| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Przygoda laserowa

Nie wiem czy mi się uda, ale chciałbym wyjaśnić na czym polega fenomen lasera, a jednocześnie jego specyfika. Niby łatwo to zrobić posługując się dość elementarną analizą matematyczną. Dla tych, którzy nie obawiają się takiego podejścia polecam zawarte na tej stronie trzy pierwsze prelekcje umieszczone w części Meandry Techniki Laserowej: 

  1. Wzmacniacz kwantowy to bardzo proste;
  2. Dlaczego nie Masery;
  3. Dlaczego Lasery.

Nie o takie podejście w tym miejscu mi chodzi. Może uda się wyjaśnić to bez uciekania się do matematyki. Może, aby to zrozumieć, wystarczy odrobina wiedzy o świecie i zdrowego rozsądku. Ja spróbuję, a państwo – ewentualni czytelnicy – ocenią. Jeżeli nie akceptujecie tego podejścia, proszę pominąć pierwsze cztery strony i przejść do piątej.

Cała filozofia wynalazku lasera zawarta jest w nazwie (oczywiście po angielsku):

L A S E R – Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation

Pierwsza litera określa pasmo w jakim urządzenie działa – światło, zakres optyczny. W takim razie łatwo rozszyfrować pierwszą literę nazwy M A S E R. Pierwsza litera to Microwave – mikrofale – zakres fal jakie wykorzystujemy w radarach, łączności satelitarnej, kosmicznej itp. A – Amplification – oznacza po prostu wzmocnienie. To zrozumiałe. Człon ostatni wyjaśnia w jaki sposób zachodzi wzmocnienie: przez Stymulowaną (wymuszoną) Emisję PromieniowaniaNa razie ten zwrot nie jest jeszcze nam dostatecznie dobrze znany i cała sztuka polega na tym, byśmy go sobie wyjaśnili. Pojęcia emisji wymuszonej (stymulowanej) wprowadził do nauki A. Einstein w 1917 roku, dowodząc, że może ona służyć do wzmacniania promieniowania tj. jak często nazywamy wzmacniania fal  e-m (elektromagnetycznych). Są nimi fale radiowe, fale na których przekazujemy informację z telefonu komórkowego, fale radarów, a także fale świetlne za pomocą których widzimy nasz piękny świat. Jak widać te fale towarzyszą nam wszędzie i zawsze. Wytwarzane mogą być w sposób naturalny: świeci słońce, gwiazdy, palą się lasy i błyska wyładowanie atmosferyczne (piorun). Możemy wytwarzać te fale w sposób sztuczny: łuczywo, świeca, żarówka (gdy mamy już elektryczność). 

Tu zajmować się zamierzamy generatorami tych fal wytwarzającymi je w sposób sztuczny, ale mieć będziemy na myśli sposoby bardziej wyrafinowane i bardziej wyszukane ich produkty. Będą to fale wykorzystywane w telekomunikacji: fale radiowe, radarowe, mikrofale, fale laserowe itp. Mimo różnorodności, mają one jedną cechę wspólną: mocno ograniczone (bardzo wąskie) pasmo częstotliwości. Często nazywamy je falami monochromatycznymi chociaż nie zawsze oznacza to, że są ściśle jednoczęstotliwościowe. Jeżeli taka fala niesie informację, to wartość częstotliwości pozwala ją wyróżnić, wykryć ją spośród innych i odebrać odpowiednio selektywnym urządzeniem odbiorczym.  

Energetycznie falę elektromagnetyczną, upraszczając zagadnienie, traktujemy często jako strumień identycznych cząstek o zerowej masie – fotonów poruszających się z szybkością światła (c = 300 000 km/s). Energia fotonu jest wprost proporcjonalna do częstotliwości fali, a współczynnikiem proporcjonalności jest wielkość nazywana stałą Plancka.

Prawo Plancka wyraża się prostą zależnością:

Ef = h v , gdzie:  
gdzie:   v – częstotliwość fali [1/s]; h6,6260693 10-34 [J s] – stała Plancka

Zależność ta oznacza to, że fale niosą określoną energię, a ich generator musi być wyposażony w źródło energii, by taką falę wytworzyć. To ważna konstatacja, bowiem mogą to być różne źródła.  

Przed 1917 r. tzn. publikacją A. Einsteina na temat emisji wymuszonej i opartych na tej zasadzie wzmacniaczy i generatorów kwantowych istniały już generatory fal elektromagnetycznych, które dla odróżnienia nazwiemy generatorami klasycznymi. W takim razie, jak z tego wynika, mamy do czynienia z dwoma typami wzmacniaczy (generatorów): klasycznymi, tymi starszymi, powstałymi jeszcze przed 1917 r. i kwantowymi, których zasada działania wprowadzona została przez Einsteina. Czym się różnią i jak mogą być wykorzystane. 

Wszystkie układy nazwane klasycznymi mają jedną wspólną cechę. Do wytwarzania w nich fal e-m wykorzystywana jest energia kinetyczna swobodnych elektronów. Elektronom swobodnym bardzo łatwo nadać energię kinetyczną. Mają one ładunek ujemny i w stałym polu elektrycznym można je przyspieszyć zwiększając ich prędkość tj. energię kinetyczną.

Swobodny, nie związany z cząstką materialną np. atomem, elektron może istnieć w próżni lub  w tzw. pasmie przewodnictwa metali i półprzewodników. Pierwsze generatory fal e-m wykorzystywały próżniowe przyrządy elektronowe zwane lampami próżniowymi np. trój elektrodowe, zawierające katodę, siatkę i anodę – triody. W nich z podgrzewanych katod wyrzucane są elektrony, które rozpędzone w polu elektrycznym wytworzonym przez dodatnie napięcie przyłożone do anody, docierają do niej, a następnie do obwodu rezonansowego, by w określonych warunkach (dodatniego sprzężenia zwrotnego) oddać do pola e-m tam zgromadzonego swoją energię kinetyczną. Tak oto w bardzo uproszczony sposób działa klasyczny generator fal e-m. Jeżeli czytelniku masz jeszcze wątpliwości, to wyobraź sobie, że bawisz się z swoim dzieckiem na huśtawce. Huśtawka, to obwód rezonansowy. Aby  nieprzerwanie huśtać swoje dziecko, powinieneś popychać huśtaną pociechę, inaczej drgania zgasną, huśtanie ustanie. Popychanie, odpowiada właśnie owym porcjom elektronów, które powinny dopływać do obwodu rezonansowego. Odpowiedni moment, kiedy popychanie (dopływ porcji elektronów do obwodu rezonansowego) jest skuteczne nazywa się dodatnim sprzężeniem zwrotnym. To wszystko. Mam nadzieję, że proste. Jeżeli nie, napisz. Porozmawiamy.

Generatory działającej na powyższej zasadzie mają swoje ograniczenia. Jest nią bezwładność elektronu. Ma on swoją masę i przekazanie mu dodatkowej energii kinetycznej (prędkości) wymaga czasu. Przy wytwarzaniu fal o coraz większej częstotliwości (coraz mniejszy okres drgań) tego czasu zaczyna brakować. To ogranicza górną częstotliwość wytwarzanych fal obecnie do dziesiątków GHz (gigaherców = miliardów drgań w sekundzie). Długość fali w powietrzu odpowiadająca tej częstotliwości wynosi ok. 1 cm. To zakres nazywany w technice – mikrofalami. Jest on jeszcze daleki od długości fal świetlnych – ok. 1 µm (mikrometra). Te, jak z powyższego widać, są bardzo wiele, bo aż dziesięć tysięcy razy, krótsze. To dlatego pisałem, że laser tak poruszył środowisko uczonych. Tradycyjnymi metodami nie umiano, a i dziś w zasadzie też nie umiemy wytwarzać, generować fal świetlnych.1

Na jakiej zasadzie działają wzmacniacze (generatory) kwantowe, że przekroczyły tą barierę. One do wytwarzania fal e-m nie wykorzystują elektronów swobodnych, nie wykorzystują także ich energii kinetycznej. A. Einstein zaproponował, by do tego celu wykorzystać energię potencjalną konfiguracji elektronów związanych z cząsteczkami materii. Innymi słowy zwrócił uwagę, że można użyć do tego charakterystyczne, dozwolone poziomy energetyczne, jakie każdy element kwantowy (atom, jon, molekuła) może przyjmować. Położenie i liczba poziomów energetycznych (są to energie potencjalne, nie związane z ruchem elementu kwantowego) wynika z możliwych, dopuszczalnych prawami fizyki organizacji jego powłoki elektronowej lub części składowych w przypadku molekuł. Liczba i położenie poziomów energetycznych może być zmieniana przez umieszczenie danego elementu w stałych polach: elektrycznym lub magnetycznym. Nie wdając się w szczegóły, należy zaznaczyć, że widmo stanów (poziomów) energetycznych jest cechą indywidualną, wyróżniającą dany element kwantowy spośród innych. Jest jego metryką. Element kwantowy, nie może przyjąć innej energii niż, wyznaczone mu prawami fizyki, wartości. Czy możemy w takim razie wiedzieć jaką cząstka ma energię, na którym poziomie energetycznym w danej chwili się znajduje? Znów zgodnie z prawami fizyki materia dąży do przyjęcia możliwie najmniejszej energii. Woda spływa z gór na niziny. Rzucony do góry kamień spada na ziemię itp.  W takim razie dana cząstka – element kwantowy powinien dążyć do zajęcia najniższego z możliwych poziomu energetycznego. To prawda i pewno wszystkie cząstki znajdowałyby się na najniższych z wyznaczonych dla nich energetycznych poziomach, gdyby nie istniały czynniki zakłócające ten stan. Czynnikami zakłócającymi jest istnienie w przyrodzie niezależnych od nas źródeł energii. Każdą, nawet najmniejszą, objętość naszej przestrzeni przenikają fotony promieniowania pochodzące z kosmosu. Wiele z nich widzimy. Widzimy promieniowanie słońca i gwiazd. Znacznie więcej tego typu promieniowania nie widzimy, ale ono istnieje. Więcej, jak udowodnił Max Planck, każde ciało materialne, mające temperaturę wyższą od zera bezwzględnego, jest źródłem promieniowania e-m. Ponieważ wszystkie przedmioty na ziemi mają temperaturę wyższą od owego zera bezwzględnego, to świecą. My również świecimy, co prawda światłem poza zakresem widzialnym, ale świecimy. Dalszym, niezależnym od nas źródłem energii jest ruch izwiązana z nim energia kinetyczna. Z tym rodzajem energii związane jest także pojęcie temperatury i odczuwanie przez nas ciepła i zimna. Pojęcie temperatury traci sens jeżeli nie odnosimy jej do materii.

