzymając kolano w obu rękach i obmacując go spoglądał w górę jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Gdy już zaczęło mi się to nudzić chłop zaczął chyba nastawiać to kolano, bo rozległ się tak przerażający krzyk mojej siostry, że struchlałem. Matka przytuliła ją tylko do siebie i milczała. Grażyna złapała masującego jej kolano chłopa za wystające nad uszami włosy i z całej siły targała. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Spokojnie kończył dzieło, choć trwało to niestety dość długo. W końcu przestał. Uwolnił głowę z uścisku badanej, która po tym trzymała w rękach pęki siwych jego włosów. Matka gdy się już uspokoiła, chciała go przeprosić. Potrząsnął głową, że nieważne

i normalne. Spytała go czy córka będzie chodziła. Odpowiedział, że chyba tak, ale wszystko w ręku Boga. Nie tylko chodziła, ale biegała. Chodzi do dzisiejszego dnia.

Wszyscy znamy film „Znachor”. Też go oglądałem, nawet nie jeden raz. Zawsze przychodziło mi na myśl naprawianie kolana mojej siostry przez starego chłopa w zapadłej wsi Ziemi Dobrzyńskiej. On jednak był prawdziwym znachorem, a nie chwilowo w amnezji wykształconym chirurgiem z tytułem profesora. Jednak fakty tu przywołane są prawdziwe. Nic nie skłamałem. Z dwóch opisanych przypadków, drugi dotyczący mojej siostry uważam za niezwykły. Czy może istnieć samoistna, doświadczeniem zdobyta wiedza o anatomii człowieka, umożliwiająca taki wyczyn. Widocznie tak. Przecież byłem tego świadkiem. Znachor musując nogę siostry i patrząc w górę musiał wyczuwać i wyszukiwać nieprawidłowości w ułożeniu kości w stawie kolanowym, by następnie móc je przestawić we właściwe położenie. To, że liczba możliwych defektów jest ograniczona i mała, nie zmienia

całości obrazu. Ten chłop usprawnił staw kolanowy, który lekarze chcieli operować chirurgicznie. Nie miał do tego aparatu rentgenowskiego.

Trud matki też nie poszedł na marne. Dzieciak już nie był taki mały, a iść nie mógł. Matka niosła ją taki szmat drogi w jedną i drugą stronę. Niestety z trudu rodziców tak małe dzieci nie zawsze zdają sobie sprawę i przeważnie ich nie pamiętają.

Wyzwolenie – jak ja je zapamiętałem.

 

Wszyscy na to czekali

Wyzwolenia mieszkańcy naszej wsi oczekiwali z mieszanymi uczuciami. Wiadomo, że przyjdzie ze wschodu. Bo skąd. Tego co było, dłużej ścierpieć już nie sposób. Panoszenie się starych niemieckich na tych terenach osadników, a i nowych przybyszów było nie do zniesienia. Co prawda niepowodzenia na froncie nieco ich temperowało. Nabrali więcej jakby ludzkich cech. Zmarł na gruźlicę i został pochowany na grodzeńskim cmentarzu największy „polakożerca” Albert Wycke. Napisałem „zmarł” – muszę się poprawić. Chcąc oddać uczucia jakimi darzyli go Polacy, muszę napisać prawdę, że „zdechł”. Nikt inaczej o nim nie powiedział. Czekali wszyscy kiedy pozostali będą uciekać. Wysiedleni (takich była większość) oczekiwali kiedy będzie można wrócić na swoje gospodarstwa, do swoich domostw.

Jak widać wypędzenia Niemców oczekiwali wszyscy, chociaż „wyzwoliciele” nie budzili sympatii. Po pierwsze tereny te były kiedyś pod zaborem rosyjskim. Nie to było jednak najważniejsze. Na takie zapadłe wsie carscy urzędnicy nie zaglądali. Większość spraw wiejskich załatwiano u księdza i w gminie lub magistracie. Bardziej pamiętane były doświadczenia bliższe. Na nasze tereny dotarły wojska rosyjskie w 1920 roku. To prawda, że długo nie stacjonowały. Rosjanie nie zdołali sforsować Wisły ani w rejonie Płocka, ani Włocławka. Na dalekie wsie także nie zdążyli dotrzeć, jednak takie osady jak Kikół już odczuły ich obecność. Ludzie pamiętali, że zbudowali w Kikole szubienicę i wymierzali „sprawiedliwość”. O tym wszystkim rozprawiali chłopi, szczególnie w zimowe wieczory przy świetle karbidówek i grze w karty. Kobiety oczekiwały nowego z rezygnacją, przystosowując do sytuacji miejscowe obyczajowe porzekadło: „niech tam, choć cieńszy, byle inszy”. Często je słyszałem, zapadło w pamięć.

Oczekiwania przedłużały się. Letnia ofensywa zatrzymała się pod Warszawą, a tam wybuchło powstanie. Nie wiem jak, ale te wieści do nas docierały. Matka była w Lipnie i po powrocie opowiadała, że pociągi pełne wojska, armat i czołgów jadą z Torunia na Warszawę. „Tyle tego, Boże ani chybi pozabijają te dzieci” przewidywała nie bez racji.

