| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Jak nie zbudowaliśmy masera

W 1961 r. nowym szefem Katedry Podstaw Radiotechniki został Zbigniew Puzewicz. Znaliśmy się dobrze, można by rzec, byliśmy kolegami – przynajmniej mnie się tak wydawało. Studia inżynierskie ukończył na Politechnice Gdańskiej. Był studentem kompanii akademickiej, to znaczy studiował, będąc żołnierzem.  Do WAT przybył w 1951. Poznaliśmy go, jak był jeszcze podoficerem (plutonowym) w trakcie wykładów płk. Kapranowa. Tłumaczył nam niezrozumiałe fragmenty jego wykładu z języka rosyjskiego. W 1956 r. ukończył kurs magisterski, a w 1960 obronił pracę doktorską. Pisałem o tym nieco szerzej w części zatytułowanej „Pierwsza Specjalizacja”.

Ze Zbyszkiem (byliśmy po imieniu i tak się do siebie zwracaliśmy) splotły się moje losy na długie, przyszłe lata pracy w WAT. Okres ten wymaga też bardziej wnikliwego i dokładniejszego potraktowania. Na wstępie pozwolę sobie na krótką, subiektywną charakterystykę osobowości mojego nowego szefa katedry.   

Był to człowiek ambitny, niezwykle dbający o swój wizerunek i to pod każdym względem.  W swoim mniemaniu zawsze zajmował się zagadnieniami trudnymi, o randze pierwszorzędnej, wyniki otrzymywał doskonałe, spotykał się z nieprzeciętnymi ludźmi (chodził nawet z najładniejszymi panienkami). Potwierdzenia takiego jego statusu usilnie się od nas domagał i nie ustawał, aż go wreszcie (czasem dla świętego spokoju) uzyskiwał. Miał doskonałą opinię u przełożonych, do tego znajomości w rożnych sztabach i ministerstwach. Tym się mniej chwalił, uważał to za rzeczy naturalne, o które nie zabiegał.
W rzeczywistości nie omijały go jednak żadne wyróżnienia, wyjazdy na przeszkolenie do ZSRR, udziały w konferencjach, nawet prozaiczna możliwość noszenia munduru wojsk lotniczych, a nie lądowych.  Czy był pracowity? Przebiegając w myślach szereg późniejszych lat, raczej tego nie potwierdzam. Miał jednak ponadprzeciętną umiejętność znajdowania i motywowania współpracowników, którzy szereg prac, czasem za niego lub w jego imieniu, wykonywali. Może na tym polegała jego wielkość.
Tadeusz Machowski, który był wieloletnim, wiernym jego współpracownikiem, w przystępie szczerości, powiedział nam kiedyś, że w jego towarzystwie zgodziłby się polecieć w kosmos, gdyż miałby pewność, że powróci. Rzeczywiście do końca wiernie go się trzymał. Raz tylko podobno się zdenerwował (tak mi powiedziano), gdy jako zastępcy Puzewicza w Instytucie Elektroniki Kwantowej groziła mu jedna kar wojskowych. Zagroził, że wtedy spowoduje, że dochodzenie rozpocznie się od nowa i do jego ukarania nie doszło. Pozostali to jest Mieczysław Czyż i zaocznie ja ukarani zostaliśmy. O swojej karze dowiedziałem się po roku w momencie jej „zamazania” – wykreślenia z ewidencji. Może się w przyszłości bliżej odniosę do tego fragmentu mego życiorysu. 

O ile pamiętam, nie chcę Zbyszka skrzywdzić, ale samodzielnie nie napisał żadnego poważniejszego artykułu. Osiągnięcia w zakresie wzmacniaczy kwantowych chętnie przedstawiał na konferencjach lub – co najbardziej lubił – dziennikarzom gazet i czasopism, którzy następnie opisywali je w bieżącej prasie. Wycinki z tych publikacji były przez niego skrzętnie zbierane i gromadzone, a ich pokaźny plik był prezentowany przy wielu okazjach, nawet współcześnie. Wyszły nawet drukiem w postaci książeczki „WAT laserem pisany” autorstwa Lecha Surażyńskiego. Pewnych rzeczy Zbyszek sam nigdy nie robił, zawsze znajdował gorliwych wykonawców. Dla pewnej grupy moich znajomych, pracowników nauki, dobrze umocowanych w kontaktach z mediami wymyśliłem nazwę: naukowi celebryci. Myślę, że nazwa ta do Zbyszka wyjątkowo dobrze pasowała. 

Zbigniew Puzewicz, obejmując kierownictwo naszej katedry chciał, by naukowo zajmowała się ona nową dziedziną mikrofal, wzmacniaczami kwantowymi. Ideę wzmacniaczy kwantowych podał w 1917 r. Albert Einstein. Nie dawno (1954) pojawiła się w literaturze światowej informacja o uruchomieniu w USA wzmacniacza mikrofalowego działającego na tej zasadzie. W Polsce wydarzenie to musiało być uznane za ważne, gdyż na prace związane z rozpoznaniem tych zagadnień katedra nasza otrzymywała pieniądze z Szefostwa Badań i Rozwoju Techniki Wojskowej MON. Nie były to duże pieniądze, ale w tym czasie zdarzenie wyjątkowe. Na wszelkie pytania dotyczące zasad finansowania i sposobu ich otrzymania Zbyszek robił tajemniczą minę i rozmowy nie podejmował. Wiedzieliśmy, że w MON pracują koledzy Zbyszka jeszcze ze studiów w Gdańsku (przyszły zastępca Szefa Badań, płk. Ścieżka) i że on potrafił stamtąd te środki „wydębić”. Dziś mam nieco inny pogląd na tą sprawę. Był to okres „zimnej wojny” i ostrego współzawodnictwa pomiędzy systemami socjalistycznym i kapitalistycznym, a raczej ZSRR i USA. Uczeni w czasie trwania II wojny światowej udowodnili swoją przydatność dla uzbrojenia wojsk. Bez nich znacznie trudniej byłoby rozgromić Hitlerowskie Niemcy, a przede wszystkim Japonię. Wystarczy wspomnieć jeden z najważniejszych programów „Manhattan” dotyczący budowy broni nuklearnej. Dziś wiadomo, że szczegóły jej konstrukcji były przez wywiad Związku Radzieckiego wykradzione. Programów mniejszego kalibry było znacznie więcej. Niewątpliwie badania naukowe były skrzętnie inwigilowane. Jak bardzo, możemy dowiedzieć się z książek Wiktora Rezuna – Suworowa1. Nowa metoda wzmacniania i generacji mikrofal kojarzona była wprost z radarami, a te z wiadomymi zastosowaniami wojskowymi. Zainteresowanie nimi wywiadu było gwarantowane. WAT to instytucja, gdzie można było sprawdzić, na ile dostarczane przez wywiad wiadomości były wiarygodne. Nie tylko WAT. Z zakładami wykonywującymi  urządzenia dla wojska współpracowali także pracownicy Politechnik. Prof. Wiesław Woliński we wspomnieniach „Pierwsze lata prac z zakresu laserów w Politechnice Warszawskiej” opublikowanych w 1987 r. w wydawnictwie „W ćwierćwiecze odkrycia laserów”2 napisał: Jest połowa 1962 roku. Otrzymujemy z MON zlecenie na rozpoznanie zagadnienia lasera gazowego He-Ne. Zdanie to potwierdza moją tezę, że MON (niewątpliwie Inspektorat Techniki – Szefostwo Badań i Rozwoju) miał informacje o nowych odkryciach z zakresu techniki wzmacniaczy kwantowych i stara się dowiedzieć więcej na ten temat od pracowników nauki. Dziś prof. Woliński dorzuca kilka dalszych szczegółów. Stosunkowo bogatą literaturę techniczną dotyczącą laserów otrzymali z MON (w dwóch transzach), a referat na temat laserów (nie tylko He-Ne) wygłoszony został dla szerokiego grona oficerów we wrześniu 1962. Profesor Woliński nie ukrywa, że otrzymane zlecenie i materiały były bezpośrednim bodźcem zainteresowania się ich tą techniką. 

W tym czasie w WAT już pracowano nad  maserami – mikrofalowymi kwantowymi wzmacniaczami. Czy zainteresowanie MON laserami dotarło do WAT – nie wiem. Może chciano poznać opinię większego grona specjalistów, a nie tylko zatrudnionych w WAT.