Powszechnie istniejące, powszechnie dostępne źródła energii nie mogą nie oddziaływać na cząsteczki – rozpatrywane przez nas elementy kwantowe. Jeżeli dotrze do nich porcja energii równa różnicy do jednego z wyższych poziomów, pochłoną ją i zmienią swoją energię potencjalną, przejdą na wyższy energetyczny poziom – poziom wzbudzony. Poziomy wzbudzone nie są trwałe i prędzej czy później cząstka przejdzie do poziomów niższych Związane jest to z utratą pewnej porcji energii, a nasz element kwantowy staje się wtedy źródłem energii, którą mogą wykorzystać inne cząstki. Jak widać w przyrodzie mamy do czynienia z „chaotyczną” zmianą energii potencjalnej cząsteczek tworzących materię w górę i w dół. Zmiana w górę związana jest z pochłanianiem porcji energii, a w dół jej emisją.

Jak słusznie przypuszczamy w określonych warunkach zewnętrznych (określa ją właśnie temperatura), powinien ustalić się pewien uporządkowany stan uśredniony. Określa go statystyka zwana od nazwiska uczonego, który ją wprowadził Prawem Boltzmanna. Zgodnie z nim każdy układ pozostawiony przez dostatecznie długi okres pod wpływem warunków zewnętrznych (mówimy czasem termostatu) osiąga stan równowagi termodynamicznej, w której obsadzenia poziomów energetycznych (liczby cząstek) na coraz wyższych poziomach energetycznych zmniejsza się wykładniczo:

ni=n0ehvkT;           N=n0+...+ni+..

Przepraszam, że napisałem to w postaci wzoru matematycznego, ale jest to niezbędne. Oznaczenia we wzorze:

n – liczby cząstek na poziomach: indeks „0” – poziom najniższy, indeks „i” – jeden z wyższych,
N  liczba wszystkich cząstek równa sumie wszystkich obsadzeń poziomów
 – liczba (e ≈ 2,7), ale specyficzna; nosi nazwę „podstawa logarytmu naturalnego”;
hv – różnica energii pomiędzy poziomami „i” a „0” wyrażona w jednostkach częstotliwości; 
h – już znamy, to stała Plancka;
kT – oznacza energię z jaką na cząstki działa otoczenie, „termostat” o temperaturze „T”; 
k – wielkość nazywana stałą Boltzmanna

Stała Boltzmanna wynosi: k = 1,38 10 -23 [J K-1].

W powyższym wzorze, nazywanym prawem Boltzmanna,  istnieje pewna graniczna wartość odstępu energii, poniżej i powyżej której obsadzenia poziomów są zasadniczo różne. Tą granicą jest energia cieplna – kT z jaką otoczenie (termostat) działa na element kwantowy. Jest to energia dość duża. Wyrażając ją jednostkach częstotliwości, dla temperatury otoczenia T = 300 K, otrzymujemy n = 6248 GHz.  To ogromna częstotliwość, przekracza przeszło aż 200 razy częstotliwość typową dla zakresu mikrofal (1cm « 30GHz). Możemy śmiało przyjąć, że dla mikrofal (i fal dłuższych):

hv << kT.

Dla tego warunku wzór wykładniczy upraszcza się do postaci liniowej:

ni=n0(1hvkT)n0;

Zauważyć należy, że przy tych częstotliwościach obsadzenia poziomów energetycznych bardzo mało od siebie się różnią, są praktycznie jednakowe. To nam przeszkadza, ale o tym później.

Inaczej wygląda sytuacja dla zakresu fal optycznych. Dla długości fali 1 µm (mikrometr) częstotliwość wynosi (n = c/l) aż 30000 GHz i przewyższa prawie 150 razy częstotliwość odpowiadającą energii cieplnej w temperaturze otoczenia. Możemy śmiało wtedy przyjąć, że:

hv  >> kT,

a na tej podstawie stwierdzić, że tak daleko oddalone poziomy nie są obsadzone, są puste:

ni0.

Wiedza, którą dotychczas (może nieudolnie) starałem się przekazać znana była przed momentem, gdy ogłaszał swoją pracę A. Einstein na temat wzmacniaczy kwantowych. Cóż więc takiego jest jego dziełem?  

Einstein wykazał, że istnieje emisja stymulowana, wymuszana. Jeżeli na wzbudzony element kwantowyoddziałuje foton o energii równej różnicy energii tego elementu do jednego z jego niższych poziomów energetycznych, to wywoła, wymusi jego przejście na ten poziom i wyemitowanie nowego, wymuszonego fotonu. Zgodnie z twierdzeniem Einsteina obydwa fotonywymuszający i nowo wyemitowany, wymuszony  nierozróżnialne. Mają identyczne energie i kierunek ruchu, a traktując je jako fale to mają tą samą częstotliwość i zgodne fazy oraz tą samą polaryzację. Jeżeli tak, to przyrost energii fali wywołany emisją wymuszoną możemy, powinniśmy, traktować jako wzmocnienie. Moglibyśmy ogłosić sukces, gdyby nie istniało zjawisko absorpcji. Przecież ten sam foton może na swej drodze nie spotkać cząstki wzbudzonej (na wyższym poziomie), a nie wzbudzoną, na poziomie niższym. Wtedy foton zostanie pochłonięty, a cząstka (element kwantowy) zostanie wzbudzony, przejdzie na  wyższy poziom energetyczny. Jak widać akty te (absorpcja i emisja) mogą zachodzić równocześnie, jeżeli obydwa poziomy są obsadzone. Jeżeli obsadzenie (liczba cząstek) poziomu o niższej energii jest większe, przeważają akty absorpcji i w rezultacie promieniowanie przechodzące przez ośrodek (nazwijmy go czynnym, aktywnym) będzie tłumione. Tak jest (wynika to z prawa Boltzmanna) w naturalnych warunkach. W równowadze termodynamicznej poziomy o niższych energiach są obsadzane liczniej.

Czy jest możliwe i co należy uczynić, by zbudować wzmacniacz, aby promieniowanie przechodzące przez czynny ośrodek było wzmacniane? Z podanej analizy odpowiedź narzuca się sama. Należy na jednym, wybranym, przejściu odwrócić populację. Uczynić tak, by obsadzenie poziomu o wyższej energii było liczniejsze niż obsadzenie poziomu o energii niższej. Taki stan nazwano inwersją obsadzeń. Jest to sytuacja nienaturalna, sprzeczna z prawem Boltzmanna. Można ją wywołać jedynie w sposób sztuczny, specyficznie działając na układ kwantowy. Oddziaływanie takie przyjęto nazywać pompowaniem.  

Reasumując możemy stwierdzić, że jeżeli znajdziemy taki sposób pompowania ośrodka aktywnego, że w jego wyniku powstanie pomiędzy wybraną parą poziomów energetycznych inwersja obsadzeń, możemy uznać, że spełniliśmy podstawowy warunek, by ośrodek ten uznać za wzmacniający. To droga do zbudowania wzmacniacza (generatora) kwantowego.

Wiemy zatem jakim powinien być ośrodek wzmacniacza kwantowego, nie wiemy jednak jak to zrobić. Długi czas pomiędzy podaniem teorii (1917), a budową pierwszego wzmacniacza kwantowego (1954), tłumaczono między innymi tym, że nie umiano praktycznie uzyskać inwersji obsadzeń. W pierwszym mikrofalowym wzmacniaczu kwantowym zbudowanym przez Ch.Townesa w 1954 r. inwersję obsadzeń zrealizowano w bardzo radykalny sposób. 

Wyobraźmy sobie, że wybrany przez nas materiał aktywny ma tylko dwa poziomy energetyczne. Dowolna z cząstek tego ośrodka może znajdować się albo na niższym, albo na wyższym z poziomów. Jeżeli różnica energii pomiędzy nimi leży w zakresie mikrofal, to jak już wiemy, są one praktycznie obsadzone jednakowo. Połowa cząstek jest na poziomie niższym, a połowa na poziomie wyższym. Wyobraźmy sobie następnie, że tym ośrodkiem jest gaz lub pary pewnej substancji i potrafimy rozdzielić w przestrzeni cząstki wzbudzone od nie wzbudzonych. Czynność powyższa pozwala nam uzyskać nowy ośrodek czynny złożony wyłącznie z cząstek wzbudzonych. Poziom energetyczny niższy w tym nowym ośrodku nie jest obsadzony. Mamy zatem z nadmiarem spełniony warunek inwersji obsadzeń. Ten ośrodek można traktować jako wzmacniacz kwantowy. Stan ten niestety nie jest trwały, jest chwilowy. Procesy termalizacyjne, prędzej czy później spowodują, że przejdzie on w stan równowagi termodynamicznej, w którym obydwa poziomy znów zostaną obsadzone zgodnie z prawem Boltzmanna. Dobierając odpowiednio ośrodek możemy w międzyczasie zdążyć wykorzystać go jako wzmacniacz kwantowy. Cząstki tego ośrodka na tym poziomie powinny odpowiednio długo przebywać. Poziom ten powinien być, jak go nazywamy, długożyciowy. 