W naszej okolicy trwały przygotowania do obrony. Pod Toruniem Niemcy budowali linie obronne. Okopy, rowy przeciw czołgowe i inne. Do tych prac łapali kogo się dało. Był na tej budowie mój brat, a nawet teściowa, chociaż nie wyobrażam sobie jej wiążącą lub noszącą wiązki faszyny. Trwały przygotowania, by za frontem pozostała gola ziemia. Niemcy mieli uciekać zabierając dobytek. Polakom, którzy je mieli, zabierane były konie i wozy. Zgodnie z poleceniem miejscowych władz, krowy miały być gromadzone w wybranych miejscach, a wyznaczani Polacy mieli je pędzić przed frontem na zachód. Jednak w tej doskonałej, wydawać by się mogło, organizacji zaczęło coś pękać. Organizatorzy i pilnujący wykonania poleceń, sami musieli uciekać. Nie dawało się tych czynności pogodzić. Polacy wyznaczeni do pędzenia krów znikali (mój ojciec też), a nie pilnowane krowy rozchodziły się po polach. Pamiętajmy, że był to styczeń 1945. Mieszkanka naszego domu, pani Dikau wyjechała (uciekła). Mieszkaliśmy niedaleko, więc ojciec natychmiast tam się przeniósł, głównie dlatego by zorganizować lokum dla krowy. Od pędzenia tych krów ojciec nie uciekł sam. Uciekła z nim jedna z krów, a front jeszcze nie przeszedł i wszyscy byli w niebezpieczeństwie.

W stodole w jednym z sąsieków pozostało trochę słomy. Dzięki przemyślnej konstrukcji z drewnianych desek i tyczek na które nakładane były snopki ze słomy w stodole powstała kryjówka dla krowy. Wchodziło się do niej (krowa też) z zewnątrz, z takiego zadaszenia obok stodoły gdzie dalej leżały narzędzia rolnicze. Z wnętrza stodoły kryjówka była niewidoczna. Po prostu część (pół) sąsieka założony był słomą. Wewnątrz była krowa. Przesiedziała tam pewien czas, dopóki nie przeszedł front i nie weszły wojska rosyjskie.

Krowa była pierwszym, bardzo ważnym nabytkiem na przyszłość w naszym powojennym gospodarstwie. Było jeszcze coś. W chlewiku po Niemce Dikau pozostało pięć takich małych świnek. Warchlaków jak fachowo określiła je matka. Maleństwa, miały może około pięćdziesięciu centymetrów długości. Nie mam pojęcia ile mogły ważyć; 5 – 10 kg. Zawsze coś i słyszałem jak starzy zastanawiali się co z nimi zrobią gdy urosną. Jeden na pewno będzie zabity do zjedzenia. W końcu będzie Polska i będzie przecież wolno. Niestety nic z tego nie wyszło, ale opowiem o tym przy innej okazji.

Szaber

Chcę przez chwilę zająć się krową, naszym pierwszym nabytkiem gospodarskim w powojennej już Polsce. Ocalała, chociaż wcale nie było to takie pewne. Na naszym terenie nie było walk, co nie znaczy, że nie przechodziły niemieckie wojska. Chałupa stała niedaleko od drogi i zawsze jacyś wojskowi mogli się zatrzymać. Ojciec przezornie miał kryjówki na strychu, u nas mówiło się „na górze” i gdzieś razem z tą krową. Pewno by była spokojna, nie ryczała lub coś podobnego.

Pod wieczór (w zimie to dość wcześnie) zjechał na nasze podwórze jakiś oddział z zaprzęgiem konnym. Coś te konie ciągnęły, ale naprawdę nie wiem co. Koni było kilka. Nie mieli dla nich miejsca i zainteresowali się stodołą. Wtedy pojawił się ojciec. Podejrzewam, że z kryjówki na „górze”. Wystraszył się, że zdekonspirowana zostanie krowa. Zaoferował swoje usługi w zorganizowaniu miejsca dla koni. Wycięte zostały jakieś drewniane obudowy

w sąsieku naprzeciw ukrytej krowy i wprowadzone tam konie. Dopomógł napoić je i dać jeść. Wiem, że jakimś cudem pozostał mu worek ziarna, zdaje się owsa. Może konie nie były bardzo głodne. Pojawiając się ojciec ryzykował. Żołnierze frontowi nie byli jednak dokładnie zorientowani w miejscowych zarządzeniach, a może nie chcieli ich znać. W każdym razie udało się. Zajęli największą izbę do spania i rano wyjechali. Krowy nie odkryli.

Front przeszedł i krowa mogła przenieść się do szopki, jej właściwego legowiska. Jednak epopeja krowia trwała i była przedmiotem ostrego rodzinnego sporu. Ojciec miał w stosunku do niej niecne zamiary, matka broniła jej zawzięcie. Krowa dawała nieco mleka. Mleko to podstawa wiejskich posiłków. Matka bez mleka nie widziała możliwości wyżywienia rodziny.

Ojciec jak każdy wtedy rolnik, bez konia był jak bez ręki. Konie wycofujący się Niemcy zarekwirowali i wywieźli. Koni nie było. Szła wiosna. Należało rozpocząć prace w polu. Nie można było czekać. Jak nie zasiejesz, nie będziesz zbierał. Rolnik to wie, ale jak przygotować ziemię pod zasiew bez konia? Może w takim razie przyuczyć do prac pociągowych krowę. Matka protestowała i konflikt gotowy. Przeprowadzone próby wykazały fiasko tego pomysłu. Wszyscy braliśmy w nich udział. Matka prowadziła krowę za pysk. Ojciec trzymał pług. My łagodnie poganialiśmy to bydlę. Wszystko na nic. Krowa za nic nie chciała przystosować się do ciągnięcia pługa. Na dodatek, pewno z powodu przeżytego stresu, straciła resztki mleka. Ani jedno, ani drugie.