Zgodnie z moją wiedzą informacje na temat laserów zostały przywiezione przez dwóch młodych szefów katedr: Zbigniewa Puzewicza – Szefa Katedry Podstaw Radiotechniki – i Kazimierza Dzięciołowskiego – Szefa Katedry Urządzeń Mikrofalowych z konferencji naukowej odbywającej się w Stanach Zjednoczonych. Jest jeszcze jedna możliwa wersja wydarzeń. Wspomniani szefowie katedr zostali wysłani na tą konferencję, gdyż wiadomo było, że lasery będą na niej prezentowane i będą mogli zapoznać się z ich budową. Ta wersja jest bardzo prawdopodobna. Mogła odbyć się z udziałem naszego wywiadu.
To są tylko domysły. Jak było naprawdę, nie wiem i chyba już nie mam szans się dowiedzieć.

Powróćmy jednak do mojej osobistej sytuacji na początku lat 60. Miałem stosunkowo dużo dydaktyki (Miecio Czyż wyjechał do Charkowa robić pracę doktorską), a ponadto kończenie pisania i prace związane z wydaniem książki pochłaniały mnie bez reszty. Do tematów Zbyszka początkowo nie przystępowałem. Oczywiście zazdrościliśmy mu, że miał dodatkowe pieniądze. Niezbyt duże i bez tzw. dewiz, ale zawsze. Można było myśleć o nietypowym wykonawstwie prac w ramach zleceń dodatkowych, które można było opłacać bezpośrednim wykonawcom. Ta wygodna forma otwierała wtedy duże możliwości.
Właśnie w tego typu sprawie zostałem poproszony przez Zbyszka o podróż do Krakowa. Miałem odebrać wycięte kryształy rubinu, zostawić do pocięcia nowe, a ponadto zorientować się w możliwości zakupu profilowanego przewodu do nawinięcia cewek elektromagnesu. Był budowany do badań rezonansu paramagnetycznego i do ewentualnej budowy przyszłego masera.

W Krakowie przyszło mi pobyć nieco dłużej. Odpowiednio zorientowane kostki z rubinu wycinane były metodą ultradźwiękową w Instytucie Obróbki Skrawaniem. Nie była to, jak się później dowiedziałem, metoda klasyczna i najczęściej stosowana. Stosowano ją w tym instytucie i dlatego mógł przyjąć i realizować nasze zamówienie. Wspomnieć należy przy okazji, że była to metoda bardzo droga, a powierzchnie po cięciu dość nierówne. Kostki wymagały dalszej zgrubnej obróbki szlifierskiej, a następnie jeszcze polerowania. Chodziło o to, by wkładane do rezonatora kryształy były możliwie czyste. W zagłębieniach mogły gromadzić się zanieczyszczenia, które wnosiły do rezonatora straty, pogarszające działanie urządzeń, w tym parametry przyszłego masera. Niestety Instytut mógł tylko rubiny pociąć. Pozostałych prac już się nie podejmował. 

Miła pani, która doglądała urządzenia tnącego kryształy, zlitowała się nade mną i pokazując mi pierścionek z dużych rozmiarów oczkiem, dała adres, gdzie został odnowiony.  – Oni tam polerują różne kryształy. Jak pan widzi, rubin w moim pierścionku odnowili. Pierścionek jest stary i rubin był zmatowiony. Teraz wygląda pięknie. 
Postanowiłem to sprawdzić.  

Wdrapałem się na piętro kamienicy przy ul. Szewskiej i zostałem przyjęty wyjątkowo nieufnie (byłem w mundurze) przez starszego Pana, jak się okazało właściciela warsztatu, gdzie odnawiano kamienie szlachetne. Na ścianach pokoju, do którego wszedłem, wisiały fotografie właściciela dzierżącego w rękach wędkę i ryby pokaźnych rozmiarów. Jako wędkarz z zamiłowania, wyraziłem podziw i pogratulowałem tak znakomitych wyników.
Ociepliło to nieco atmosferę i jak to bywa wśród zapaleńców, rozwiązało język gospodarza. Dowiedziałem się, że wyjeżdża w określonej porze nad pomorskie rzeki, by łowić certy. To właśnie te okazy figurują na zdjęciach. Słysząc to, zrezygnowałem z pochwalenia się, iż też czasem wyjeżdżam na Mazury, by połowić okonki i przystąpiłem do wyjaśnienia, co mnie do niego sprowadza. Interesował się techniką. O roli rubinu we wzmacnianiu musiałem  powtarzać dwukrotnie, chociaż wtedy niewiele jeszcze o tym wiedziałem. Zostałem nawet zaprowadzony do części produkcyjnej, gdzie zobaczyłem proste, ale funkcjonalne maszyny do szlifowania, polerowania i do cięcia kryształów. W trakcie negocjacji uzyskałem cenę polerowania całej kostki kryształu w cenie niższej niż cięcie jednej ściany w Instytucie. Zadał mi przy tym dziwne pytanie, czy otrzyma oficjalne zlecenie wykonania tej usługi z Akademii i płatność będzie przez bank? Odpowiedź, że oczywiście, że nie może być inaczej, wyraźnie go satysfakcjonowała. Więcej, wyjaśnił mi, że rubin jest jednym z najtwardszych kryształów  i tarcze tnące silniej się zużywają, ale gotów jest nie tylko polerować wycięte kostki. Może je także wycinać. Na pytanie o cenę, tylko machnął ręką. W zaproponowanej cenie za szlifowanie i polerowanie dodatkowo wykonamy także wycięcie kostki.
Nie do końca świadom zasad i niuansów socjalistycznej gospodarki, uznałem, że zrobiłem doskonały interes. Wycięcie z wypolerowaniem  całej kostki rubinowej w cenie cięcia jednej ścianki w Instytucie! Wróciłem do IOS, zabrałem dwa z czterech przywiezionych nowych rubinów do wycięcia i zostawiłem je do wykonania w warsztacie na Szewskiej, uliczce przy Krakowskim Rynku. 

Uzyskałem też zgodę (tym razem już w państwowych zakładach) na złożenie zamówienia na miedziany przewód o przekroju prostokątnym i cienkiej izolacji. Będzie idealny do nawinięcia cewek elektromagnesu. Zadowolony z siebie wróciłem do Warszawy.
Zbyszek też był bardzo kontent z mojej podróży. 
– Zadbaj tylko, by utrzymali właściwe położenie osi krystalicznej. Dowiedz się też w sztabie WAT, jak złożyć tam zamówienie.
Stało się to, co było zmorą mojego całego życia. Wykonałem pewne nieduże zlecenie, a ono zaczęło rozrastać się na wiele innych zadań. Nie było siły uwolnić się od nich. Miałem przecież tylko zawieźć do cięcia rubiny i odebrać już gotowe. Inna sprawa, że przekraczałem swoje zobowiązania. „Wychylałem się”, jak popularnie to nazywaliśmy. Nie powinienem mieć w związku z tym pretensji.
Tymczasem z wydaniem zamówienia zaczęły się schody. Jak mnie poinformowano, zamówienie można złożyć do prywatnego wytwórcy lub usługodawcy, ale gdy trzy zakłady państwowe odmówią wykonania danej pracy. Spróbowałem dostać takie odmowy. Niestety państwowe zakłady, do których się zwróciłem, mimo że usługi nie były w stanie wykonać, odmowy na piśmie przyjęcia zamówienia dać nie chciały. Gdyby Akademia sfinansowała odpowiednią inwestycję, każdy z tych zakładów gotów był zamówienie zrealizować. Sprawa stała się poważna. Na dodatek z krakowskiej szlifierni dostałem telefon, że nie czekając na formalne zamówienie, pocięli już pozostawione im kryształy. Czułem, że przyjdzie mi płacić z własnej kieszeni, która nie była zbyt zasobna. Uratowała mnie Pani Róża z działu  zamówień. Dała się zaprosić na kawę i wiedziała, jak wyjść z tej sytuacji bez wyjścia. 