Opisany powyżej, fantastyczny sposób uzyskiwania inwersji obsadzeń, dokładnie zrealizował Ch. Townes w swoim pierwszym maserze amoniakalnym. Molekuła amoniaku spełniała wszystkie wymogi, by w ten sposób zbudować wzmacniacz kwantowy. Jej poziom wzbudzony był wystarczająco długożyciowy Znaleziono jeszcze jeden materiał nadający się do budowy na tej zasadzie wzmacniacza kwantowego. To pary cezu (Cs). Wzbudzone cząstki tego ośrodka są również oddzielane od nie wzbudzonych i wykorzystane do budowy powszechnie stosowanych, atomowych (cezowych) wzorców częstotliwości.  

Ten chytry sposób nie nadaje się do powszechnego zastosowania w szczególności w ciałach stałych. Tam znaczącą inwersję obsadzęń przy mikrofalowych różnicach energii pomiędzy poziomami, jest uzyskać trudno. Zbyt równomierny jest rozkład obsadzeni. By obsadzenia bardziej zróżnicować należy ośrodek chłodzić kriogenicznie do bardzo niskich temperatur. 

O kłopotach z tym związanych już cokolwiek wiemy. Nawet w temperaturach ciekłego helu, zróżnicowanie obsadzeni poszczególnych poziomów nie gwarantuje otrzymywania znaczących inwersji obsadzeni. To z tego powodu masery nie stały się atrakcyjnymi urządzeniami. 

Jednak wiele cząstek materialnych, przyszłych elementów aktywnych wzmacniaczy kwantowych, ma również poziomy energetyczne położone w odstępach mierzonych częstotliwościami optycznymi. Te poziomy jak już wiemy, nie są obsadzone. Są puste. Sięgając do nich możemy znacznie łatwiej, tak pomysłowo rozdzielić na nich cząstki, by pomiędzy wybraną parą poziomów uzyskać znaczącą inwersję obsadzeń. Sztuki tej, jak już wiemy, dokonał w rubinie Th. Maiman, (1960) a w mieszaninie gazów He-Ne Ali Javan (1961). Wykorzystując te ośrodki, zbudowali oni pierwsze lasery.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wzmacniacz kwantowy, jest jakby darem przyrody, umożliwiającym wytwarzanie monochromatycznego promieniowania w zakresie optycznym. Metodami klasycznymi nie udaje się zbudować generatorów emitujących w tym zakresie długości fal. Z drugiej strony, wzmacniacz kwantowy najlepiej sprawdził się właśnie w tym zakresie falowym, a na dodatek jego budowa nie była zbyt skomplikowana. 

Udzielę w tej sprawie głosu autorytetowi, twórcy masera Ch. Townesowi, który w wywiadzie udzielonym pismu „Laser and Application” w 1984 r.  na pytanie czy był zaskoczony, gdy pojawił się laser Maimana odpowiedział: „Muszę stwierdzić, że rzeczywiście nie przypuszczałem, iż zbudowanie lasera jest tak łatwe, jak się to później okazało”.

To stwierdzenie dotyczy wszystkich pierwszych laserów, także gazowych, a nie tylko lasera rubinowego Maimana. Rzeczywiście ta konstrukcja była wyjątkowo prosta, wręcz prymitywna. Ale jaki efekt! Metoda wzmacniania i generacji promieniowania elektromagnetycznego zaproponowana w 1917 r. przez Alberta Einsteina i nazwana później wzmacniaczem kwantowym okazała się zupełnie nieprzydatna dla wytwarzania sygnałów o mniejszych (aż do mikrofal włącznie) częstotliwościach, za to idealna do wytwarzania fal optycznych, od podczerwieni przez cały zakres widzialny, aż do ultrafioletu. 

Dla technologii, jaką dysponowaliśmy w kraju, najbliższym realizacji był laser He-Ne. Stanowiła go rurka szklana o niewielkiej średnicy (kapilara) z doklejonymi na końcach pod kątem Brewstera okienkami, napełniona pod niewielkim ciśnieniem mieszaniną (w odpowiedniej proporcji) gazów helu i neonu. Rura umieszczona była pomiędzy dwoma zwierciadłami tworzącymi rezonator Fabry – Perota. Zasilanie lasera polegało na wzbudzeniu znajdującej się w rurze mieszaniny gazów do świecenia, najprościej za pomocą sygnału z generatora w.cz. Wtedy nie trzeba było wtapiać do rurki elektrod. Z punktu widzenia posiadanych wtedy w kraju technologii, budowa takiego urządzenia była natychmiast w naszym zasięgu.  

Nie wchodząc w szczegóły można stwierdzić, że w kraju wszystkie technologie, większość materiałów, podzespołów oraz urządzeń pomiarowych do budowy lasera gazowego były dostępne. Produkowaliśmy lampy radiowe, w tym gazowane, wykonywane były reklamy neonowe. Dysponowaliśmy urządzeniami do uzyskiwania wysokiej próżni (pompy rotacyjne i dyfuzyjne), przejściami metal – szkło umożliwiającymi w przyszłości wprowadzanie do wnętrza rury energii elektrycznej.

Pewien technologiczny problem do rozwiązania mogło stanowić wykonywanie mało stratnych zwierciadeł o wysokim (powyżej 99%) stopniu odbicia, oraz pracochłonny proces doboru parametrów mieszaniny gazów i justowania rezonatora.

Na Politechnice Warszawskiej istniała specjalność –  technologia elektronowa, której absolwenci kształcili się w tym zakresie. Mieliśmy więc specjalistów gotowych natychmiast przystąpić do tego rodzaju prac.  Nie podjęcie próby budowy tego nowego generatora fal optycznych nazywanego najpierw maserem optycznym, a później laserem byłoby grzechem nie do darowania. 

Przypuszczam (jestem tego nawet tego pewny), że uczestnicy wspomnianej konferencji K. Dzięciołowski i Z. Puzewicz zawarli między sobą porozumienie, w ramach, którego lasery gazowe zaczęły być budowane w Katedrze Urządzeń Mikrofalowych kierowanej przez K. Dzięciołowskiego. Został przyjęty tam do pracy (wcielony wcześniej do armii) absolwent PW o specjalności technologia wysokiej próżni – Jan Malinowski. Utworzona została pracownia obróbki szklarskiej i zbudowane stanowiska do pompowania, czyszczenia, dozowania i napełniania rur laserowych mieszaninami gzów szlachetnych w tym helem i neonem. Jan był niespotykanym pedantem. Narzucony przez niego reżim technologiczny wykonywania poszczególnych etapów budowy lasera musiał być przestrzegany sumiennie, z niezwykłą starannością. Pedanteria towarzyszyła mu również w innych okolicznościach, także w życiu codziennym. Wiem o tym, gdyż czasem jeździliśmy razem na ryby i okropnie nas tą cechą irytował. 

Janku, gdy chodzi o lasery, przyznaję ci rację. To z pomocą twojej niezłomnej pedanterii i systematyczności, w sierpniu 1963 uruchomiony został pierwszy laser Ne-Ne generujący niewidzialne promieniowanie podczerwone (1,15 mikrometra), identyczne jak w pierwszych laserach He-Ne uruchomionych w USA. Promieniowanie o tej długości fali leży poza zakresem widzialnym. Znów mieliśmy szczęście, bo do jego wykrywania i obserwacji można było wykorzystać stosowane w wojsku noktowizory. 

Tam, w laboratorium zbudowanym przez Jana Malinowskiego powstały także dalsze lasery gazowe, już wytwarzające promieniowanie czerwone (0,63 mikrometra), aż do scalonych lasertronów serii LM (LM 200, LM 300 i LM 500) wykonywanych na potrzeby wielu laboratoriów krajowych. Wtedy Jan Malinowski już nie żył, ale istniała zbudowana przez niego baza aparaturowa i zwyczaje technologiczne pozwalające wtedy ekipie mgr inż. Maksyma Gębczaka w dalszym ciągu tworzyć następne modele tych laserów. 

Przypomnę, że pierwszym uruchomionym w USA generatorem światła był laser rubinowy. Ośrodkiem aktywnym w nim był pręt kryształu korundu o długości ok. 5 cm, nieznacznie (0,05%) domieszkowany chromem (różowy rubin). 

Jakie były możliwości zmierzenia się z tym problemem w Polsce? O wytwarzaniu rubinów w Skawinie i deklaracji inż. Czesława Janusza już wspomniałem. Rubiny do celów jubilerskich były tam wytwarzane od 1960 r. metodą płomieniową (A. V. Verneuila). Ambitny kierownik tego działu w hucie inż. Czesław Janusz, chętnie podjął się takiej modyfikacji hodowli, by jego wyroby chociażby w minimalnym stopniu spełniały laserowe wymagania. Obniżona została koncentracja jonów chromu (do 0,01%) oraz metodą termicznego odprężania zabezpieczanie kryształów przed pękaniem. 

Zwierciadła do rezonatora Fabry – Perota były łatwiejsze do wykonania niż do lasera gazowego. W amerykańskim rozwiązaniu stanowiły je napylonego na czoła pręta rubinowego warstwy srebra. Technologia ta, pryncypialnie była dostępna. Pozostawało do opanowania wytwarzanie flesza ksenonowego oraz wykonanie odpowiednio długiego pręta rubinowego, w tym oszlifowanie jego pobocznicy i płasko-równoległych czół, tak by tworzyły rezonator optyczny. 

Flesz to przede wszystkim zwinięta z rurki kwarcowej spirala połączona z elektrodami doprowadzającymi do wnętrza lampy energię elektryczną. Reszta była dość prostą elektroniką. Zasilanie stanowił kondensator ładowany do odpowiedniego napięcia, który po wstępnym zjonizowaniu ksenonu znajdującego w rurce flesza, impulsowo rozładowywał się, wytwarzając silny błysk światła przekształcający się w pręcie rubinowym w światło laserowe.