W pobliżu Kikoła, może w samym Kikole mieszkał daleki krewny matki. Nazywał się Mychlewicz. Pamiętam, że dziwnym trafem, wtedy często nas odwiedzał. Deliberowali z ojcem nocami. Słyszałem, jak przekonywał ojca, że byli już tacy, co pojechali na Prusy Wschodnie, a nawet na Żuławy pod Gdańsk, gdzie Niemcy porzucali wywożone konie i można je było kupić od rosyjskich żołnierzy. Matka znów protestowała. Faktycznie szaber kwitł. Wielu jeździło do Torunia i za żywność (np. sery) ale najczęściej za bimber można było kupić odzież, buty, albo tak potrzebne rzeczy jak naftę, igły i nici. Wyobraźcie sobie, że jedyną osobą z naszej rodziny, która potrafiła to robić była Zosia. Miałe wtedy zaledwie 16 lat. Umawiała z innymi, również starszymi, kobietami i sobie tylko znanymi sposobami jechały do Torunia. Tam sprzedawały co miały i kupowały potrzebne rzeczy. Często był to handel wymienny.

Koń jednak to już poważniejsza sprawa. To nie drobny handelek. Kupowanie od Rosjan było niebezpieczne. Jeden sprzedawał, następny odbierał, bo kradzione. Można było nie wrócić. Proszę wziąć jednak pod uwagę nasze położenie. Okupacyjne przeżycia, grabieże Niemców na mieszkających tu Polakach i polityka nie pozostawienia niczego na opuszczanych przez siebie terenach spowodowały, że po prostu ludzie nie mieli sposobu na przetrwanie. Nadzieja, że później coś urośnie mogła się ziścić, ale najpierw należało ziemię uprawić i zasiać. Do tego potrzebny był koń. Wyprawa na szabry po ich zdobycie stała się nieodzowna. W tej akcji nie mógł uczestniczyć pojedynczy człowiek. Stąd rozmowy z panem Mychlewiczem i wspólna (być może nawet liczniejsza) wyprawa po zdobycie prawa do życia. Przygotowania były staranne. Należało „wyprodukować” odpowiednią ilość butelek bimbru i zbudować odpowiednie „nosidła” do ich przenoszenia. Nie wspomnę o czymś do jedzenia. Był to chleb i przetopione (dziś nazywane klarowanym) masło, by się nie psuło. To wszystko. Pojechali, a właściwie z naszego punktu widzenia wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, poszli . Nie wiem, nie pamiętam jak długo ich nie było. Na pewno dłużej niż tydzień. Widać było, że matka się martwi. Wieczorami długo się modliła. W końcu radosne zdarzenie. Ojciec zajechał przed dom wozem zaprzężonym w dwa konie, a na wozie były jeszcze jakieś narzędzia rolnicze i inne „graty”, które jak zwykle bywa w takich przypadkach mogą się przydać. Wszystko mogło się przydać, ważny był także wóz, którego w gospodarstwie nie było, ale najważniejsze były konie i to dwa. Może niezbyt dobrze dobrane, trudno jednak były. Wysoka klacz (kobyła półkrwi angielskiej co może da się jeszcze za źrebić, jak fachowo oceniał ojciec) i niezbyt duży wałach. W parze (nie sam, a w połączeniu z drugim koniem) może z powodzeniem pracować, przekonywał nas pan Mychlewicz. Opijanie sukcesu odbywało się także w naszym domu, stąd dowiedzieliśmy się więcej o historii ich eskapady. Głównie od pana Mychlewicza. Ojciec mówił raczej mniej. Konie rzeczywiście „kupili” od Rosjan. Pan Mychlewicz opowiadał, jak wypytali ich dokładnie o drogę którędy mogą wracać, a potem pojechali w przeciwną stronę. Wozy znaleźli porzucone po drodze. „Graty” zbierali w różnych miejscach, przeważnie w porzuconych poniemieckich gospodarstwach. O mało się nie potopili, bo tamy na Żuławach zostały powysadzane i drogi były pozalewane. Od Rosjan, a może w polskich posterunkach MO wykombinowali (wszechwładny bimber) jakieś przepustki broniące ich przed zarekwirowaniem zdobytych dóbr. Może pomogły. W każdym razie największy skarb – konie zostały zdobyte. Stały się naszą własnością. Ojciec mógł wyjechać na pole i to nie tylko swoje. Posiadacz koni, to nie był byle kto. Mógł dopomóc obrobić rolę tym, co koni nie mieli i zarobić.

Klacz długo nam służyła. Ciężka praca spowodowała, że nieco przygasła. Zwiesiła głowę. Bywały jednak momenty gdy odżywała. Gdy zdarzało się, że grała orkiestra, następowała istna metamorfoza. Sam kiedyś byłem tego świadkiem, gdy byliśmy w Lipnie i szedł pochód z orkiestrą. Klacz naraz podniosła głowę i zaczęła iść sprężystym krokiem wysoko podnosząc nogi. Wojskowy koń oceniali znawcy.