Tak zwykły, jednorazowy wyjazd do Krakowa, chcąc nie chcąc, zmusił mnie do dłuższego zajmowania się tematyką wykonania elementów składowych do badań maserowych. Nadzorowałem budowę elektromagnesu (znalazłem przecież i zamówiłem profilowy przewód do nawijania cewek). Na dodatek  poznałem Janusza Czaplickiego z Fakultetu Lotniczego i Czesława Janusza ze Skawiny oraz innych entuzjastów przyłączających się do tych prac. Jeszcze wrócę do tych niezwykle ciekawych osób.  Niepostrzeżenie pochłonęła mnie nowa tematyka wzmacniaczy kwantowych, najpierw mikrofalowych – maserów, a następnie optycznych, czyli laserów.  Prawdę mówiąc byłem z tego zadowolony. Właściwą, jak mi się wydaje, ocenę tych zdarzeń podałem w opowiadaniu zawartym w OKRUCHACH pt. „Biznes”. Napisałem tam:
„W ten sposób wzmacniacze kwantowe – masery i lasery stały się moją życiową specjalizacją i zarazem pasją. Nie żałuję tego i nigdy nie żałowałem. Uważam, że w pewnym sensie wyciągnąłem szczęśliwy los na „życiowej loterii”. Praca w tym zakresie przyniosła mi bowiem wiele satysfakcji. Rozczarowań też, ale te mniej się liczą. W jej ramach udało się mnie, chłopakowi z zapadłej wsi, zdobyć tytuł profesora i wypełnić w ten sposób sens życia.” 

Laserami, a zasadniczo laserem rubinowym, zacząłem zajmować się dość wcześnie  równolegle z maserami. Nic na to nie poradzę, że obydwa tematy w tej opowieści będą się przeplatać. Tak było w rzeczywistości. Maserami w katedrze zajmowałem się najdłużej, podczas gdy większość jej pracowników o maserach już dawno nie pamiętała.

Wróćmy do początku. Tematyka maserowa była dla nas zupełnie nowa. Publikacja Bloembergen’a3 uświadomiła nam trudności, z jakimi przyjdzie się zmierzyć. Przyznaję, że mnie wyraźnie zniechęciła. Do prac nad maserami  trzeba było dysponować odpowiednio domieszkowanymi i zorientowanymi (anizotropia) kryształami rubinu lub rutylu, móc je umieszczać w wyjątkowo jednorodnym, regulowanym pod względem kierunku i wartości polu magnetycznym, a nade wszystko kryształy te chłodzić do temperatur ciekłych gazów, najlepiej helu (4,2 K). Myśląc o zastosowaniu wzmacniacza w wojsku, przewidywaliśmy jego działanie w pasmie X (długość fali 3 cm). Pod względem aparatury mikrofalowej byliśmy do podjęcia wszelkich eksperymentów przygotowani. Dysponowaliśmy generatorami zarówno w pasmie X, jak i K (ok. 1 cm, w tym pasmie lokowała się częstotliwość pompy). Pompa – to nazwa dodatkowego źródła fal elektromagnetycznych, kosztem którego wzmacniany jest pożądany sygnał. W technice jak w życiu, gdy jest skutek, to musi istnieć przyczyna. Ale to wszystko co mieliśmy. Czego niestety nie mieliśmy? Oto lista najważniejszych potrzeb:

  • Dobrej jakości rubiny o odpowiednich wymiarach i koncentracji jonów chromu;
  • Źródło stałego, regulowanego pod względem wartości i kierunku poła magnetycznego; 
  • Naczynia (dewary – powszechnie używana w technice nazwa) do przewozu ciekłych gazów, w szczególności helu;
  • Specjalnej konstrukcji naczynia (dewary) do prowadzenia badań wzmacniaczy kwantowych;
  • Instalacja do odzysku parującego helu; 
  • Falowody na pasmo K i wszelkiego typu falowodowe (na pasmo X i K) elementy sprzęgające tory przesyłowe z generatorami i detektorami.

Nie wspominam tu o rezonatorach lub strukturach spowalniających, zawierających materiał aktywny – rubin lub rutyl. Nie wymieniłem ich. To zrozumiałe, że elementy te powinny być przez nas zaprojektowane, wykonane i przebadane. W końcu mieliśmy zbudować maser. Pozostałe elementy i urządzenia powinny być dostępne jako gotowe, istniejące na rynku wyroby. Jak było w rzeczywistości? Gdyby chcieć wymienić, czym z tego wykazu wtedy w formie gotowej dysponowaliśmy, należałoby ze smutkiem stwierdzić, że praktycznie niczym. 

Powyższa lista stanowi wykaz głównych zagadnień, którymi zmuszeni byliśmy się zająć. Powinniśmy opracować i wykonać wszystkie potrzebne elementy i podzespoły, z których w rezultacie dałoby się zestawić końcowe urządzenie – maser. A jednak w ciągu niespełna dwóch lat z tego wykazu większość zadań została w dużej mierze zrealizowana lub daleko zaawansowana. 

Najbardziej newralgicznym było zapewnienie chłodzenia kryształów do temperatur ciekłego helu. Hel był wtedy gazem bardzo drogim i należało go odzyskiwać zarówno w trakcie transportu, jak i w trakcie prowadzania badań. W kraju (tym bardziej w WAT) nie było naczyń do przewozu skroplonego helu. Nie było także instalacji do gromadzenia parującego gazu szczególnie w trakcie prowadzenia badań. Ponieważ nie dysponowaliśmy odpowiednią pulą dewiz, urządzenia te należało zbudować we własnym zakresie.

To nieprawda, że w Polsce wtedy, w tym siermiężnym PRL-owskim okresie, nic nie można było zrobić. Nowa tematyka przyciągała wielu specjalistów z różnych dziedzin, nawiązywała się ożywiona współpraca, a grono współwykonawców szybko rosło. Należy podkreślić, że znakomicie pomocny okazywał się mundur. Byliśmy przecież oficerami. Mundur otwierał nam drzwi do dyrektorskich gabinetów nawet dużych zakładów przemysłowych, zapewniał znaczenie i powagę zagadnień, z którymi się zwracaliśmy i gwarantował ich polityczny (w tym czasie był to bardzo ważny argument) priorytet. Natomiast dla bezpośrednich wykonawców nawet niewielkie dodatkowe pieniądze, jakimi wówczas dysponowaliśmy, były istotną zachętą. To drugi argument niezwykle pomocny w  prowadzonych pracach. Dodatkowe środki umożliwiały wykonywanie niezbędnych prac poza godzinami służbowymi. Nasze zlecenia nie naruszały więc tzw. zadań planowych. Był to zadziwiająco poważny argument. Musieliśmy zapewniać, że nasze zamówienie ma incydentalny charakter i nie spowoduje zmiany planowego asortymentu produkcji, a wykonana usługa lub wyrób na pewno nie wejdą do przyszłych planowych zadań zakładu. Może się to wydać niezrozumiałe, ale zakłady broniły się przed zamówieniami produktów, które potrafiłyby wykonać. Takie to były czasy.

Jak już wspomniałem nie mogliśmy wtedy liczyć na jakiekolwiek zakupy. Nie mieliśmy dewiz. Mogliśmy jedynie próbować wykorzystać potencjał krajowego przemysłu oraz zasoby wiedzy i możliwości wykonawczych innych uczelni i ośrodków badawczych.
Jak się okazywało, krajowe zasoby i możliwości nie były tak małe. Szukając, znajdywaliśmy ludzi mających wiedzę i umiejętności, które dawało się wykorzystać w budowie nowych nieznanych dotąd podzespołów czy urządzeń. Istniały więc w kraju możliwości opanowania tej zupełnie dla nas nowej tematyki. Większość zdobytych współpracowników była zafascynowana możliwością uczestniczenia w zupełnie nowych pracach, a możliwość niewielkiego (naprawdę groszowego) dodatkowego zarobku w pełni ich motywowała. Trudniej było przekonać dyrekcje zakładów, w których ci ludzie pracowali, aby mogli skorzystać z parku maszynowego i na terenie zakładu prace te wykonywać. Tu właśnie niezwykle pomocnym okazywał się nasz mundur. To była gwarancja, że działanie nie zostanie źle ocenione pod względem politycznym. To znów znak tamtych czasów.