Kłopot w tym, że energia tego błysku musiała być stosunkowo duża, znacznie większa niż z flesza fotograficznego i zarówno wspomniana spirala kwarcowa, jak i przepusty metal – szkło musiały być solidne by przenosić energie błysku nawet kilku kilodżuli w impulsie.  Rurki z czystego (bez pęcherzy) kwarcu musiały być importowane, a przepusty wykorzystywaliśmy z zużytych lamp kinowych. W ten sposób, zamiast trafiać na złom, zyskiwały one nowe pożyteczne „życie”. Po napełnieniu tak wykonanej lampy ksenonem otrzymało się dużej mocy „flesz”, taki sam, a nawet większy, jaki użył Th. Maiman do pobudzenia jego pierwszego lasera. Jak z powyższego widać budowa lasera rubinowego była także w zasięgu krajowych technologii i można było podjąć próby zmierzenia się z tym problemem. Tym razem rzeczywiście podjęła się tego zadania kierowana przez Zbyszka Puzewicza Katedra Podstaw Radiotechniki tzn. my tam wraz z nim zatrudnieni. Nasz pierwszy laser miał dość monstrualne wymiary, ale zadziałał (1963).

Rubiny dla laserów nie mogły już być obrabiane na ul. Szewskiej w Krakowie. Znalazł się jednak entuzjasta w WAT, mgr inż. Alfred Tulibacki, który poświęcił się, dosłownie można by rzec, tej sprawie. Fredek był mechanikiem i wcześniej pracował chyba w Wydziale Uzbrojenia.  Nie wiem dokładnie, czym się tam zajmował.  U nas (w powołanym wkrótce Instytucie Elektroniki Kwantowej) utworzył i kierował laboratorium wytwarzania i obróbki materiałów dla techniki laserowej. 

Czytający te słowa (o ile tacy będą) na pewno zwrócą uwagę, że wysoce upraszczam, wręcz trywializuję zagadnienie budowy laserów. Oczywiście to nie do końca prawda, że był to problem tak trywialny. Za zagadnieniem tym stoi nowa, nieznana nam wcześniej, wiedza merytoryczna, którą w międzyczasie zdobywaliśmy. Ponadto ile pomysłowości potrzeba, by w tak siermiężnych warunkach naszej rzeczywistości wymyślać stosowne rozwiązania. W końcu trzeba było jednak mieć (zbudować lub zdobyć) to minimum oprzyrządowania technologicznego, warsztatowego i pomiarowego, by dzieło doprowadzić do szczęśliwego końca tj. uruchomić laser.

Z drugiej strony ten trywializujący opis zmieściłem tu celowo. Rzeczywiście porównując zagadnienia związane z badaniami i budową maserów i laserów, problemy piętrzące się przy zagadnieniu pierwszym znacznie przewyższają drugie. 

Jest takie zdjęcie Th. Maimana[Zobacz: Dlaczego Lasery], twórcy pierwszego lasera, gdzie na tle jego twarzy widnieje dzieło jego rąk –  laser rubinowy. Fotograf podobno nie chciał wykonać fotografii samego tylko urządzenia. Patrząc na to zdjęcie rzeczywiście ma się wrażenie, że prezentowane urządzenie to prowizorka, coś prymitywnego. A jaki efekt końcowy – generator światła o niespotykanej dotąd monochromatyczności. Dotychczasowe źródła, głownie termiczne wytwarzały światło nazywane „białym” o bardzo szerokim widmie długości fal. Również promieniowanie z lamp jarzeniowych (np. z tzw. „neonówek”) były w stosunku do lasera szerokopasmowymi, złożone z ogromnej liczby nieskorelowanych z sobą ciągów falowych. Jako elektronicy rozumieliśmy tą subtelną różnicę. Wzmacniacze kwantowe rozszerzały możliwość generacji fal elektromagnetycznych poza zakres mikrofalowy (fale centymetrowe) do zakresu optycznego (fale mikrometrowe) włącznie. 

Nowa dziedzina – lasery – przyciągała ludzi nauki swoimi możliwościami. Przyciągała pojedyncze osoby i całe zespoły. Pisałem już o tym i będę pisał jeszcze. Teraz jednak chcę przypomnieć, że lasery „urzekły” także naszych rektorów. Rozpoczął to zainteresowanie trzeci z kolei Komendant Akademii gen. Michał Owczynnikow. O ile wiem, urzekła go możliwość zastosowania laserów do wytwarzania „promieni śmierci”. Nie tylko jego. 

Pokusie tej uległ wcześniej Amerykanin Gordon Gold. To kontrowersyjna postać. Był  doktorantem na Uniwersytecie Columbia, gdy w tym czasie Ch. Townes budował tam swój pierwszy maser. Interesował się wzmacniaczami kwantowymi i wcześnie widział możliwość budowy generatorów w zakresie optycznym. Swoje pomysły notował w słynnym notesie, a poszczególne notatki uwiarygadniał u notariusza. Piszę o „słynnym notesie”, gdyż stał się on później dowodem w jego walce z patentem Townesa o pierwszeństwo jego nowatorskich pomysłów2. Do niego należy nazwa >>laser<<. On pierwszy zanotował tą nazwę w swoim notesie.

Po odejściu z Columbia University i przejściu do firmy TRW, G. Gold zwrócił się do Departamentu Obrony USA, o sfinansowanie jego badań nad laserami. Przekonywał, że urządzenia te będą miały wyjątkowe zastosowania militarne. Widocznie był przekonywujący, bo uzyskał więcej niż żądał. Chciał trzysta tysięcy dolarów, a otrzymał równy milion. Mit (może nie do końca mit) o promieniach śmierci był wtedy żywy. Na dodatek pamiętajmy, były to lata krótko po zakończeniu drugiej wojny światowej, w zwycięstwie której uczeni zapisali się wyjątkowo pozytywnie. Nigdzie, po jednej i drugiej stronie „żelaznej kurtyny” nie żałowano pieniędzy na badania rokujące pozytywnymi wynikami. Lasera jednak nie zbudował. Działająca w tym czasie znana komisja McCarthy’ego wykryła, że był on usunięty z programu Manhattan za przynależność do organizacji marksistowskiej i zabroniła mu uczestnictwa w jego własnym, ale już utajnionym, programie. Za oceanem mogą też wymyślić coś idiotycznego. Gold został tylko konsultantem w swoim laserowym programie. Mógł być pytany, ale nie miał prawa pytać, nie wiedział jakie wyniki uzyskują jego współpracownicy w trakcie badań. Jak należało się spodziewać, postęp prac był mizerny. Pierwszy laser zbudował kto inny. Nie mniej projekt badawczy na temat promieni śmierci był.

Sądzę, że gen. Owczynnikow o tym wiedział. Odwiedzał nas często, długie godziny przesiadywał w Katedrze i rozmawiał z Puzewiczem. Byłem nieraz tego świadkiem. O co konkretnie mu chodziło – wtedy nie wiedziałem. Dziś przypuszczam, że starał się  nakłonić naszego szefa do swego pomysłu zajęcia się bronią laserową. Był w stanie na tą tematykę zdobyć środki z MON.

Kilka słów o gen Michale Owczynnikowie. Był oficerem wojsk ZSSR. Jak inni miał mundur wojsk polskich i sowieckich. Nosili je w miarę potrzeby. Nie pamiętam go jednak w tym drugim mundurze. Za to gen. Leoszenię często. 

M. Owczynnikow miał stopień naukowy kandydata nauk technicznych (odpowiednik doktora) i tytuł docenta. Od 1962 profesor nadzwyczajny. W WAT był od 1951 jako Szef Oddziału Naukowego, a następnie od 1954 r. jako  Zastępca Komendanta WAT ds. Szkolenia i Nauki.

Komendantem WAT został w 1956, gdy w trakcie protestów robotniczych w Poznaniu i Warszawie (FSO, Politechnika Warszawska) w czasie wiecu zorganizowanego przez młodszą kadrę oficerską WAT żądającą  opuszczenia Wojska Polskiego przez oficerów ZSRR, przyłączył się do tego wiecu i opanował istniejące emocje. 

Jeszcze jako zastępca Komendanta WAT starał się organizować na uczelnianym szczeblu prace badawcze, angażując i włączając do nich różne jej komórki organizacyjne: fakultety (wydziały), katedry, a nawet zakłady. 

Z. Kazimierski w książce „Wojskowa Akademia Techniczna w latach 1951 – 2001” podaje (str.157) konstrukcje przepraw mostowych jako przykład organizowanych i realizowanych wtedy przez niego prac badawczych. Ja ze swojej strony mogę przypomnieć udział naszego zakładu (Miernictwa Radiotechnicznego) w pomiarach parametrów wystrzeliwanych rakiet na paliwo stałe. Były to odpowiedniki „katiusz”. rakiet powszechnie w wojsku znanych 

Moim zadaniem był pomiar prędkości rakiety w chwili opuszczania wyrzutni. Wiem jednak, że była próba umieszczenia na pokładzie rakiety nadajnika mikrofalowego i odbioru w trakcie lotu rakiety jego sygnałów. Wykonawcą tej części była Katedra Radiolokacji Fakultetu Łączności. (W ich trakcie miałem przygodę, którą być może opiszę w PKRUCHACH).  Pisząc o tym chcę pokazać, że Komendant realizował pewne zadania, wykorzystując do ich wykonania różne, nawet dość odlegle od głównego wykonawcy, specjalności i jednostki organizacyjne uczelni. Czy taki miał zamiar dotyczący laserów? Przypuszczam, że tak.

Inaczej uważają jednak Z. Kaźmierski3 i gen. F. Puchała[Zobacz: Gen. dyw. dr Franciszek Puchała: Broń radiacyjna kontra lasery w Wojskowej Akademii Technicznej.
Raport ppłk. Puzewicza do gen. Urbanowicza
]. Zapoznałem się z tym, co na ten temat napisali i nie ze wszystkim mogę się zgodzić. W każdym razie pragnę dorzucić do tego parę moich spostrzeżeń. Pisałem już na ten temat do czasopisma Sprawy Nauki. Będę się posiłkował zawartymi tam sformułowaniami.