Wśród przywiezionych „gratów” zapamiętałem dwa: urządzenie do produkcji lin i „saperki” – niemieckie, żołnierskie buty z cholewami. Saperek matka nie chciała przyjąć do domu. Pewno zdjęte z zabitego żołnierza – zawyrokowała. W końcu zostały postawione w sieni pod schodami „na górę” i stały tam jakiś czas, dopóki coś mnie nie podkusiło, ale opowiem o tym później.

Urządzenie do skręcania lin bardzo mi się spodobało. Zainteresowała mnie jego budowa. Podstawowa część urządzenia miała przekładnię zębatą (koła zębate wykonane były z drewna), przy pomocy której kręcąc korbą można było wytworzyć linkę złożoną maksymalnie z czterech (mogło ich być także dwa lub trzy) sznurków. Powtarzając wielokrotnie proces można było wytworzyć linę dowolnej grubości i wytrzymałości. Urządzenie okazało się bardzo przydatne. Zainteresowało się nim i używało go wielu, w tym pan Ruciński, rymarz z Kikoła. Za użytkowanie urządzenia wyremontował on (w każdym razie taniej) dość sfatygowaną uprząż naszych zdobycznych koni. Jak z tego widać powiedzenie, że na wsi w gospodarstwie rolnym wszystko się przyda jest prawdziwe i ma swoje uzasadnienie.

Pewno mógłbym przytaczać przydatność innych przywiezionych przez ojca gratów, ale wcześnie otwarte zostały szkoły tym razem nasze i na nie skierowane zostało moje zainteresowanie. Ojciec na mnie liczył i nie mogłem go zawieść. Odwiedziłem wtedy wiele szkół, byle się uczyć. Przyjmowano mnie wszędzie niby sprawdzając moją wiedzę. Miałem jej tyle ile mogło mnie nauczyć starsze rodzeństwo na książeczce do nabożeństwa. Umiałem czytać i trochę pisać. W takim razie bardziej sprawdzano moją chęć do nauki niż wiedzę.

W końcu wylądowałem w prawdziwej szkole; przyjęty zostałem do 7 klasy szkoły powszechnej w Toruniu. Tą część mojego życiorysu i edukacji opisałem w cytowanym już w części „Moje Liceum”. Tu dołączę jeszcze jeden fragment moich grodzeńskich przeżyć.

Wyzwoliciele

Właściwie wejścia wojsk radzieckich na nasze tereny można było nie zauważyć. Rosjanie przekroczyli Wisłę w okolicy Warszawy i Niemcy oddali nasze tereny bez walki. Przygotowane linie obronne przed Toruniem na nic się nie zdały. Toruń też został zdobyty bez walk. Architektonicznie ocalał. Miałem możność to stwierdzić mieszkając w Toruniu zaraz po wojnie. Gdy porównałem Toruń jaki widziałem wtedy (rok 1947) z widokiem Warszawy i Wrocławia (miasta te widziałem znacznie później, bo w latach 50.) zrozumiałem czym dla miasta mogą być walki na ich terenach. Te miasta były niewyobrażalnym, nie do opisania „morzem ruin”.

Wróćmy do wyzwolicieli. Rzeczywiście byli „inszy i cieńszy”. Ci co oglądali żołnierzy pierwszej linii mówili o ich słabym wyposażeniu osobistym i brakami wyżywienia. Nasza wieś ich właściwie nie oglądała. Do nas, na dalsze wsie zaczęli docierać „żołnierze armii wyzwoleńczej” dopiero później. Mówiono, że to maruderzy. Nie wiem dlaczego wszyscy nazywali ich „kacapami”. Łazili często podchmieleni i szukali, może coś się trafi, jakaś „zdobycz”. Zawsze szukali „germańców”. Szukali wszędzie, także w szafach i szufladach. Niestety cennych dla nich rzeczy: zegarków, rowerów itp. nie było. Kobiety „w tzw. wieku poborowym” skrzętnie się chowały. Nasze tereny nie należały, jak twierdził mój brat, do „zdobycznych” i zdaje się był tu ścisły zakaz gwałcenia „zdobyczy”. Nie mniej chowały się tak na wszelki wypadek i nie zawsze bez powodu. Jak już napisałem nie byliśmy odwiedzani przez żołnierzy zwycięskiej armii zbyt często. Kilka jednak wizyt było, a niektóre w sposób szczególny zapamiętałem. Wspomną o trzech

1. Po raz pierwszy odwiedziło nas dwóch „bojców” dość wcześnie po odejściu Niemców.

Mieliśmy jeszcze te „warchlaki”, o których pisałem jako o nadziei, że urosną i jednego z nich zjemy. W końcu będzie nam wolno zabić i zjeść świniaka.

Przyszli wieczorem. Jeden zabawiał rozmową ojca, drugi myszkował po obejściu. Ojciec nieco po rosyjsku umiał. W każdym razie dogadywał się z nimi. Tłumaczył, że Germańcy „uszli i wsio” zabrali. Niestety wrócił ten myszkujący po obejściu i triumfalnie oświadczył, że zabrali „nie wsio, kabany ostali”. Postanowili rozprawić się z nimi żołnierskim sposobem i je „rozstrzelać”. Ojciec długo im tłumaczył, że dzieci będą się bały i że będzie lepiej gdy on sam tym się zajmie. Wyjął i naostrzył specjalny do tego celu nóż (mieliśmy taki), poszedł do szopy i „zamordował” dwa prosiaki. Wkrótce dostali worek z zawiniętymi w kawałek płótna mięsem z dwóch naszych maleńkich świnek. Odpłynęły wraz z nimi „marzenia” o tym, co za te świnki starzy kupią gdy urosną.