W wyjątkowo prosty sposób zdobyłem falowody na pasmo K. Produkowaliśmy w Polsce stacje radiolokacyjne na pasmo X, a w związku z tym również falowody na to pasmo. Robiła je huta Baildon w Katowicach. Wniosek prosty, jeżeli robi na pasmo X, to może zrobić na pasmo K. To tylko mniejsze wymiary. Pojechałem do Katowic ( może wtedy już do Stalinogrodu ?). Miałem wyrobioną metodę postępowania w załatwiania tego typu spraw. Najpierw spotykałem się z fachowcami szczebla głównego inżyniera. Tam ustalaliśmy techniczne możliwości realizacji określonego zadania. Jeżeli była możliwość i zgoda na tym szczeblu, szedłem do naczelnego dyrektora. Wtedy zrobiłem tak samo. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że huta produkuje szeroki asortyment wyrobów, a naczelny jest działaczem partyjnym i nie wie, jak wygląda falowód. Pokazałem mu stojący na jego biurku przycisk na papiery w postaci fantazyjnie połączonych różnej długości falowodów. 
– To mów pan, że chodzi o te rurki. Ile pan tego chce?
Odparłem, że kilka metrowych odcinków, ale o innych wymiarach.
–  A my je robimy?
Na to pytanie znałem odpowiedź.
– Niestety nie, chodzi o to, by je dopiero zrobić.
– Do tego to ja potrzebuję inżyniera. Bez niego nie mogę nic obiecać.
Wezwany główny inżynier powtórzył już wcześniej uzgodnione warunki: zapłacimy za wykonanie specjalnego oczka i przeciągacza na uzgodnione wymiary falowodu, a następnie standardową cenę za przeciągnięcie zamówionej ilości metrów falowodu. Wszystko może być wykonane po godzinach pracy i poza planową produkcją. Tu padł orientacyjny koszt wykonania całości w postaci zlecenia za przepracowane godziny.
– Oczywiście jeżeli pan dyrektor wyrazi na to zgodę – dodał służbiście Główny Inżynier.
Aby zgoda dyrektora stała się faktem, wyjaśniłem, jak ważne i priorytetowe prace naukowe umożliwione nam zostaną dzięki wykonaniu u nich wspomnianych odcinków falowodów.
– Oczywiście naszej armii powinniśmy pomagać, jak tylko potrafimy. Panie inżynierze, proszę z kapitanem uzgodnić szczegóły i umowę przedstawić mi do podpisu. Co do zasady wyrażam swoją zgodę.
Zakupione wtedy odcinki falowodu na pasmo K posłużyły nam w szczególności do wykonywania prac doktorskich. Nawet nie mojej (nie potrzebowałem ich), ale na pewno płk. Jana Krepskiego. On, o ile pamiętam, projektował i badał rezonator dostrajany jednocześnie w pasmach X i K.
Opisaną tu metodę (dlatego ją szczegółowo przytaczam) stosowałem wielokrotnie i przeważnie z podobnym skutkiem. Wiele rzeczy umieliśmy zrobić. Nie zawsze chcieliśmy.

Rubiny do celów jubilerskich i technicznych (łożyska) były produkowane w Hucie Aluminium w Skawinie, a zatrudniony tam inż. Czesław Janusz chętnie współuczestniczył w otrzymywaniu ich o odpowiednich rozmiarach, czystości i koncentracji chromu. Otrzymał pozwolenie dyrekcji na prowadzenie stosownych prób, tym bardziej że dotyczyły one rozszerzenia produkcji ważnej także z punktu widzenia zakładu. 

Do prac nad maserami przyłączył się również  kpt mgr inż. Janusz Czaplicki z fakultetu lotniczego. Człowiek – kopalnia pomysłów. To on wyszukał w jakichś magazynach żelazo armco na jarzmo elektromagnesu. Mimo że znalezione kęski miały średnice nieprzekraczające 120 mm, z ich pomocą odpowiedni elektromagnes można już było próbować zaprojektować i wykonać. Projekt mechaniczny został u nich wykonany. Mieli także odpowiedni park maszynowy, by zapewnić z wymaganą dokładnością regulację odległości pomiędzy nabiegunnikami i obrót całego elektromagnesy wokół osi pionowej. To do nawinięcia cewek tego elektromagnesu znalazłem i zakupiłem w czasie pobytu w Krakowie przewód o profilu prostokątnym i cienkiej izolacji. Konstrukcja była udana i służyła nam przez cały czas prowadzenia badań rezonansu paramagnetycznego i maserów.
Niedawno, w czasie obrad Rady Naukowej IOE zakomunikowano, że dla zespołu medycznych zastosowań laserów zakupiony został zestaw do badań rezonansu paramagnetycznego z podobnym elektromagnesem. Na pytanie, co stało się z elektromagnesem wykonanym w 1962 r., prawdę mówiąc, nikt nie umiał odpowiedzieć. W końcu wspólnymi siłami ustalono, że został on dawno złomowany przez pracownika, który dawno już z instytutu odszedł. Taki los spotkał u nas znacznie więcej wykonanych unikatowych urządzeń. Może będę miał jeszcze okazję na ten temat zabrać głos.

Powróćmy do newralgicznego zagadnienia chłodzenia rubinu (rutylu) do temperatur ciekłego helu. Gaz ten był wtedy trudno dostępny i drogi, nie mówiąc już o jego ciekłej postaci (temperatura 4,2 K tj ok. minus 269 stopni Celsjusza). Do transportu ciekłego helu są wymagane specjalne naczynia chłodzone dodatkowo płaszczem z ciekłego azotu (ok. 77 K). 

Mikrofalowy wzmacniacz kwantowy, aby mógł być ochłodzony do temperatur helowych, powinien również być umieszczony w stosownym helowym dewarze (rodzaj termosu) chronionym przed nadmiernym ogrzewaniem płaszczem ciekłego azotu (azot jest gazem znacznie tańszym, a jego płynna postać była już wtedy powszechnie dostępna). Parujący gazowy hel nie mógł być ze względu na jego cenę wypuszczany do atmosfery, a odzyskiwany, oczyszczany i ponownie skraplany.
Żadne oprzyrządowanie dla chłodzenia helowego nie było wtedy w WAT dostępne. Myślę, że w kraju też. Szczególnie to specyficzne, wymagane do badań  maserowych.  Jakiekolwiek prace w zakresie maserów wymagały zmierzenia się z wymienionymi powyżej problemami. Nic dziwnego, że skala trudności wydawała mi się trudna do przezwyciężenia. Nie paraliżowała ona jednak Janusza Czaplickiego, a tym samym mojego szefa Zbyszka Puzewicza. Lubił pozostawiać tego typu problemy takim zapaleńcom jak Janusz. Ten naprawdę orientował się w specyficznych technologiach. Wiedział, gdzie są stosowane i gdzie ich szukać. Nie było dla niego tajemnicą, że stal 1H18N9T (wykonywane były wtedy z niej igły do strzykawek medycznych w Milanówku) nadawała się do głębokiego tłoczenia, a metodą wyoblania i odpowiedniej obróbki cieplnej można było z niej wykonywać cienkościenne naczynia wymagane do przewozu i przechowywania skroplonych gazów. Na dodatek stal ta nie była magnetyczna i nadawała się do umieszczania wykonanych z niej naczyń w polu magnetycznym, a tym samym zastosowania ich w maserach.  Janusz znalazł i namówił zapaleńców z fabryki w Milanówku do zajmowania się tą tematyką i wkrótce przeprowadzone próby doprowadziły do naprawdę interesujących i pozytywnych rezultatów. Towarzyszyłem mu we wszystkich tych poszukiwaniach, spotkaniach i kontaktach. Przecież trzeba było pisać pisma, otrzymywać zezwolenia zakładów na dodatkowe zatrudnienie w WAT ich pracowników. To ważne prace administracyjne. Nie wspominam wielu godzin spędzonych z Januszem na dyskusjach merytorycznych. Taki był mgr inż. Janusz Czaplicki, że nie wspomnę, iż był on także wędkarzem oraz że hobbystycznie wykonywał niezniszczalne spinningi z epidianu i włókna szklanego. Mam taki do dziś. Janusz był także brydżystą, hodowcą pszczół i wspaniałym kompanem. Januszku, chylę przed Tobą czoło i jakże ciepło Cię wspominam. 

Wkrótce doszła do nas bardziej rewelacyjna informacja. Wzmacniacz kwantowy okazał się zdolny do wzmacniania, a nawet generacji częstotliwości optycznych. Niezbyt oczywista jest geneza podjęcia tej tematyki w WAT. Bliżej mój pogląd na powyższą sprawę przedstawiłem w publikacji w Sprawach Nauki4. Przypuszczam, że istotną rolę odegrały w niej nasze służby wywiadowcze, o czym już wcześniej pisałem. 