Najbardziej ważkie zarzuty komendantowi WAT, gen. M. Owczynnikowowi stawia gen. Puchała. Napisał:

„W 1967 r. wyszło na jaw, że już 3 lata wcześniej, w 1964 r., komendant WAT wystosował do ministra obrony narodowej memoriał sugerujący możliwość prowadzenia w akademii prac nad bronią radiacyjną, tj. skonstruowania urządzeń laserowych miotających niszczące promienie” – to może być prawda. Nawet jest bardzo prawdopodobne. Niekoniecznie jednak  wyglądają na wiarygodne następne sformułowania pana generała:

„Do prac w nowym zespole nie dopuszczono szefów obu katedr: Podstaw Radiotechniki i Urządzeń Mikrofalowych” . W to wątpię. Byłem świadkiem wielogodzinnych pertraktacji gen. Owczynnikowa z Puzewiczem na terenie Katedry. Po pierwsze to Komendant WAT przychodził do Katedry (nie odwrotnie). Był w takim razie stroną aktywną, proponującą, namawiającą. Czy takich działań potrzeba, by nie dopuścić szefa Katedry Podstaw Radiotechniki dr. Puzewicza do prac w nowej tematyce? Chyba nie. Raczej chodziło o coś odwrotnego, o jego udział w tym projekcie.

Dalej gen. Puchała idzie tym samym śladem. Pisze:

„Ówczesny komendant WAT, gen. dyw. prof. dr inż. Michał Owczynnikow, rozpoczął dekompletowanie zespołu Puzewicza, a wyłączonych z tego zespołu badaczy (kilku oficerów i część sprzętu) kierował do nowo tworzonej katedry w innym wydziale uczelni. W reakcji na interwencję podjętą w tej sprawie przez zastępców komendanta WAT gen. Owczynnikow zapewnił, że prace w zakresie elektroniki kwantowej w akademii nie będą dublowane. Mimo tych zapewnień w 1965 r. w uczelni został utworzony nowy zespół, który miał prowadzić ściśle tajne prace z zastosowaniem techniki laserowej. Na jego kierownika gen. Owczynnikow wyznaczył płk. dr. inż. Mieczysława Piotrkowskiego4, choć w rzeczywistości to on sam kierował jego pracami”.

Faktem bezspornym z powyższego, jest powołanie w 1965 w WAT zespołu prowadzącego tajne prace w zakresie broni laserowej. Na jego kierownika powołany został mgr inż. Mieczysław Piotrowski. My, członkowie katedry, również odnotowaliśmy ten fakt. 

Zaczęto remontować budynek noszący teraz numer 49, który dawniej podobno był stajnią dla koni, a później siedzibą straży pożarnej. Przeniósł się tam i dowodził, podobno w imieniu szefa Puzewicza, nasz kolega Mieczysław Piotrowski. Miecio był wielkim przyjacielem Zbyszka i każdego dnia, co najmniej godzinkę przesiadywał u niego. Mieliśmy wrażenie, że to prawa ręka szefa. 

Do „straży”, jak zwykle mawiano, przeszedł sam M. Piotrowski. Nikt inny z nim nie poszedł. Katedra została, używając słów pana generała Puchały, „zdekompletowana” o Mieczysawa Piotrowskiego. Nie zabrał też żadnego sprzętu, bo co miał zabrać? Nic, oprócz modeli (powiedzielibyśmy dziś, demonstratorów laserów rubinowych) nie było. Miał zresztą budować co innego. Broń laserową. Nie znałem zamiarów Komendanta. Nie wiem, na ile krok ten uzgadniał z władzami polskimi, a właściwie w Moskwie. Tam na pewno o tym myślano – to pewnik. Podejmowanie na poważnie tej tematyki jedynie w Polsce miało mizerne szanse powodzenia.

Interesuje mnie inna kwestia. To, że Puzewicz nie chciał, nie zamierzał uczestniczyć w badaniach podejmowanych przez komendanta, to zrozumiałe. Zbyszek był celebrytą i odgrywanie drugoplanowej, podrzędnej roli nie odpowiadało mu. Już błyszczał. Zasiadał w zespołach powoływanych w PAN i KNiT do koordynacji postępu w technice laserowej. Była szansa na zdobycie centralnych środków na badania. Wkrótce zresztą powstał Centralny Program Badawczo Rozwojowy(CPBR 06.3.2) techniki laserowej i WAT – dr Z. Puzewicz został jego koordynatorem. W programie kierowanym przez komendanta byłby robolem, zwykłym wykonawcą. Zespół reprezentowałby przecież Komendant. Byłby na świeczniku. 

Chodzi mi jednak o co innego. Kto był inicjatorem powołania M. Piotrowskiego na kierownika powstałego zespołu laserowego? Podejrzewam, że mogła to być inicjatywa samego Zbyszka. Niecały rok później w roli Mietka znalazłem się ja, gdy nowy już Komendant WAT, gen. Sylwester Kaliski, postanowił włączyć WAT w badania laserowej syntezy termojądrowej. Moje przejście do tworzonego pod kierownictwem Kaliskiego Zespołu Laserów Dużej Mocy i Energii było za zgodą szefa katedry, chociaż nie był ani zainteresowany, ani zadowolony z powodu jego powstania. Może było tak i z Piotrowskim. Na pewno nowa rola Mietka nie podobała się Zbyszkowi jak i sam fakt powstania innego zespołu laserowego, co nie wyklucza, że zgodził się na jego odejście, a nawet może go polecił. Najważniejszym było, by on zachował niezależność. By nie został wchłonięty do nadrzędnej organizacji. Takie są moje odczucia. Tak wyglądało to wtedy na zewnątrz. Nie waham się tego odczucie tu prezentować.

Jedno z następnych zdań we wspomnianym artykule gen. Puchały, z jednej strony wyraźnie nie docenia techniki laserowej, z drugiej wyraźnie zdecydowanie przesadza. Przytoczmy to zdanie:

„Rezultatem trudności stworzonych przez działania gen. Owczynnikowa, motywowane potrzebą skupienia badań nad iluzoryczną – jak się wkrótce okazało – bronią radiacyjną, było zahamowanie rozwoju elektroniki kwantowej nie tylko w uczelni, ale też w skali kraju”

Panie generale, wkrótce okazało się zgoła co innego. Amerykański program badań nad bronią radiacyjną zasilaną wybuchami jądrowymi (wojny gwiezdne zużyciem laserów rentgenowskich Tellera) był aż tak „iluzoryczny”, że uważany jest za główną przyczynę upadku Związku Radzieckiego. Pan wybaczy, ale trudno uwierzyć, że napisał to generał WP. 

Wiem, że byli tacy, którzy uważali , iż niektóre z doniesień o sukcesach Tellera były blefem. Może i były. Za naszą wschodnią granicą nie mieszkają jednak analfabeci, by ich przestraszyć niedorzecznościami. 

Istnieje prosty dowód na skuteczność takiej broni. Zabronione jest oświetlanie samolotów pasażerskich światłem z zielonych pointerów, a przecież są to zabawki w porównaniu z możliwościami laserów uznawanych za bojowe. Nawet te zabawki mogą porazić wzrok pilotów lub pasażerów. Żołnierzowi na froncie wzrok też się przydaje. Pozbawienie go funkcji widzenia nawet na krótki czas (nie mówiąc w ogóle) może mieć nieobliczalne skutki.

Zabawa z bronią radiacyjną trwa nadal. Badania te są na całym świecie nieprzerwanie prowadzone. W Polsce też. Nie widać, by zahamowały one rozwój elektroniki kwantowej w innych zastosowaniach. Odwrotnie, obserwowaliśmy trend przeciwny np. w rozwoju elektroniki scalonej. Opracowane dla armii o odpowiednich parametrach klimatycznych podzespoły, w wykonaniu uproszczonym stosowane w sprzęcie powszechnego użytku, przyczyniały się do ogólnego rozwoju elektroniki. 

Nie przypuszczam, że skupienie się zespołów w WAT nad zastosowaniami wojskowymi laserów (w tym przypadku bronią radiacyjną) miało zahamować rozwój elektroniki kwantowej w Polsce. Były uczelnie i instytuty cywilne, które się już laserami zajmowały: Politechnika Warszawska, Uniwersytet Poznański, a wkrótce dołączyły inne. 

WAT po to powstał, by zajmować się oprócz szkolenia podchorążych, ważnymi dla armii zagadnieniami technicznymi. Długo o tym piszę, bowiem uważam to za niepodważalny kanon. Istnienie w WAT więcej niż jeden zespół zajmujący się laserami też nie był zbrodnią. Przecież już tak było. Laserami gazowymi zajmowała się Katedra Urządzeń Mikrofalowych, a ciała stałego – rubinowymi, a wkrótce gazowymi CO2, Katedra Podstaw Radiotechniki. To nie wszystko, jedną z pierwszych z laserowej tematyki prac doktorskich była praca Grycewicza, szefa  jednej z katedr Wydziału Uzbrojenia. To wspomagało rozwój laserów, a nie mu zagrażało. Nie o to w tym wszystkim chodziło. Nie o to szło.

Nie znaczy to automatycznie, że popierałem zajmowanie się proponowaną przez gen. Owczynnikowa tematykę broni laserowej. Wydawała mi się wtedy zbyt odległa i fantastyczna. Komendant uległ tej nośnej wizji, bowiem w tej dziedzinie nie był specjalistą i prosto mówiąc na tej technice się nie znał, by ocenić jej realność w polskich warunkach. 

Były jednak zastosowania bardzo ważne dla wojska, którymi należało się jak najszybciej zainteresować. Były to dalmierze laserowe. Chwała Puzewiczowi, że problem ten dostrzegł i włączył wkrótce do zasadniczego programu prac instytutowych (IEK-  Instytut Elektroniki Kwantowej powstał w 1967 r.). Czynił to jednak zachłannie.