Ojciec jakby wyraźnie zmęczony posiedział chwilę ze spuszczoną głową, następnie skinął na matkę. Wyszli do szopki gdzie ojciec zamordował pozostałe prosiaki. Matka całą noc przygotowywała je do schowania, tak jak to się działo w czasie okupacji. Zostały zapakowane do tzw. kamiennych garnków, zalane tłuszczem i zakopane. Jadłem je później kilkakrotnie. Nic tak delikatnego i pysznego nigdy nie miałem w ustach, a przecież wielokrotnie na organizowanych konferencjach piekliśmy prosiaki na rożnie. To nie było już to samo, co wtedy.

Pewno dziwicie się, że ojciec z zabiciem tych świnek nie poczekał aż urosną. Nie czekał i słusznie. Po dwóch dniach znów nas odwiedziło dwóch żołnierzy i poszukiwali pilnie „germańców”. W końcu (mimo że ojciec dowodził później, że to nie byli ci sami), zagadnęli o kabany. Ojciec rozłożył ręce. Byli kabany, no wczera priszli wasi sołdaty i szkoda, ale zabrali wszystkie. W ten sposób rozwiązany został szybko i skutecznie „spadek” po pani Dikau w postaci pięciu prosiaków.

2. Następne spotkanie było dość zabawne i dlatego je zapamiętałem. Przyszli w dzień. Dość wcześnie przed południem. Też było ich dwóch. Maszerowali traktem, zatrzymali się przy drodze prowadzącej do naszego domu i długo dyskutowali. Z okna w kuchni byli z pewnym niepokojem obserwowani. Gdy zdecydowali się nas odwiedzić matka i siostry upłynniły się. Tak czyniły zawsze, gdy tylko było to możliwe. Nie należało kusić losu. Wtedy tak uczynić nie tylko należało, ale można było to bezpiecznie zrobić. Odwiedziła nas wtedy babcia ze strony ojca i to ja z babcią mogliśmy wspólnie reprezentować domowników.

Byli grzeczni i zapytali babcię o coś do zjedzenia. Siedziałem na ławce przy oknie i z zainteresowaniem obserwowałem całe zajście. Babcia całe życie mieszkała w Działyniu, niewielkiej wiosce leżącej w środku Ziemi Dobrzyńskiej. Mimo, że przez większość czasu przebywania na tym „padole łez” była poddaną „jego carskiej wysokości”, znajomość języka rosyjskiego nie była jej najmocniejszą stroną. Zrozumiała jednak co znaczy pokuszać”. Ze swadą zaczęła dowodzić, że do obiadu jeszcze daleko, a u nas bieda i za bardzo nie ma nawet na obiad co ugotować. Przypuszczam, że zrozumieli z gadaniny mojej babci jeszcze mniej niż ona z ich, bo przystąpili do konkretów.

Sało, starucha imiejesz – zapytał jeden z nich. Babcia zdumiała się.

– Sadło[17], sadła panocku to my już od dawna nie robimy i nie jemy. Widać było, że w kwestii sadła babcia ma dużą wiedzę i gotowa jest podjąć szerzej zakrojony dyskurs, którym oni nie byli jednak zainteresowani. Przypuszczam nawet, że subtelnej różnicy pomiędzy „sałem” a „sadłem” nie zauważyli. Postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i poszukać. Widać było, że mają w tej kwestii praktykę, gdyż jeden z nich zajrzał pod okap nad kuchnią, gdzie gospodynie wieszały czasami kawałki słoniny lub boczku. Nie było. Za to drugi, gdy zajrzał do szafki spełniające rolę kredensu wynalazł tam gdzieś kawałek słoniny. Z triumfem zaniesiony on zastał przed oczy mojej babci jako dowód jej niesubordynacji.

– Nieładnie. Wriosz starucha. Powiedziałaś, że sała niet, a sało jest. Babcie wysoce zdumiona łapała powietrze jak ryba wyjęta z wody. Starała się coś powiedzieć, wyjaśnić, ale nikt jej już nie słuchał. Przybysze podzielili solidarnie znaleziony kawałek słoniny na dwie równe części, schowali je do toreb i wyszli. Przed tym jeden z nich groźnie pogroził mi palcem. Malczik, a też prawdy nie mówi.

Babcie długo sumitowała się mojej matce. Wiem, że takie chłopy to są ciągle głodne. Nie wiedziałam, że masz tam w szafce ten kawałek słoniny. Zabrali. Pewnie gdybym wiedziała to bym im dała, ale oni chcieli sadła.