Pierwszym laserem zbudowanym w Stanach Zjednoczonych był laser rubinowy. Tak został nazwany, gdyż jego aktywnym materiałem był kryształ rubinu. Zbudował go i uruchomił w 1960 roku Theodor Maiman. Następnym uruchomionym na początku 1961 r. generatorem optycznym był laser gazowy. Ośrodkiem czynnym w nim była mieszanina dwóch gazów: helu i neonu. Nazwany on został laserem He-Ne, a jego wynalazcami byli Ali Javan i W. Bennett.

Nasi uczestnicy (Z. Puzewicz i K. Dzięciołowski) w międzynarodowej konferencji w USA, o której już wcześniej wspomniałem, na wystawie towarzyszącej konferencji mieli możność zobaczyć działające lasery – zarówno rubinowy, jak i He-Ne. 

W naszych warunkach laser He-Ne był łatwiejszy do wykonania niż rubinowy. Więcej, był on w ogóle dość prosty do wykonania, znacznie prostszy i łatwiejszy niż maser. Do tego zagadnienia jeszcze powrócę przy innej okazji.
Był ponadto dodatkowy, ważniejszy argument. Laser to nowa jakość w nauce i technice. Dotychczas nie potrafiono wytwarzać monochromatycznego promieniowania w zakresie optycznym. Najkrótsze z wytwarzanych wtedy fal były nieco krótsze od 1 cm. Artyleryjskie stacje radiolokacyjne, jakie mieliśmy wtedy w Polsce, pracowały na długości fali 0,8 cm. Podobne były gdzie indziej. Technika laserowa umożliwiała skrócenie długości fali generacji od 4 do 5 rzędów wielkości. To była rewolucja. Zaczęto przewidywać fantastyczne możliwości wykorzystania tego promieniowania. Również w wojsku z „promieniami śmierci” włącznie. Nowe zastosowania laserów zaczęły się wkrótce licznie pojawiać w literaturze.
Dla nas stało się jasne, że naszym przeznaczeniem będzie zajmowanie się laserami, a nie maserami. Te nie okazały się konkurencyjne dla innych istniejących już wzmacniaczy mikrofalowych. Miały one jedynie niższe szumy. Przewidywano ich użycie w stacjonarnych oraz kosmicznych systemach telekomunikacyjnych. W rzeczywistości nawet tam nie znalazły miejsca. Ze względu na komplikacje aparatury nie nadawały się do zastosowań wojskowych.
Prace w kierunku maserowym w Katedrze Podstaw Radiotechniki WAT zostały praktycznie przerwane. Rozebrany i złomowany został układ do odzysku helu, chociaż jego budowa pod nadzorem J. Czaplickigo została już daleko zaawansowana. Zbudowany był już zbiornik z neoprenowym rękawem pozwalającym na znaczną zmianę jego objętości w trakcie napełniania. Zgromadzone zostały miedziane rurki do budowy instalacji (jako towar deficytowy i pożądany gdzieś zniknęły bez śladu). Jak widać, układ do odzysku helu naprawdę był na końcowym etapie montażu.
Przerwano także finansowanie, tj. dalsze próby dotyczące konstrukcji dewara helowego, zarówno tego do przewozu, jak i do prób maserowych. Do laserów nie potrzeba było chłodzenia helowego. Lasery działały w temperaturach otoczenia. To była jedna z ich wielkich zalet w stosunku do maserów.
Jeżeli prace nad maserami zostały przerwane, nie doprowadziliśmy ich do momentu uruchomienia masera, to co z ogłoszoną informacją w prasie („Żołnierz Wolności” z lutego 1963) o uruchomieniu w WAT masera rubinowego? No cóż, nie ja ogłaszałem, nie muszę się z tego tłumaczyć. Publikacja  w „Żołnierzu Wolności” to mistyfikacja. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać, ale się zdarzyły. Oddając prawdę historii, maser rubinowy z pompą mikrofalową w 1963 r., a także później w WAT nie został zbudowany. Ewentualnych oponentów proszę o pokazanie artykułu naukowego, który ten fakt dokumentuje, podaje parametry zbudowanego układu itp. Nie ma takiego artykułu ani innego doniesienia o naukowej randze.

Zdjęcie z “Żołnierza Wolności” o uruchomieniu w WAT masera.
Zasadniczym wyrobem do tej publikacji był zawieszony u góry transparent głoszący, że jest to MASER.

Czyż można sobie wyobrazić coś takiego, by uruchomienie pierwszego w kraju tak ważnego urządzenia nie było odnotowane w prasie naukowej ani w komunikacie konferencyjnym? Raczej nie. Autor publikacji „WAT laserem pisany” Lech Surażyński zamieścił w niej taki akapit:
– „Maser rubinowy jest pierwszym tego typu urządzeniem uruchomionym w kraju. Uruchomienie go wzbudza zainteresowanie w USA, natomiast w kraju praktycznie pozostaje bez echa”.
Panie doktorze Surażyński, stało się tak, bo oni w USA pewnie piszą w gazetach prawdę i w nasze doniesienia gazetowe uwierzyli, a u nas w Polsce niekoniecznie.

Jeżeli już o tym zacząłem pisać, podam moją ocenę przerwania prac nad maserami. Oceniam tę decyzję pozytywnie. Była słuszna. Dalsze prace nie tylko w zakresie maserów, ale także kriogeniki helowej byłyby niepotrzebną stratą czasu. Masery potencjalnie nie stwarzały nadziei na żadne użyteczne zastosowania. Lasery natomiast tak. Potwierdziło się to w przyszłości. W badaniach laserowych nie potrzebowaliśmy chłodzenia helowego. Te prace należało również przerwać – choć wysiłku Janusza Czaplickiego szkoda. Gdyby dostał trochę środków, pracę doktorską w tej tematyce mógłby zrobić, tak jak my (Soluch i ja) je wykonaliśmy.

Sądzę, że przerwanie prac maserowych najbardziej przeżył Janusz Czaplicki. Włożył w nie wiele serca i energii. Miał chyba nadzieję z tych zagadnień zrobić doktorat. Oczywiście nie jestem tego w stu procentach pewny. Mimo przyjacielskich stosunków, jakie nas łączyły, nie zwierzał mi się z takich zamiarów. Jest jednak oczywiste, że każdy z nas poszukiwał tematyki, z której można było się doktoryzować. Zagadnienia kriogeniki do celów maserowych na pewno były odpowiednie do wykonania i obrony doktoratu. Jedno jest pewne, Janusz nie zajmował się tymi zagadnieniami dla pieniędzy. To nie był ten typ człowieka.

Głęboko w tematykę maserową zdążył wejść jeszcze jeden pracownik naszej katedry – Waldemar Soluch. Nie kończył Akademii, przyszedł do WAT po ukończeniu uczelni cywilnej. Zajmował się projektowaniem i wykonaniem struktury spowalniającej do masera o fali bieżącej. Jako materiał czynny wykorzystywał rutyl, (jest w tym zakresie szereg jego publikacji). Z tej tematyki w 1967 r. obronił pracę doktorską: „Mikrofalowe własności grzebieniowych struktur spowalniających stosowanych w maserach o fali bieżącej”. Jest charakterystyczne, że promotorem jego pracy nie był Z. Puzewicz, a prof. Romuald Litwin, który nie pracował w WAT. Waldek już chyba wtedy także nie był pracownikiem WAT. Miał rogaty i niezależny charakter. Nie układały mu się najlepiej stosunki z Puzewiczem, gdyż bez problemów przeszedł do zespołu prof. Kaliskiego zajmującego się w tym czasie ultradźwiękowymi falami powierzchniowymi (konstrukcyjne to bliskie zagadnienia tym, którymi Waldek zajmował się doktoracie). Tam również nie zagrzał długo miejsca i wkrótce musiał wywędrować z WAT. A szkoda, bo był to bardzo zdolny człowiek (został później profesorem). Spotkałem się z nim później w trakcie pracy w ITME.

Ja na tyle wcześnie włączyłem się w prace nad wzmacniaczami kwantowymi, kiedy jeszcze ograniczały się one tylko do wzmacniaczy mikrofalowych. Z laserami zetknąłem się bliżej przy budowie i uruchomieniu pierwszego lasera rubinowego.
Na międzynarodowe targi w Lipsku w 1964 r. projektowałem i nadzorowałem wykonanie przenośnego lasera rubinowego. Jeżeli ktokolwiek myśli, że był to laser typu „pointera”, zasadniczo się myli. Laser ten mieścił się w dwóch dużych skórzanych walizkach (w jednaj bateria kondensatorów elektrolitycznych, w drugiej zasilacz i mechanika). Można go było jednak zgodnie z nazwą przenosić. (Ciekawe, co stało się z walizkami po jego wybrakowaniu i złomowaniu).