Pod koniec lat 70. jeden z pracowników Szefostwa Badań i Rozwoju Techniki Wojskowej, płk. Lutyński rozmawiał ze mną na temat możliwości wykonania dalmierza skojarzonego z lornetką. Widocznie pojawiły się takie (nie śledziłem tego szczegółowo) gdzieś za granicą. W tym czasie i tym stanie technologii, to nie była łatwa konstrukcja. Nie mniej uważałem, że będąc w wojsku, powinniśmy rozpoznać w kraju możliwości realizacji tego zadania. Wkrótce dostałem odpowiedź od pana Henryka, że nie dostanę takiego zlecenia. Dał mi do zrozumienia, że oprotestował taki temat, (właściwie wykonawcę), Instytut Elektroniki Kwantowej. Może, jak zdążę, opowiem o tym bardziej szczegółowo.

Sprawa badań nad bronią laserową w WAT „zmarła” w 1967 r. Jak zgodnie donoszą wymienieni wcześniej autorzy Z. Kaźmierski i F. Puchała, Puzewicz drogą partyjną wystąpił do gen. dyw. Józefa Urbanowicza, ówczesnego szefa Głównego Zarządu Politycznego WP z zażaleniem na Komendanta WAT. Gen. Puchała przytacza w całości treść raportu otrzymanego, jak stwierdza, z archiwum domowego jego autora. Sam fakt wysłania tego raportu, a właściwie zażalenia do GZP, gen. Puchała uznaje za dowód niezwykłej odwagi Puzewicza. Napisał o tym następująco:

Raport ten można uznać za przejaw niezwykłej w tamtych czasach odwagi cywilnej. Jego autor, oficer zawodowy, ryzykując utratę stanowiska, zwolnienie z wojska i przerwanie kariery naukowej, wystąpił w obronie dorobku badawczego swoich współpracowników, a przede wszystkim motywowany troską o rozwój obiecująco zapowiadających się badań naukowych. Uczynił to zresztą zręcznie, wykorzystując do tego pion polityczny wojska, a więc omijając tym samym obowiązującą w wojsku tzw. drogę służbową. Oczywiście nie gwarantowało to uniknięcia ewentualnych reperkusji czy – zakładając wariant łagodniejszy – nieprzyjemności służbowych”

Wracając pamięcią wstecz, wiem iż tą sprawę łączono z szerszym gronem ludzi. Gen. Puchała w dwóch miejscach wspomina o poparciu dla Z. Puzewicza ze strony zastępców Komendanta WAT. Nie wspomina, którego z zastępców ma na myśli. Nie ma wątpliwości, że może chodzić o zastępcę ds. naukowych gen. S. Kaliskiego (został Zastępcą ds. Naukowych i awansował do stopnia gen. bryg. w 1966r.). Gen. Kaliski był zainteresowany odejściem gen. Owczynnikowa. Nie było wątpliwości, że po nim zostanie komendantem WAT. Mimo, że nie należałem do osób interesujących się polityką kadrową w wojsku, było to dla nas oczywiste i wielu bardziej zorientowanych o tym mówiło. Zresztą Owczynnikow był już jedynym w WAT oficerem armii Związku Radzieckiego i było dla nas jasne, że lada chwila odejdzie. 

Jeżeli w tej subtelnej grze uczestniczył Kaliski, a może jeszcze więcej osób, niebezpieczeństwo na które narażał się Zbyszek i niezwykła jego odwaga cywilna(?), nie były znów tak wielkie. 

Jest w tym jedna kwestia kompletnie dla mnie niezrozumiała. Jeżeli Puzewicz występował jako autor raportu, dlaczego do GZP dostarczył go nie on sam, a Tadeusz Machowski. Tak zgodnie twierdzą Z. Kaźmierski i F. Puchała. To zrozumiałe, korzystali z tego samego źródła, od samego Puzewicza. Dobrze znałem Tadeusza. Był osobą niezwykle ostrożną. Nie należał do partii (PZPR). Inna sprawa, że przy Zbyszku nieprzerwanie trwał, jako jego zastępca, przez cały czas służby w WAT. Kiedyś w przystępie szczerości powiedział nam, że ze Zbyszkiem zgodziłby się polecieć w kosmos, bo wie, że wróciliby. Może więcej wiedział o Zbyszku niż my. Raz jeden podobno się zdenerwował. Chodziło o dochodzenie prokuratorskie w sprawie niegospodarności (tak zręcznie to nazwano) w IEK. Zastanawiające, jak pilnie poszukiwano wtedy sposobów, by nie obciążyć tym Szefa. Osobiście miałem dziwne propozycje korupcyjne, a także przypisano mi wysłanie zamówień z nienależnym wkładem dewizowym. Z propozycji korupcyjnych nie skorzystałem, a kwestionowanych zamówień nie wysłałem. Nasz zespół był czysty. Dochodzenie nic nie wykryło. W Instytucie były jednak straty, a właściwie „ofiarne kozły”. Jeden z oficerów został zdegradowany i ukarany sądownie, drugi popełnił samobójstwo. W miarę dotkliwą karę dla oficera dostał Szef Instytutu (niepełna przydatność na zajmowanym stanowisku służbowym, jak się niedawno dowiedziałem). Odpowiedzialność za niedociągnięcia postanowiono rozłożyć szerzej również na zastępców szefa instytutu. Było ich trzech: ds. naukowych Tadeusz Machowski, ds. dydaktycznych Mieczysław Czyż i ds. naukowych zadań wydzielonych Zdzisław Jankiewicz. 

To wtedy Tadeusz podobno zagroził, że w takim razie spowoduje, że dochodzenie rozpocznie  się od nowa i kary nie otrzymał. Ja i Czyż tak. Otrzymaliśmy nagany. Nie wiem jak płk Czyż, ja o ukaraniu, niezgodnie z procedurą, nie zostałem powiadomiony. Ukarano mnie zaocznie. Nie mogłem się więc nie zgodzić, odwoływać. To dlatego, niezgodnie z kodeksem oficerskim, o fakcie ukarania nie zostałem osobiście powiadomiony przez wymierzającego karę. O karze dowiedziałem się po roku, w momencie jej „zamazania”, wykreślenia z akt. 

To typowa sytuacja jak w znanym dowcipie o przestępstwach w PRL. Końcowymi etapami dochodzenia było: przedostatni – szukanie winnych i ostatni – karanie niewinnych. Mnie to spotkało wtedy, ale nie ostatni raz. Coś jest widocznie we mnie, co zaprasza do takich zachowań. Nie umiem widocznie dbać o swoje interesy. Teraz również po niewczasie dowiaduję się o dotyczących mnie faktach, których nie mogę już skorygować, naprawić. Pozostaje mi to co robię teraz, piszę o tym mając nadzieję, że ktoś to przeczyta, a co najważniejsze uwierzy mi.

Znów daleko odbiegłem od zasadniczego wątku. Zwyciężył wtedy Puzewicz, choć wydaje mi się, że pozornie. Gen. Owczynnikow odszedł z WAT, budowa jego zespołu laserowego ustała, a najbliższy przyjaciel Zbyszka, Mieczysław Piotrowski wylądował na stanowisku szefa Instytutu Higieny i czegoś tam jeszcze w Centralnym Szpitalu Klinicznym Wojskowej Akademii Medycznej na ul. Szaserów w Warszawie, gdzie jednak nie zajmował się wykorzystaniem laserów w medycynie, jak twierdził pan gen. Puchała. Praktycznie od tematyki laserowej odszedł. Pozorne zwycięstwo Puzewicza, jak powyżej napisałem, polegało na tym, że nowy Komendant WAT gen. Kaliski, podobnie jak poprzedni, uległ innej wizji zastosowań laserów. Tym razem była to laserowa synteza termojądrowa. Wraz z odejściem gen. Owczynnikowa, nasz szef nie pozbył się konkurencji. Nie była ona jednak tak groźna, jak poprzednia. Gen. Kaliski nie zamierzał włączać do swych zamierzeń całej Katedry. Miał inną taktykę. Na bliższe jej omówienie przyjdzie czas.

Parę słów o sobie. W tym czasie, oprócz dydaktyki, podstawowym moim zadaniem było wykonywanie pracy doktorskiej. Jej wykonywanie oznaczało budowę stosownych urządzeń, ich modeli, jak dziś się często nazywa „demonstratorów” zespołu masera pobudzanego promieniowaniem laserowym. Przede wszystkim należało zbudować chłodzony kriogenicznie skroplonym azotem laser rubinowy. Nie udało mi się nigdzie takiego lasera zobaczyć. Nieliczne doniesienia literaturowe właściwie nic nie mówiły o jego budowie. Najwięcej doniesień było na temat rezonatora zamkniętego odcinkiem podkrytycznym, ale zagadnienie traktowały szkicowo. Demonstrator powinien być zbudowany w „metalu”, jak to popularnie mówi, a nie szkicowo. Chociaż ważnej merytorycznie sprawie rezonatora z podkrytycznym odcinkiem poświęciłem należną uwagę (pierwsze publikacje), za najważniejszą uznałem budowę lasera.

Należy pamiętać, że zasadniczą część mojej pracy doktorskiej wykonywałem wtedy, gdy tematyka maserowa w katedrze została zlikwidowana. Moja praca nie była w głównym nurcie zainteresowań katedry. Nie przejmowałem tym się zbytnio, w końcu to był mój doktorat. Były jednak dwie okoliczności, które wnosiły do wykonywanych przeze mnie prac perturbacje. Laser rubinowy chłodzony ciekłym azotem nie był, oprócz mnie, nikomu przydatny. Jego potrzeby nie były priorytetowe. Potrzebne były rubiny, nietypowej konstrukcji lampy błyskowe, zwierciadła i elementy optyczne. Jeżeli wykonywane były w zespołach katedralnych, później instytutowych, czekały czasem dość długo w kolejce. Często byłem także odrywany do innych prac. Przywykłem do tego, że rozmowa z szefem na temat postępu prac przy doktoracie zawsze kończyła się daniem mi innego, dodatkowego zadania. 