3. Spotkanie trzecie zapamiętałem najlepiej. Dotyczyło tylko mnie. Pisałem już, że z „szabrów” między innymi przedmiotami przywiózł ojciec saperki, takie podkute niemieckie buty z cholewami. Matka wyrzuciła je z domu; stały zakurzone pod schodami na strych. Mnie się podobały. Czasami jak nikt nie widział zakładałem je i paradowałem. Parady były początkowo tylko po podwórku, ale z czasem coraz dalsze. W czasie który właśnie wspominam zawędrowałem nad sadzawkę. Woda z sadzawki przelewała się przez drogę do rowu po drugiej jej stronie. Była wiosna i pewno tarły się karaski bo w rowie po drugiej stronie grogi było ich sporo. Brodząc w płytkiej wodzie na drodze (saperki to umożliwiały), zapatrzony na pływające karaski nie zauważyłem zbliżających się dwóch żołnierzy wyzwolicielskiej armii, którzy nadeszli od strony traktu. Oczywiście nie zainteresowali się mną, za to zwrócili szczególną uwagę na saperki. Przyjrzeli się im uważnie, następnie jeden z nich wziął mnie pod pachy i wyciągnął z tych butów. Drugi przymierzył je i widocznie stwierdził, że pasują, leżą dobrze. Postukał nogami z zadowoleniem, a mnie włożyli do jego „walonków”. Wtedy nie miałem pojęcia co to takiego walonki. Stwierdziłem jedynie, że jest w nich mokro. Chlupała woda. Pewnie wiedział także o tym ich pierwotny właściciel, bo z troską w głosie powiedział:

– Bystro udzieraj doma; pierestudziszsja.

Też byłem zdania, by szybko uciec do domu. Walonki zostawiłem pod schodami i pobiegłem do naszej kuchni, gdzie przeważnie zawsze siedziałem. Niestety mokre ślady zdradziły, że coś nie jest ze mną w porządku. Nie ściemniałem i chcąc nie chcąc musiałem przyznać się jak zwykle matce do nowej, niechlubnej przygody jakie niestety stanowczo za często mi się zdarzały. Myślałem, że będzie awantura, ale o dziwo upiekło mi się. Słyszałem jak matka tłumaczyła staremu, by dał mi spokój. Były jakiegoś żołnierza i do żołnierza poszły – dowodziła. W taki sposób wspomogłem oswobodzicieli. Mam nadzieję, że saperki dotarły do Berlina, chociaż biorąc pod uwagę odległość i średni czas przeżywania żołnierza na froncie, trudno zakładać, by na tych samych nogach. Nam zostały walonki. Niestety walonki praktycznie nie miały podeszew. Same dziury. Z takimi brakami w wojnę potrafiliśmy sobie radzić. Ojciec wystrugał z topolowych desek podeszwy i zamocował je do odciętych górnych części walonek. Takie buty powszechnie były noszone w czasie okupacji z tym, że wykorzystywano wierzchy z butów skórzanych. Nazywano je „klumpami”. Ten nowy rodzaj „klumpów” był ciepły i był używany przez różnych członków rodziny. Szczególnie sprawdzały w suchą mroźną pogodę. Ja pomny na pecha jakie mi przyniosły stroniłem od nich. Zresztą były stanowczo na mnie za duże.

Pożegnanie Grodzenia.

Zgodna z definicją mego ojca „nasza szkoła” pojawiała się po 1944 r. na kolejno wyzwalanych spod okupacji niemieckiej terenach naszego kraju. Była ona strasznie uboga zarówno pod względem kadr nauczycielskich jak i pomocy szkolnych. Wszędzie pewno nie było najlepiej, ale dotyczyło to w szczególności terenów wcześniej włączonych do rzeszy niemieckiej. Nauczycieli, jakich przed wojną wyszkolono dla tych szkół, wymordowali Niemcy. Taki cel postawili sobie na samym początku okupacji i z systematycznością wartą lepszej sprawy go zrealizowali. Nie miał więc kto uczyć polskich dzieci. Aby w ogóle rozpocząć działanie szkół, zatrudniano w nich osoby przypadkowe, bez należytego przygotowania fachowego. Ponadto nie tylko nie było żadnych podręczników, ale nawet zeszytów. Mnie przypadkowo udało się otrzymać z majątku z Ciełuchowa zadrukowane z jednej strony formularze o rozmiarze zeszytu. Ojciec zrobił mi w ich pliku otworki i przewiązał sznurkiem. Powstał w ten sposób rodzaj zeszytu. Z nie zadrukowanych stron jego kartek mogłem korzystać. Takie to były czasy.

Za to potrzeby były ogromne. Do szkół zgłaszała się młodzież od lat siedmiu do… – górnej granicy nie sposób było podać. Ja miałem już dwanaście lat i do żadnej szkoły jeszcze nie uczęszczałem. Epizodu z edukacją okupacyjną nie liczę. Na możliwość uczenia się oczekiwały zarówno dzieci znacznie ode mnie młodsze jak i osoby praktycznie dorosłe.

Naukę rozpocząłem w szkole otwartej zaraz po wyzwoleniu w Grodzeniu. Humorystyczne podział dzieci na klasy opisałem, o ile pamiętam, w części zatytułowanej „Moje Liceum”. Trudno zliczyć sposoby jakimi próbowałem zdobywać wiedzę. Chodziłem do szkoły w Grodzeniu, Ciełuchowie i Kikole. Wszędzie było podobnie. Poziom nie rokujący szybkiego nadrobienia strat spowodowanych nie wykorzystanym okresem wojennym. Uczęszczałem dodatkowo na lekcje prywatne. Ogólnie ten okres mogę scharakteryzować w jednoznaczny sposób: chaos organizacyjny i programowy, jednym słowem miotanie się. Widzieli to także moi rodzice. Ojciec wykorzystując sąsiedzkie znajomości znalazł dla mnie lokum w Toruniu i „wybłagał” u dyrektora Szkoły Podstawowej nr. 4 przy ul. Sienkiewicza warunkowe[18] przyjęcie mnie do klasy siódmej. Nie byłem zupełnie surowy. Pierwsze lekcje otrzymałem od starszego rodzeństwa. Czytać nauczyłem się z książeczki do nabożeństwa.