Osobiście nie mogłem zupełnie porzucić tematyki maserowej. Dalsze zainteresowanie nią wynikało stąd, że jako temat pracy doktorskiej wybrałem (w porozumieniu z przyszłym promotorem Z. Puzewiczem) analizę masera pompowanego promieniowaniem laserowym. Pojawiły się wzmianki w literaturze o uruchomieniu takich maserów i to w temperaturach ciekłego azotu. Był to wymarzony temat dla mnie. Miałem wykonany już i działający elektromagnes, mikrofalowe oprzyrządowanie do badań rezonansu paramagnetycznego (zestaw wystarczający do wykrycia efektu wzmacniania), materiał aktywny –  rubiny, a przede wszystkim umiałem już zbudować laser rubinowy. Trzeba bowiem zaznaczyć, że wszystkie publikowane wtedy masery pompowane optycznie wykorzystywały rubin jako materiał czynny zarówno masera, jak i lasera. Dziś znaleziono inne do tego celu materiały, a nawet zbudowano taki maser w temperaturze otoczenia, ale to już zupełnie inna opowieść5.

Mimo wspomnianych szczęśliwych zbiegów okoliczności dotyczących mojego doktoratu zagadnienie nie było znów tak zupełnie trywialne. Obydwa kryształy powinny być chłodzone kriogenicznie. Mimo że przyjąłem chłodzenie obydwu układów ciekłym azotem (helowego nie było), należało w pierwszym rzędzie zbudować taki laser. Dzięki Januszowi i wcześniejszym zabiegom, by zbudować helowe dewary, „walały” się próbnie wykonane, różnych gabarytów naczynia ze stali 1H18H9T. Jeden z nich wykorzystałem jako naczynie do ciekłego azotu, a przechodząca przez nie rurka kontaktowe chłodziła zamocowany do niej pręta rubinowy lasera. Przy małej częstości powtarzania impulsów (co 15 – 20 minut) materiał lasera osiągał praktycznie temperaturę ciekłego azotu. Wskazywały na to pomiary jego temperatury jak i pomiary długości fali generowanego promieniowania. Problemy wystąpiły także przy budowie rezonatora mikrofalowego umożliwiającego wprowadzenie do niego promieniowania pompy. Jednej ze ścianek metalowych rezonator nie powinien mieć, a jednocześnie jego straty nie powinny wzrosnąć. Funkcję taką realizował rezonator zamknięty odcinkiem podkrytycznym. Wykonanie takich rezonatorów opanowałem (są publikacje)6.

W swoim mini gospodarstwie dorobiłem się mini pracowni chemicznej, gdzie wykonywane były nietypowe operacje chemiczne: galwaniczne pokrywanie chromem i niklem elementów duralowych, galwaniczne pokrywanie miedzią elementów dielektrycznych z naniesioną wcześniej chemicznie warstwą srebra i jeszcze inne, których nie warto tu wspominać. Przemile Panie chemiczki, że wspomnę jedynie Panią Annę Nowak, podejmowały się rzeczy niemożliwych, o których my, profani w tej dziedzinie, zamarzyliśmy. Szczęśliwie nikt nie sprawdzał, czy wszystkie przepisy (np. BHP) były tam przestrzegane. Pewno gdyby sprawdził, nasza chemiczna pracownia byłaby natychmiast zamknięta. 

Demonstrator masera pompowanego laserem powstał w 1968 r. i w tym samym roku na podstawie jego konstrukcji i badań opisanych w monografii pt. „Optyczne pobudzanie mikrofalowych wzmacniaczy kwantowych” WAT 1968 obroniłem pracę doktorską. 

Parę słów o obronach w tych czasach prac doktorskich. Było ich znacznie mniej niż teraz i odbywały się przed radą naukową WAT. Nie pamiętam, czy rady wydziałów miały wtedy takie uprawniania; raczej nie. W każdej obronie, a przynajmniej w większości uczestniczył Komendant WAT, wtedy prof. S. Kaliski. Nasze obrony (broniliśmy w jednym dniu z Tadeuszem Machowskim) zostały nieco opóźnione, gdyż profesor Kaliski nie powrócił na czas z wyjazdu do miasta, a nikomu nie przyszło na myśl, by bez niego rozpocząć. 

Bezwarunkowe uczestnictwo w obronie Komendanta było dla przyszłych doktorów niemałym, dodatkowym stresem. Było wręcz niepisanym prawem, że Komendant musiał znaleźć jakieś miejsce, „dziurę”, gdzie udawało mu się „przeczołgać” delikwenta. Nie lepiej było u mnie. Takie miejsce miałem, gorzej wiedziałem o nim. Było to wyznaczenie częstotliwości rezonansowej rezonatora mikrofalowego wypełnionego rubinem. Rubin jest materiałem anizotropowym. W równaniach Maxwela opisujących pola e-m w rezonatorze zamiast liczbowej wartości stałej dielektrycznej ośrodka izotropowego, pojawia się tensor reprezentowany dziewięcioelementową (trzy na trzy) macierzą. To na tyle komplikuje całe zagadnienie, że nie potrafiłem dla niego dokładnie obliczyć częstotliwości, przy której wystąpi rezonans. Zrobiłem to w sposób uproszczony, zastępując ów tensor pewną równoważną wartością skalarną. Generał wykrył to natychmiast, wysłuchałem, ile przy moim podejściu zrobiłem nieścisłości, z czym niestety musiałem się zgodzić. Po dłuższej dyskusji „krakowskim targiem” udało nam się ustalić, że częstotliwość rezonansową i tak ustala się doświadczalnie, co w przypadku pompowania optycznego masera nie wywoła zmian dalszych jego parametrów i nie wpłynie na działanie całości urządzenia. Ufff.  Na szczęście Pan Generał stwierdził, że pozostałe rzeczy są OK, a tak w ogóle to praca mu się podoba. Recenzje były pozytywne (recenzentami byli dwaj profesorowie z Politechniki Warszawskiej – Bohdan Karczewski i Bohdan Paszkowski), a nawet więcej niż pozytywne i cała obrona oceniona została bardzo dobrze. Wkrótce CKK (Centralna Komisja Kwalifikacyjna) powiadomiła WAT o zatwierdzeniu nadania mi stopnia doktora nauk technicznych – zostałem doktorem.

W zasadzie obrony się nie bałem tak bardzo, jakby wynikało to z powyższego opisu. Postarał się o to mój recenzent Bohdan Karczewski. Był profesorem Instytutu Fizyki PW, ale także uczestniczył w pracach Instytutu Fizyki Polskiej Akademii Nauk. W ramach recenzji zalecił mi zreferowanie związanych z doktoratem zagadnień na dwóch seminariach właśnie w IF PAN na słynnej ul. Hożej. Było to wyzwanie, biorąc pod uwagę, że byłem oficerem i w opinii niektórych pewnie niedouczonym karierowiczem. Prof. B. Karczewski nie odpuścił, seminaria musiały się odbyć. Bardzo go szanowałem. Nie tylko znał doskonale zagadnienia z fizyki kwantowej, był na dodatek wspaniałym dydaktykiem. Uczył nas zasad fizyki kwantowej na organizowanych w tym celu specjalnie seminariach. Szczycę się tym, że później poznałem go bliżej i zostaliśmy przyjaciółmi. Zmarł przedwcześnie, chyba wskutek nie dość wcześnie rozpoznanego schorzenia.
Powracając do seminariów na Hożej, nie było tam elektrodynamików, którzy zauważyliby uproszczone podejście do analizy rezonatora, chociaż o tym wspomniałem. Za to miałem oponentów wykazując zasadniczą wyższość pompowania optycznego masera nad mikrofalowym. Nie byłoby to godne poświęcania w tym miejscu uwagi, gdyby nie postać prof. Wojciecha Rubinowicza. Był na obydwu moich referatach. Siwiuteńka, szczupła, niewysoka sylwetka. Siedział w pierwszym rzędzie i zdawał się drzemać, przynajmniej tak to niesłusznie oceniłem. Dlatego może zbyt nachalnie wymachiwałem długim patykiem, który spełniał rolę wskaźnika (laserowych pointerów jeszcze wtedy nie było) przy jego głowie, na co mi później zwrócono uwagę.  W trakcie dyskusji na pierwszym seminarium prof. Rubinowicz ożywił się, wygłosił pewne uwagi i zadał pytania, z czego wynikało, że nie tylko zorientowany jest w istocie referowanego zagadnienia, ale zgadza się, potwierdza wnioski. Zaskoczył mnie nie tylko tym, że nie drzemał, ale również umiejętnością uspokojenia, uporządkowania dyskusji. Raz tylko w życiu wtedy spotkałem się z prof. Rubinowiczem. Zrobił na mnie wrażenie.