 – Bo widzisz – tłumaczył – inni są zajęci – tu podawał prace „oczka w głowie” – a tobie nie powinno to zająć dużo czasu. 

Dobrze gdy niekiedy, przy tej okazji, udało mi się popchnąć wykonanie lub zakup czegokolwiek dla doktoratu. Nic dziwnego. To co robiłem było tylko dla mnie. Temat też nie miał rangi ważnej dla całego zespołu, czytaj szefa. Byli tacy co mnie pocieszali, że wkrótce Puzewicz będzie startował do profesury i będzie potrzebował (jako promotor) przynajmniej dwa obronione doktoraty. Przygotowywał takie dwie. Machowskiego i moją. Machowskiego była w nurcie, dotyczyła rezonatora lasera CO2. Moja nie. Wiedziałem, że pewno wtedy zainteresuje się stanem także mojej pracy. 

Miałem, co mnie cieszyło, dużo swobody nawet w wydawaniu pieniędzy. W kontaktach z fabryką narzędzi chirurgicznych w Milanówku zapoznałem pracujące tam panie chemiczki. Okazało się, że wiele interesujących, ale dla mnie trudnych prac, można rozwiązać technologiami chemicznymi. Miałem takich wiele. Lampy pobudzające lasery rubinowe muszą być chłodzone wodą. W pierwszych laserach lampy były spiralami, wewnątrz których umieszczony był pręt rubinowy. Z zewnątrz lampa umieszczana była w metalowej, o kształcie walca, obudowie. Wewnętrzna powierzchnia walca powinna być zwierciadlana i skierowane na zewnątrz promieniowanie odbijać do środka tj. w kierunku pręta aktywnego. Poprawiało to sprawność pompowania lasera. Woda powinna przepływać, a całość być szczelna. Zespół ten nazywany głowicą laserową miał dość skomplikowaną budowę i jednocześnie drogą w wykonaniu. Zwierciadlana powierzchnia wewnętrzna walca była polerowana i galwanicznie pokrywana srebrem lub złotem. Zagadnienie jeszcze bardziej się skomplikowało, gdy zastosowaliśmy lampy liniowe. Idealny odbłyśnik powinien mieć w przekroju kształt elipsy. To jeszcze bardziej komplikowało wykonanie całości szczególnie, gdy lamp było więcej: dwie, cztery. Panie chemiczki doszły do wniosku, że przy takich różnorodności naszych potrzeb, nie da się korzystać z zewnętrznych laboratoriów chemicznych. Należy taką pracownię uruchomić wewnątrz, przy katedrze. To byłaby koleina komórka pomocnicza. Była już pracownia szklarska dla potrzeb laserów gazowych, szlifiernia wykonująca elementy optyczne ze szkła i kryształów w tym pręty aktywne.

Przekonałem Zbyszka o użyteczności takiej komórki. Do pracy zgodziła się przejść jedna z pań z Milanówka. Mieszkała w Warszawie, miała bliższy i lepszy dojazd. Znaleźliśmy i adaptowaliśmy na chemiczne laboratorium jedno z pomieszczeń na końcu budynku w pobliżu węzła kanalizacyjnego. Na szczęście nie musieliśmy uzyskiwać zezwoleń. Nikt nie sprawdzał, czy wszystkie warunki bezpieczeństwa w nowym laboratorium są spełnione.

Było ono bardzo przydatne. Czego myśmy tam nie próbowali robić? Mieliśmy potrzeby z krainy fantazji, a panie chemiczki próbowały je urealniać. Dla laserów polerowaliśmy chemicznie powierzchnie duralowe, a następnie pokrywaliśmy je galwanicznie chromem. Miało to z założenia uczynić je nieczułe na działanie wody i silnych strumieni promieniowania lamp pompujących lasery. Niestety nie udawało się czynić tego w sposób trwały. Była to zasadnicza bolączka pierwszych konstrukcji. Później podpatrzone w firmie Quantel i w USA odbłyśniki ceramiczne i w postaci białych powierzchni doskonale rozpraszających, może nie były tak sprawne, ale znacznie trwalsze. Dziś wiadomo, że chłodzenie wodą lamp i pręta przy tak silnych strumieniach świetlnych prowadzi do jonizacji wody i agresywnego jej oddziaływania na metale, a szczególnie ich różnych połączeń. Podlegają erozji, a produkty erozji osiadają na elementach optycznych utrudniając transmisję światła i pogarszają parametry urządzeń laserowych. Trudność w zapewnieniu wymaganej czystości, w rezultacie prowadzić może do awaryjnego uszkadzania jego elementów. Dopiero przejście na pompowanie za pomocą półprzewodnikowych diod laserowych uwolniło lasery ciała stałego od tej niedogodności.

Lepsze rezultaty uzyskiwaliśmy przy wykonywaniu elementów mikrofalowych. Oprócz lasera budowałem przecież maser, złożony z elementów prowadzących fale e-m w pasmie o długości 3 cm. Trudno mi tu tłumaczyć rzecz szczegółowo, ale ze względu na ograniczony odstęp nabiegunników elektromagnesu i wymiarów roboczego dewara na ciekły azot nie mogłem umieścić w nim falowodu o typowych dla tego zakresu wymiarach. Musiałem wytworzyć falowód o mniejszym przekroju wypełniając go ośrodkiem o większym współczynniku załamania. Zarówno falowód doprowadzający, jak i wszystkie elementy sprzęgające, a co najważniejsze rezonator wypełniony rubinem i zakończony odcinkiem podkrytycznym wykonaliśmy w tej pracowni metodą chemicznego wytrącania warstwy srebra na elementach wykonanych z dielektryka, a następnie jej utrwalenia i pogrubienia metodami galwanicznymi. Ta metoda naprawdę zdała egzamin. Dielektryk na którym nakładany była warstwa metaliczna albo zostawał wewnątrz, albo był usuwany gdy była taka potrzeba. Usuwanie nie było łatwe. Nasze chemiczki po prostu ją chemicznie rozpuszczały. Nie była to metoda szybka. Wymyśliłem lepszą. Taką strukturę zanurzałem w ciekłym azocie, a po 

Schłodzeniu całości metaliczną warstwę wierzchnią ogrzewałem powietrzem suszarki. Warstwa metaliczne rozszerzała się i chłodny rdzeń sam wypadał. Gdyby nie był to mój pomysł, uznałbym go za genialny.

Dlaczego rozpisuję się o tych, w rzeczywistości banalnych rzeczach. W normalnych warunkach powinienem mieć dostęp do fabrycznego zestawu elementów mikrofalowych na odpowiednie pasma częstotliwości i móc zestawiać z nich wymagane tory i prowadnice falowe. Chodzi o to, że nie mieliśmy takich normalnych warunków. Wiele podzespołów będących w normalnym handlu było dla nas niedostępne. Trzeba było mieć specyficzne pieniądze zwane dewizami, a na dodatek móc w tym podzielonym świecie je kupić. To dlatego to co inni brali z półki w szafie, my wykonywaliśmy przemyślnymi sposobami. Takimi metodami posługiwali się uczeni w XVIII i XIX wieku, a nie w XX. Dobrze, że ten okres w zasadzie minął, chociaż niektórzy twierdzą, że nie do końca. 

Wbrew wszelkim przeszkodom, gdzieś w połowie 1968 r. udało mi się zamknąć całość konstrukcji i pomiarów, opisać je i przekazać pracę do recenzji. Pisałem już o tym i o obronie też. Nie będę się powtarzał.

W międzyczasie Instytut żył nowym laserem gazowym na dwutlenku węgla – CO2. Była to rewelacyjnie nadal prosta konstrukcja, na dodatek umożliwiająca generację promieniowania o stosunkowo dużej mocy. Był to laser o najwyższej sprawności sięgającej 30 % (wyjątkowa zaleta). Miał także wadę – długość fali (10.6 mikrometra) nie transmitującą się w większości szkieł, również w kwarcu. 

Zdzisław Trzęsowski, który z tych zagadnień robił doktorat (Zdzich wiedział najwięcej o laserach CO2) uświadomił mi, że te lasery mogą emitować naprawdę duże moce, ale ich budowa wtedy znacząco komplikuje się. Ośrodek czynny należy wtedy przepompowywać i w międzyczasie chłodzić. Znów do tego celu trzeba było mieć specjalne podzespoły (pompy) które, jak zwykle u nas, były niedostępne. 

Czas naświetlić tło mojego dalszego ukierunkowania zawodowego i kierunku badań, jaki wybrałem, lub wybrał za mnie los (często, może zbyt często na ten los się powołuję), ale to prawda. Często warunki, a nie chęci dyktowały mi wybór drogi postępowania. Dostatecznie dobrze zapoznałem się z możliwościami, jakie oferują na przyszłość masery, by ten kierunek odrzucić. W przyszłości chciałem zajmować się laserami. Kiedyś, jeszcze przed obroną doktoratu porozmawiałem o tym ze Zbyszkiem. Zaproponowałem , że może  zajął bym się poważniej laserami molekularnymi. Lasery COzdobywały rynek. Rosjanie (bywałem tam od czasu do czasu) poświęcali im dużo uwagi. Wyglądało na to, że mogą dominować w zastosowaniach. Zbyszek raczej wykluczył mój udział w tej tematyce. Powiedział, że Tadeusz Machowski robi z laserów molekularnych doktorat, myśli też o osobistym, bliższym zaangażowaniu w tą tematykę. 

– O tobie jeszcze pomylę i porozmawiamy – może wiedział coś, o czym ja, jak zwykle ze mną bywało, nie miałem pojęcia. 

Uderzyło mnie bowiem, że coraz częściej zaczął zauważać mnie Komendant. Spotykaliśmy się na seminariach dotyczących laserów. Prowadzone były w katedrze, a może już w instytucie (IEK – Instytut Elektroniki Kwantowej powstał w 1967 r.) tego typu seminaria. Uczestniczył w nich permanentnie Komendant – nie wiem, czy przypadkiem nie był ich inicjatorem. Jak sobie przypominam, interesował się jakie mam zdanie na dany temat, zapraszając do wzięcia udziału w dyskusji. 