Z pisaniem było nieco gorzej, lecz nie beznadziejnie. W końcu przez prawie dwa lata biegałem po szkołach w sąsiedztwie mojej wsi i czegoś się tam nauczyłem. W połowie roku szkolnego zmienił się dyrektor i nikt o moim warunkowym przyjęciu już nie pamiętał. Nie było także potrzeby o tym pamiętać.

Bez trudu przyswajałem sobie nauczany materiał i absolutnie nie odstawałem od reszty moich kolegów[19]. Wprost przeciwnie należałem do grona wyróżniających się uczniów. Szkoła przechodziła reorganizację i miała od następnego roku szkolnego po raz pierwszy zorganizować naukę w klasie ósmej. Pani dyrektor namawiała mnie bym pozostał w szkole na rok następny[20]. Was to nie dziwi? Mnie teraz tak.

Wiele szczegółów z pobytu w szkole w Toruniu zawarłem w części zatytułowanej „Moje Liceum”. Nie będę się tu się powtarzał, chociaż czas tam spędzony zarówno w szkole jak i wśród kolegów uważam za niezwykle dla mnie udany i życiowo ważny. Zdobyłem tam życzliwych mi kolegów i przyjaznych ludzi spośród rodziców moich kolegów. Po raz pierwszy byłem w kinie i teatrze. To niezapomniane przeżycia. Odkryłem, także z pomocą napotkanych tam osób, świat książek. Towarzyszy on mi do dziś, chociaż nie mogę już tak wiele czytać jak kiedyś.

Pobyt w toruńskiej szkole dał mi bardzo wiele. Jednocześnie, jak sądzę dzisiaj, był to początek rozbratu z moją rodzinną wsią. Może nie do końca jeszcze uświadomionym, ale zdecydowanie pewnym przekonaniem, że już tam nie powrócę.

21. Z moim bratem Jankiem w 1952 r.

Oczywiście miałem tam rodzinę do której tęskniłem, zależałem od ich materialnej pomocy w czasie nauki w liceum i za tą pomoc byłem im wdzięczny, lecz nie widziałem tam miejsca dla swojej aktywności życiowej. Zdjęcie 21 dokumentuje chyba pierwszy, poza pobytem na pogrzebie ojca, urlop spędzony w Grodzeniu. Był to w takim razie rok 1952. Wtedy nastąpił już pełny rozbrat z moją wsią. Stało się to w momencie rozpoczęcia studiów w Wojskowej Akademii Technicznej. Ukształtowały się moje życiowe cele do zdobycia: wyższe wykształcenie techniczne – inżynierskie, zawód: oficer WP. Występowały w kolejności takiej, w jakiej zostały tu napisane. Priorytet – to studia inżynierskie, służba wojskowa rzecz wtórna, tylko dlatego, że ułatwiała, wręcz umożliwiała studiowanie.

Kiedyś, przy okazji kolejnej laserowej konferencji, brałem udział w gruzińskiej biesiadzie. Piliśmy wino. Tamada[21] niespodziewanie poprosił mnie jako gościa z Polski o wzniesienie toastu. Tam, w Gruzji wznoszenie toastu, to specyficzna ceremonia. Toasty są celebrowane. Wiedziałem o tym. Słyszałem ich wiele. Wzniosłem toast za ojczyznę mówiąc, że rozumiem przez to skrawek ziemi po której stąpałem jako dziecko i skrawek nieba, który znajdował się ponad nim. Biorąc rozbrat z moją rodzinną wioską, żegnałem moją małą ojczyznę, owe skrawki ziemi i nieba.

  1. M. Blachowska, J. Kuczkowska, K. Kuczkowski „Kikół i okolice na tle dziejów Ziemi Dobrzyńskiej”, Rypin – Kikół 1997 (ISBN 83-907270-4-8).

  2. Czynię to z prawdziwą przykrością. Nie tylko dlatego, że jedną z autorek publikacji jest córka mojego szkolnego kolegi i przyjaciela Andrzeja Blachowskiego, ale i dlatego, że publikację uważam za bardzo interesującą i potrzebną. Swymi uwagami może ją jedynie wzbogacam. Mam taką nadzieję.

  3. Cytowana powyżej publikacja (str. 70. – pisownia zgodna z notacją źródłową).

  4. Wszystkie nazwiska niemieckie będę podawał w brzmieniu fonetycznym, tak jak były wymawiane, gdyż pisowni ich nie znam.

  5. Zakon, na zaproszenie w 1212 r. króla Węgier Andrzeja II, zamieszkiwał już w Siedmiogrodzie, skąd z wielkim trudem udało się ich po dziesięciu latach wypędzić.

  6. Nie ukrywam, że adresatami moich wspomnień są głownie nasze dzieci, wnuki i mam taką cichą nadzieję prawnuki. Do nich to co piszę i o czym piszę kieruję.