Powracając na rodzimy, WAT-owski grunt, muszę przyznać, że słuszne uwagi odnośnie pobieżnego potraktowania anizotropowego wypełnienia rezonatora trochę bolały. W trakcie jakichś dyskusji nasz przyjaciel Zdzisław Trzęsowski zauważył, że problem jest do „ugryzienia”. Szalenie mnie to zainteresowało. Zanim jednak przejdę do tej opowieści, muszę odnieść się do nowych, zapoznanych w tym mniej więcej czasie, przyjaznych mi ludzi. Wymienię ich w kolejności: Włodzimierz Nowakowski, Jerzy Szydlak, Zdzisław Trzęsowski, Eugeniusz Pelzner. Z wyjątkiem Pelznera pozostali należeli do młodszej generacji. Nowakowski i Szydlak ukończyli studia w WAT, w utworzonym przez Kaliskiego Wydziale Fizyki Technicznej. Przyjmowano tam wybranych, najzdolniejszych studentów.
Pelzner i Trzęsowski przyszli do wojska i do WAT po ukończeniu studiów cywilnych. Obydwaj, o ile pamiętam, kończyli studia na Uniwersytecie Warszawskim: Pelzner – matematykę, a Trzęsowski – fizykę. Los nas połączył, szczególnie mnie oraz Włodka Nowakowskiego i Jurka Szydlaka. Długo pracowaliśmy razem i jeszcze nieraz do tego okresu będę powracał.

Zanim przejdę do ciągu dalszego, teraz parę słów o sobie. Czułem się wśród tego towarzystwa nieco przez los pokrzywdzony. Mało, że praktycznie nie chodziłem do szkoły podstawowej, szkołę średnią skończyłem w latach, gdy ogólnie brakowało dostatecznie przygotowanych pedagogów, to studiowałem w WAT, uczelnię ukierunkowaną na eksploatację sprzętu łączności, nie jego projektowanie, nie mówiąc o pracach badawczych w tym kierunku. Postawmy sprawę jasno, czułem się i byłem trochę niedouczony. Brakowało mi narzędzi – odpowiedniego aparatu matematycznego do rozwiązywania zagadnień, z którymi zacząłem się spotykać na co dzień. Nie chcę przez to powiedzieć, że mam do kogokolwiek żal. Nie mam także pretensji do siebie. Być może dobrze sprawił los, że trafiłem na takie studia. Mógłbym na porządnych studiach matematycznych lub fizycznych nie dać sobie rady. To bardzo możliwe. Podziwiałem Pelznera, a szczególnie Trzęsowskiego, gdy radzili sobie z zaawansowanymi metodami matematycznymi, a ja nieszczególnie. Może im zazdrościłem nieco. Miałem pomysły, problemy widziałem, przy ich rozwiązywaniu potrzebowałem współdziałania, pomocy. Cóż, przypadki takie zdarzają się nawet w przysłowiowych najlepszych rodzinach i nie powinienem narzekać.
W tym miejscu mam jedyną okazję, by napisać o Zdzichu Trzęsowskim to, co wielokrotnie mówiłem. Uważałem i nadal uważam go za jednego z najzdolniejszych pracowników instytutu (może nawet WAT). To niewątpliwie zmarnowany talent. Jeżeli cokolwiek wartościowego zostało zrobione w zakresie laserów na dwutlenku węgla, to zasługa Trzęsowskiego. Powinien być znaczącą postacią wśród profesury naszej specjalności, a został ukierunkowany na współpracę ze specjalistami zza wschodniej granicy przy produkcji rakiet. To niedobrze. Nie dlatego, że sobie nie da rady. Dał, jest zdolny. Zarobił przy tym większe pieniądze i kupił przyzwoite mieszkanie, którego nie miał. Nie miał jednak dostatecznie „silnej głowy” do kontaktów z ludźmi z tamtego kierunku. Szkoda go było.

Nasza (Trzęsowskiego i moja) współpraca w tamtym czasie zaowocowała publikacjami dotyczącymi wyznaczaniem częstotliwości rezonansowej rezonatorów mikrofalowych z anizotropowym ośrodkiem i nie tylko. Cechą charakterystyczną tych publikacji była szczegółowa analiza dokładności wyznaczenia częstotliwości, wynikająca z ograniczenia liczby rodzajów drgań (modów) generowanych przez anizotropię rubinu, tj. ograniczenia rozmiaru macierzy reprezentującej jego tensor podatności dielektrycznej. Taka analiza ma walor podejścia inżynierskiego, wymaganego przy projektowaniu i praktycznym wykonywaniu tego typu urządzeń. Pamiętam, że tak uzasadniałem to podejście, prezentując zagadnienie na jednaj z konferencji poświęconej mikrofalom. W odpowiedzi następny prelegent referujący podobną pracę stwierdził: „ja proszę państwa zapewniam, że wyniki moich dociekań  nie mają żadnego zastosowania praktycznego”. Nie wiem, czy dostatecznie dobrze oddałem, że fakt ten podał jako powód do chwały. Uderzyło mnie to i zapamiętałem mimo tak długiego upływu czasu, że nie wywołało to żadnej refleksji. Czyżby była to cecha charakteryzująca nasze podejście do roli nauki w gospodarce? 

Jest jeszcze jeden problem, do którego pisząc tę część, powinienem się odnieść. Otóż w opublikowanej z okazji 60. rocznicy WAT historii Instytutu Optoelektroniki jej autorzy (Z. Patron, L. Surażyński i K. Kopczyński) napisali na pierwszym miejscu w tabeli:

„Luty 1963 – Uruchomienie masera rubinowego. Maser rubinowy był pierwszym tego typu urządzeniem uruchomionym w kraju, powstał w Katedrze Urządzeń Mikrofalowych Wydziału Elektroradiotechnicznego (WE).

Skrótowo odnosząc się do tych stwierdzeń, w piśmie do Rady Naukowej IOE (patrz również 1. Historia IOE, próba oceny istniejącego stanu – w tym zbiorze) napisałem:

I. Nieprawdziwe jest stwierdzenie w tabeli, że badania w zakresie maserów prowadzone były w Katedrze Urządzeń Mikrofalowych Wydziału Elektroriadiotechnicznego (WE) WAT.
Badania nad maserami prowadzone były w Katedrze Podstaw Radiotechniki WE WAT bez udziału pracowników Katedry Urządzeń Mikrofalowych.

Uzasadnienie:

Z tematyki maserowej wykonane i obronione zostały 3 prace doktorskie: 1967 – Waldemar Soluch, 1968 – Zdzisław Jankiewicz, 1972 – Jan Krepski. Wszyscy wykonujący te prace byli pracownikami Katedry Podstaw Radiotechniki, a promotorem dwóch ostatnich był Zbigniew Puzewicz, wtedy szef tej katedry. Świadczą o tym również publikacje z tego zakresu. Istnieją publikacje jedynie ww. pracowników. Nie ma publikacji dotyczących maserów żadnego z pracowników Katedry Urządzeń Mikrofalowych łącznie z jej wtedy szefem Kazimierzem Dzięciołowskim. Bezpodstawne jest więc stwierdzenie, że badaniami w zakresie maserów zajmowali się pracownicy innej niż Katedra Podstaw Radiotechniki

Teraz postaram się uzasadnić to bardziej szczegółowo. Oto wtedy podstawowe obsady osobowe interesujących katedr  – (na podstawie dokumentów z archiwum WAT):

Katedra Podstaw Radiotechniki (bez stopni wojskowych i naukowych, poz. 1 – szef)