Zdecydowane zainteresowanie moją osobą Komendant okazał w trakcie pobytu na wczasach w domu wczasowym będącym własnością WAT – w Żegiestowie. Był to jak sądzę rok 1968 (mam zasadnicze kłopoty ustalaniem terminu zdarzeń). Komendant też był w tym czasie na wczasach. Lubiłem spędzać urlop czynnie;, organizowałem grę w siatkówkę. Kaliski zgłosił akces do gry. Więcej, terroryzował nas, a mnie w szczególności coraz dłuższymi i częstszymi zawodami. Mieliśmy czwórkę do bridża, ale nie było szans na grę, gdyż wyciągał nas na boisko do siatkówki, albo mnie na spacer. O tych spacerach powinienem opowiedzieć więcej. Miały zapewne one jakiś cel, chociaż o tym nie mówił. Po prostu podchodził do mnie i zapraszał:

 – Chodź, przejdziemy, się, rozprostujemy kości.  Dlaczego mnie. Byli tam wtedy również inni np. Wojciech Oszywa. Jego nie zapraszał, tylko mnie.

Miał ulubioną trasę. Na prawo pod górkę, wzdłuż strumienia w kierunku wsi. W trakcie spaceru, ja przeważnie milczałem, a on mówił. Opowiadał o swoich pomysłach dotyczących fizyki. Najdziwniejszą była jego próba bezpośredniego przejścia od fizyki klasycznej do kwantowej. Trudno było nadążać i śledzić za wartkim potokiem słów, nie mniej muszę przyznać, że umiał zainteresować słuchającego i być przekonywującym.

Mając przecież niezłą pamięć, dziś mogę z większą pewnością powiedzieć, o czym nie mówił niż o czym i co mówił. Na pewno nic mi nie proponował. W szczególności nie wspominał o laserach w syntezie termojądrowej, chociaż o roli laserów w nauce i niedoborze energii rozmawialiśmy.

Jak pamiętam, zainteresował się sposobem naszego powrotu do Warszawy. Pociąg w Żegiestowie był przeważnie tak zatłoczony, że nie dawało się do niego wsiąść. Należało pojechać do Krynicy, gdzie był początek trasy; tam zakupić bilet i dostać się do wagonu. Zawiózł nas po znanych serpentynach z Żegiestowa  do Krynicy. Jeździł dość ostro. Żona z tyłu z dziećmi powiedziała mi później, że więcej nie chce z nim jeździć. Powiedziałem jej, że niepotrzebnie się martwi, więcej takich okazji na pewno nie będzie. 

Jeszcze jeden szczegół pozostał mi w pamięci. Komendant zapytał się, dlaczego nie kupię sobie małego samochodu, by móc wyjeżdżać z rodziną na urlopy. Pokiwał głową, gdy mu powiedziałem, że miałem Syrenkę, a teraz każdą złotówkę wkładam w budowę spółdzielczego domu przy WAT, (mieszkałem w skandalicznych warunkach, w pokoju z używalnością kuchni). 

Może o tym pamiętał, gdyż trochę później, gdy pracowałem już w zespole budującym laser do badań syntezy przydzielił mi talon na samochód. Dla nie wtajemniczonych chcę dodać, że posiadacz talonu mógł kupić nowy samochód taniej, niż na rynku (na bazarze) używany. Stałem się wtedy posiadaczem Wartburga. Były jednak pewne perturbacje. Przydzielony mi  Wartburg (dowiedziałem się o tym znaczne później) chciał dostać płk. Stanisław Probulski, osoba o znacznych wpływach w WAT (później komendant Instytutu Obrony Przeciw Atomowej, w którym Kaliski utworzył zespól Fizyki Plazmy). Komendant zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie zmieniłbym Wartburga na Fiata 125. Był to samochód potencjalnie lepszy, ale też znacząco droższy. Odpowiedziałem, że ze względu na koszt, jeżeli nie mogę dostać Wartburga, muszę niestety w ogóle zrezygnować z zakupu samochodu. Pewno jakoś Kaliski wcisnął Probulskiemu Fiata125, bo mogłem zaprzyjaźnić się z Wartburgiem. Jeździłem Wartburgami przez długie lata. Trzy cylindrowy dwutakt produkcji NRD, był samochodem dość dużym i prostym w obsłudze, w szczególności po tym, gdy mój student indywidualny ze wschodnich Niemiec przywiózł mi optyczny układ regulacji opóźnienia zapłonu. Nie rozregulowywał się jak te mechaniczne i silnik nieźle pracował. (Rozliczne przygody związaną z tym samochodem są luźno związaną z historią laserów i może uda mi się zamieścić je w OKRUCHACH). 

Zbliżała się obrona doktoratu i w czasie jednej z dyskusji Kaliski żartobliwie zauważył, że robię szybkie postępy.

 – Idzie jak czołg, powiedział.

 – Jest ambitny – usłyszałem w odpowiedzi opinię Zbyszka. 

Odpowiedź ta, jej ton, sposób wypowiedzenia prześladowała mnie później latami. Cecha ta została wymieniona, jako cecha ujemna. Ambitność nadmierna, zbytnia, by nie rzec chorobliwa. To, dlatego tak utkwiło mi to w pamięci; do teraz. 

Dziś, gdy wypełnia się już mój czas, dochodzę do wniosku, że opinia ta była wyjątkowo niesprawiedliwa, krzywdząca, nieprzyjazna. Owszem, byłem ambitny, bo chciałem coś umieć. Gdybym takim nie był, skończyłbym, jako robotnik rolny, do czego Niemcy przygotowywali mnie w latach okupacji. Dzięki takiej ambicji z niemałym trudem wyrwałem się. W nauce nie ma miejsca dla ludzi nieambitnych. Chcących zgłębić rzeczy nieznane musi napędzać rodzaj głodu wiedzy. Takich ambicji, o które posądził mnie wtedy i posądzał wielokrotnie później mój szef, nie miałem. Chociażby z tego powodu, że dla zaspokojenia takich ambicji, nigdy nie zrobiłem w stosunku do niego żadnego nieprzyjaznego kroku, chociaż miałem w życiu takie okazje. 

O tym, że mam przejść do grupy Komendanta WAT i tworzyć tam zespół budujący lasery do prowadzenia badań nad syntezą termojądrową nie powiadomił mnie Kaliski, a mój szef Zbigniew Puzewicz. Miałem takie wrażenie wtedy i pamiętam to dziś, że nadał tej wiadomości podwójne znaczenie. Z jednej strony powinienem to przyjąć jako nagrodę, wyróżnienie. Oczywiście z jego strony. On mnie do tej roli wyznaczył, polecił. Do samego faktu tematyki laserowej syntezy, jako pomysłu Kaliskiego, odnosił się lekceważąco. Nie mogła to być poważna sprawa. Po prostu taki generalski wybryk. On ze swojej strony, miałem odnieść takie wrażenie, daje Komendantowi to co ma najlepszego, świeżo upieczonego doktora, zdolnego członka swojego zespołu, czyli – mnie. 

W tym zdarzeniu było coś z powtórki z historii. Tak jak kiedyś Mieczysław Piotrowski, nie pomny jak skończył, przeniosłem się do budynku byłej straży pożarnej i zacząłem zastanawiać się, czego oczekuje i faktycznie potrzebuje prof. Sylwester Kaliski do realizacji swoich pomysłów.

Zbyszek, jak już wspomniałem, moje przejście formalnie popierał, traktując włączenie nowego budynku i tematyki, która miała się tam rozwijać, jako rozszerzenie przynależnych mu zagadnień laserowych. To i późniejsze zdarzenia pokazały, w jakiej skomplikowanej sytuacji się znalazłem. Dla Puzewicza dobrze byłoby gdyby postępów w naszym zespole nie było. Umiejętnie stawiane przeszkody np. w dostępie do różnych technologii i materiałów były na porządku dziennym.  Broń Boże nie przez niego osobiście, o to starali się inni. W stosunku do komendanta WAT był kryty, do współpracy z nim oddelegował, jak przedstawiał, jednego z najlepszych (no może zbyt ambitnego) jakich miał. Gdy coś nie wychodziło, to była ich wina. Co innego, jeżeli wychodziło. Zbyszek zawsze był na miejscu, owszem pochwalił, dyskretnie podkreślił swój udział i widział drogi poprawy otrzymanych wyników. Widać zawsze było, że nie do końca korzystaliśmy z jego wiedzy, doświadczenia i czynionych uwag (te ambicje). W każdym razie zapewniał sobie udział w nagrodach, jakie zdobywaliśmy. Kaliski dawał do zrozumienia, że czyni to dla świętego spokoju. Chociaż każdorazowo mówił mi o tym, do dziś nie wiem czy było to pytanie mnie o zgodę, czy po prostu informacja. Myślę, że chciał, abym protestował. Ja przeważnie nie wyrażałem żadnego poglądu. Tak mniej więcej wyglądała nasza współpraca, jako Wydzielonego Zespołu z Instytutu Elektroniki Kwantowej do realizacji tematyki laserowej syntezy termojądrowej, którą zajmował się prof. S. Kaliski.  Byłem kierownikiem tego Zespołu w randze Zastępcy Komendanta Instytutu Elektroniki Kwantowej WAT ds. Zadań Wydzielonych. Trwało tak do końca 1975 roku.


  1. Oponentom, którzy twierdzą, że istnieją wyjątki, zwracam uwagę, że wyjątki zawsze potwierdzają regułę.
  2. W rezultacie wywalczył kilka patentów na zastosowania laserów.
  3. Zygmunt Kaźmierski: Wojskowa Akademia Techniczna w latach 1951 – 2001, Warszawa, 2010.
  4. Doktorem wtedy Piotrowski nie był. Zrobił doktorat kilka lat później, pracując w Instytucie na Szaserów.