  7. Jak już zaznaczyłem wszystkie nazwiska niemieckie podaję w brzmieniu fonetycznym. Nie znam ich pisowni.

  8. Nazwy miejscowości podaję w oryginalnym brzmieniu polskim. Niemcy oczywiście je pozmieniali. Nie używam ich. Nie wszystkie pamiętam, a zresztą dobrze, że niedługo trwały i niech tak pozostanie.

  9. Znów kłopot z pisownią.

  10. Proszę przeczytać II. Wspomnienia Jana Wasilewskiego

  11. Na mojej prowizorycznej mapce zaznaczony jest ów zakręt i oznaczona jasno zielonym kolorem hipotetyczne położenie wspomnianej w relacji wierzby.

  12. Rodzina i nazwisko podobno wywodzi się od położonej w tej okolicy miejscowości Zbójno.

  13. M. Blachowska, J. Kuczkowska, K. Kuczkowski „Kikół i okolice na tle dziejów Ziemi Dobrzyńskiej”, Rypin – Kikół 1997, (ISBN 83-907270-4-8)

  14. Jak wiadomo w 1937 r. kiedy majątek i pałac zostały zlicytowane i stały się własnością cukrowni Chełmica

    w pałacu utworzono szkołę. Jak widać możliwości jego zagospodarowania po wojnie były.

  15. „Moje Liceum” w: 100 lat zespołu szkół im. Romualda Traugutta w Lipnie – wiek historii, tradycji, wspomnień…, praca zbrojowa, Lipno 2017, (str. 486)

  16. Trochę na ten temat napisałem w części „Moje Liceum”.

  17. Tłuszcz wołowy przechowywany w specyficznych warunkach (w pęcherzu) i jedzony dawniej na wsi.

  18. Warunkiem było nadrobienie ewentualnych braków do końca półrocza nauki.

  19. Szkoła była dla chłopców.

  20. Spotkałem tam prawdziwych pedagogów. Pani dyrektor wiedziała o nas wiele, a o mnie prawie wszystko. Także to, że mieszkałem kątem u ludzi, którzy sami mieli trudne warunki lokalowe.

  21. Mistrz ceremonii podczas tradycyjnej gruzińskiej uczty

4 Comments

Łukasz Dykowski

4 czerwca 2021 at 19:54 Odpowiedz

Dzień dobry
Bardzo interesujący artykuł! Mój dziadek Benedykt Dykowski pochodził z Grodzenia, czy kojarzy pan nazwisko Dykowski? Urodzony w 1917.

Zdzisław Jankiewicz

28 września 2021 at 21:47 Odpowiedz

Szanowny Panie Łukaszu.
Z przykrością informują, że niestety z nazwiskiem Dykowskich w Grodzeniu osobiście nie spotkałem się. Co gorsze mój brat, który znał prawie wszystkich mieszkańców Grodzenia, również o Pana przodkach nie wspomina. Jedynym tego wytłumaczenie może być fakt, że członkowie Pańskiej rodziny zamieszkali w Grodzeniu już po wojnie. Tego okresu opisywana przez nas historia nie obejmuje. Taki los opowieści snutych przez starych ludzi. Wiele domostw i ludzi, o których piszę już nie istnieje, to mogą także pojawić się nowe domy i ludzie. Nie mniej cieszę się, że Pan napisał ten komentarz. Na moim blogu istnieje część “GOŚCINNA”. Może Pan tam zaproponować umieszczenie bardziej szczegółowej wzmianki o zamieszkiwaniu w Grodzeniu członków Pana rodziny.
Z poważaniem Zdzisław Jankiewicz

Piotr Olkowski

11 lipca 2021 at 17:42 Odpowiedz

Mój pradziadek Szczepan, dziadek Jan i ojciec Mirosław Olkowscy pochodzili z Grodzenia. Dziękuję za tę wspaniałą lekturę o miejscu z kąd pochodzi moja rodzina. Czy są jeszcze gdzieś jakieś dokumenty by poszeżyć wiedzę o mojej rodzinie?

Zdzisław Jankiewicz

28 września 2021 at 22:24 Odpowiedz

Szanowny Panie Piotrze
Bardzo dziękuję za przeczytanie części mego blogu poświęconej mojej rodzinnej wsi – Grodzeniowi i za miły do niego komentarz. Przed wojną i w czasie okupacji mieszkał w Grodzeniu, jak wynika z listu, Pana pradziadek Szczepan Olkowski. Wspomina o tym mój brat. On znał wszystkich mieszkańców Grodzenia, pamiętał ich wojenne losy i wiedział gdzie znajdowały się .ich gospodarstwa. Ja niestety tej wiedzy już nie mam. Dość wcześnie opuściłem naszą wieś i jej mieszkańcami mniej się interesowałem. Niestety, szanowny Panie Piotrze, historię swojej rodziny musi Pan sam odtworzyć. Proszę próbować – warto. O samym Grodzeniu są wzmianki w publikacjach dotyczących Ziemi Dobrzyńskiej. Ale są to jedynie wzmianki. Proszę zapoznać się chociażby z pozycją: M. Blachowska i inni “Kikół i okolice na tle dziejów Ziemi Dobrzyńskiej”.
Z poważaniem Zdzisław Jankiewicz
PS. Gdyby chciał Pan napisać cokolwiek o swojej rodzinie w Grodzeniu, może Pan zaproponować umieszczenie tego tekstu na moim blogu w części “GOŚCINNEJ”. ZJ.