  1. Zbigniew Puzewicz
  2. Mieczysław Czyż
  3. Zdzisław Jankiewicz
  4. Jan Krepski
  5. Tadeusz Machowski
  6. Antoni Pietrzak
  7. Stanisław Rutkowski
  8. Maciej Słojewski
  9. Waldemar Soluch
  10. Wiesław Wyrębski
  11. Stanisław Dziwota

Katedra Urządzeń Mikrofalowych (bez stopni wojskowych i naukowych, poz. 1 – szef)

  1. Kazimierz Dzięciołowski
  2. Norbert Andrzejewski
  3.  Jerzy Dobosz
  4. Wiesław Gregorkiewicz
  5. Andrzej Kassyk
  6. Władysław Kołosowski
  7. Feliks Komarzyński
  8. Zdzisław Litwiński
  9. Jan Majewski
  10. Wiesław Makiewicz
  11. Jan Malinowski
  12. Stanisław Olech
  13. Feliks Ostaszewski
  14. Wojciech Oszywa

Prace doktorskie dotyczące tematyki maserowej 

  1. 1967 – Waldemar Soluch „Mikrofalowe własności grzebieniowych struktur spowalniających stosowanych maserach o fali bieżącej”, Promotor: Romuald Litwin, Recenzenci: Stanisław Sławiński, Kazimierz Dzięciołowski.
  2. 1968 – Zdzisław Jankiewicz „Optyczne pobudzanie mikrofalowych wzmacniaczy kwantowych”, Promotor: Zbigniew Puzewicz, Recenzenci: Bohdan Paszkowski, Bohdan Karczewski
  3. 1972 – Jan Krepski „Rezonatory częściowo wypełnione anizotropowym dielektrykiem stosowanym w maserach” Promotor: Zbigniew Puzewicz, Recenzenci: Krzysztof Grabowski, Adam Smoliński

Publikacje dotyczące tematyki maserowej w latach 1963 – 1975  (z dokumentacji WAT)

Waldemar Soluch

  1. W. Soluch: „Tłumienie struktury grzebieniowej stosowanej w maserach o fali bieżącej“ Biuletyn WAT R. 15: 1966 nr 1(161) s.69-73.
  2. W. Soluch: „Impedancja falowa i problem dopasowania struktury grzebieniowej stosowanej w maserach o fali bieżącej” Biuletyn WAT R. 15: 1966 nr 4(164) s.85-93.
  3. W. Soluch: „Optymalizacja parametrów masera z falą bieżącą” W: Tezy referatów na konferencję naukowo-techniczną organizowaną z okazji XV-lecia WAT, Warszawa, 14-15 grudnia 1966, s 79-80.
  4. W. Soluch: „Mikrofalowe własności grzebieniowych struktur spowalniających stosowanych w maserach o fali bieżącej” Cz. 1. Obliczenia” Biuletyn WAT R. 17: 1968 nr 2(186) s. 35-55.
  5. W. Soluch: „Mikrofalowe własności grzebieniowych struktur spowalniających stosowanych w maserach o fali bieżącej” Cz. 2. Pomiary” Biuletyn WAT R. 17: 1968 nr 4(188) s. 69-83.
  6. W. Soluch: „ Wpływ szczelin powietrznych między grzebieniem i rubinami na częstotliwości graniczne grzebieniowej struktury spowalniającej” Biuletyn WAT R. 17: 1968 nr 10(194) s. 99-104.
  7. W. Soluch: „Przesunięcie fazy mikrofalowego tłumika reaktancyjnego” Biuletyn WAT R. 17: 1968 nr 11(195) s. 71-76.

Zdzisław Jankiewicz

  1. Z. Jankiewicz: „Rezonator mikrofalowy zamknięty odcinkiem podkrytycznym”,  Materiały IV Konferencji Teorii Elektromagnetycznej, Olsztyn str. 42-43, 1965.
  2. Z. Jankiewicz: „Rezonator częściowo wypełniony rubinem do masera pobudzanego optycznie” Biuletyn WAT, vol. XV Nr 4/164, 1966 r., s. 69-83.
  3. Z. Jankiewicz: „Analiza efektywności zastosowania pompowania optycznego w maserze rezonatorowym“ w: Tezy referatów na konferencję naukowo-techniczną organizowaną z okazji XV-lecia WAT, Warszawa, 14-15 grudnia 1966, s 117-118 
  4. Z. Jankiewicz, Z. Trzęsowski: „Rezonatory mikrofalowe z anizotropowym wypełnieniem”  Biuletyn WAT, Nr 2/210, luty 1970r., str. 15-31
  5. Z. Jankiewicz: „Efektywność optycznego pobudzania mikrofalowych wzmacniaczy kwantowych” Biul. WAT R. 19:1970 nr 7(215), s.23-39.
  6. Z. Jankiewicz, Z. Trzęsowski:  „Rodzaje anizotropowe w rezonatorach cylindrycznych o przekroju prostokątnym i kołowym, cz. 1. Częstotliwości i rozkłady pól” Biuletyn WAT, Nr 5/225, maj 1971r., str. 55-71
  7. Z. Jankiewicz, Z. Trzęsowski:  „Rodzaje anizotropowe w rezonatorach cylindrycznych o przekroju prostokątnym i kołowym, cz. II. Przestrzeń problemu i elementy sprzęgające”  Biuletyn WAT, Nr 5/225, maj 1971 r., str. 73-80

Jan Krepski

  1. J. Krepski: „Analiza metod wyznaczania częstotliwości rezonansowych rezonatorów wnękowych częściowo wypełnionych anizotropowym dielektrykiem” w: Tezy referatów na konferencję naukowo-techniczną organizowaną z okazji XV-lecia WAT, Warszawa, 14-15 grudnia 1966, s 76-77 

Z powyższego da się wyciągnąć poniższe, zasadnicze wnioski.

  1. Nie ma innych prac doktorskich z tematyki maserowej wykonanych w WAT.  Wszystkie prace doktorskie wykonali pracownicy z Katedry Podstaw Radiotechniki. 
  2. Nie ma także publikacji dotyczących maserów innych pracowników WAT, poza powyżej wymienionymi. Wszyscy ich autorzy byli pracownikami Katedry Podstaw Radiotechniki.
  3. Nie jest możliwe przypisanie prowadzenia prac maserowych innej komórce organizacyjnej WAT niż Katedrze Podstaw Radiotechniki. Autorzy kwestionowanego opracowania dotyczącego Historii IOE WAT niewątpliwie o tym wiedzieli.

Można się w takim razie zastanawiać, dlaczego taka teza w powyższym opracowaniu się pojawiła. Jedynie chodzić może o próbę pozbawiania Katedry Urządzeń Mikrofalowych i osobiście Kazimierza Dzięciołowskiego autorstwa, a nawet współautorstwa opracowania dotyczącego lasera gazowego He-Ne. Wszyscy wiedzieli, że K. Dzięciołowski i jego zespół brali udział w początkowych badaniach nad urządzeniami elektroniki kwantowej. Lepiej przydzielić im działkę mniej znaczącą – masery. Pasują nawet do nazwy katedry – urządzeń mikrofalowych. Ten sposób postępowania ma swoją Sienkiewiczowską nazwę „handlowanie Inflantami”, ale robić to potrafił jedynie Pan Onufry Zagłoba. Nadworny kronikarz dr L. Surażyński, pisząc tekst „WAT laserem pisany”, zapomniał, co napisał gdzie indziej i masery przydzielił tu również Puzewiczowi.

No cóż, konfabulacja to sztuka, która nie może być zbyt nachalna. Wtedy natychmiast zaczyna być ją widać.


  1. W. Suworow, Szpieg, czyli podstawy szpiegowskiego fachu, Rebis 2017.
  2. W ćwierćwiecze odkrycia laserów” – Materiały z Sesji Naukowej pod red. Franciszka Kaczmarka, Ciążeń, 16 – 17. 05.1985. Wydawnictwo Naukowe UAM, Seria Fizyka nr 55, Poznań 1987.
  3. Bloembergen N., „Proposal of New Type Solid State Maser”, Phys. Rev. 104(2), (10/1956)
  4. Zdzisław Jankiewicz: Maser i laser (1), Sprawy Nauki (luty 2020).
  5. M. Oxborrow et al., „Room-temperature solid-state maser”, Nature vol. 488, p. 353 (2012)
  6. Np. Z. Jankiewicz: „Rezonator częściowo wypełniony rubinem do masera pobudzanego optycznie” Biuletyn WAT, vol. XV Nr 4/164, 1966 r., str. 69-83