| by Zdzisław Jankiewicz | 15 komentarzy

Byłem pracownikiem Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych

Tekst tego artykułu po redakcyjnych skrótach będzie publikowany w Sprawach Nauki. Pełny jego wymiar umieszczam na tym blogu, chcąc udostępnić go zainteresowanym.

###

Artykuł stanowi część cyklu. Drugą część artykułu można przeczytać tutaj.

###

   W roku 1994 przestałem pełnić funkcję Komendanta Instytutu Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej[1]. Obowiązki Komendanta WAT pełnił wtedy zastępca ds. naukowych, płk prof. dr hab. inż. Andrzej Ameliańczyk (Komendant gen. bryg. prof. dr hab. inż. Edward Włodarczyk był w szpitalu i praktycznie na to stanowisko już nie powrócił). Formalnym powodem odwołania był mój wiek. Skończyłem 61 lat i podobno w związku akcją odmładzania kadr kierowniczych w wojsku należało dać szansę młodszej generacji. To, jak się później okazało, nie była do  końca prawda, ale dokonało się. Dotknęło to nie tylko mnie. Stanowiska kierowników instytutów nawet w wydziałach straciło więcej osób. 

Muszę przyznać, że za bardzo mnie to nie zmartwiło. Nigdy nie zależało mi na zdobywania kierowniczych stanowisk jedynie dla bycia kierownikiem. Jednak obawy o konsekwencje na przyszłość utraty tego stanowiska istniały. 

  • Praktycznie już wcześniej zapadła decyzja o połączeniu instytutów IOE WAT (Instytutu Optoelektroniki) i IEK WAT (Instytutu Elektroniki Kwantowej). Rzeczywiście instytuty te miały może nie tożsamy, ale bardzo podobny zakres zainteresowań i istnienie ich w jednej uczelni należy uznać za dziwne. Komendant WAT gen. prof. E. Włodarczyk rozmawiał ze mną, że zamierza powierzyć mi kierowanie połączonymi instytutami. Miałem koncepcję organizacji takiego znacznie powiększonego organizmu i zakres tematyczny prac tam realizowanych, ale z ich ujawnieniem czekałem na oficjalny rozkaz organizacyjny. Wiedziałem, że komendant ma wpływowych przeciwników i jego koncepcje niekoniecznie muszą się zrealizować. Nie pomyliłem się. 
  • Była jednak ważniejsza kwestia, która poważnie mnie niepokoiła. Przez przeszło rok starałem się uruchomić Badawczy Program Zamawiany (PBZ) dotyczący techniki laserowej. 

Programy zamawiane zostały wprowadzone przez Komitet Badań Naukowych w 1993 roku. W założeniu miały dotyczyć kluczowych zagadnień dla rozwoju kraju i być realizowane na zamówienie naczelnych organów administracji państwowej. Ich realizację miały podejmować liczne konsorcja złożone z różnych placówek naukowych zarówno uczelni, jak i instytutów PAN i resortowych. Jak zwykle u nas bywało, założenia sobie, a życie sobie. Programy nazywały się „zamawiane” chociaż oczywiście nikt ich nie zamawiał. Taki nasz folklor. To, że PBZ–y dotyczyły szerszych tematycznie zagadnień i były wykonywane przez liczniejsze grono wykonawców, pozostawało w mocy. 

Do ustanowienia programu zamawianego należało przekonać odpowiedniego ministra.

W Departamencie Uzbrojenia w Ministerstwie Przemysłu pracowali oficerowie, nasi wychowankowie. To ich przekonałem, że w technice laserowej dzieją się na świecie ciekawe zmiany, którymi w Polsce powinniśmy się zainteresować. Rzeczywiście nastąpił w tym czasie gwałtowny postęp w konstrukcji i zastosowaniach półprzewodnikowych diod laserowych. Powszechnie stosowane w wojsku lasery ciała stałego ( Nd:YAG i inne) otrzymały nowe, znacznie sprawniejsze pompy w postaci tych laserów. 

Wojskowe dalmierze i oświetlacze laserowe zyskują wtedy nowe możliwości. Program badawczy w tym zakresie był wtedy u nas jak najbardziej na czasie. Nasi wychowankowie poparli nas i program był bliski uruchomienia. Kilkuosobowe grono specjalistów, które nakreśliło zręby merytoryczne tego programu, zaproponowało mnie na jego kierownika. Mogłem nim być w WAT z pozycji komendanta instytutu (miał niezbędne upoważnienia reprezentowania go na zewnątrz), ale nie z pozycji szeregowego profesora. Znałem dobrze działanie naszej WAT-owskiej centralnej administracji, by wiedzieć, jakie niebezpieczeństwa mnie by czekały. 

Wyjściem z tej sytuacji była zmiana osoby kierującej programem i automatyczne przekazanie go do innej instytucji realizującej. Nie było takiego chętnego, może z powodu tego, że poświęciłem najwięcej czasu i energii, by program uruchomić. Innym rozwiązaniem było przeniesienie realizacji programu do innej instytucji z zachowaniem przeze mnie funkcji jego kierownika. Uwolniony od obciążeń administracyjnych komendanta instytutu w WAT, taką możliwość brałem pod uwagę. Eliminując WAT i Politechnikę Warszawską jako instytucje odpowiedzialne za realizację projektu, faktycznie tylko jedna mogła być brana pod uwagę – ITME (Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych). Prawdę mówiąc, wybór ten byłby ze wszech miar uzasadniony. Nazwa programu, wielokrotnie modyfikowana, brzmiała: „Diody laserowe dużej mocy i lasery z ciałem stałym pompowane diodami laserowymi – opracowanie technologii wytwarzania materiałów i podzespołów oraz konstrukcji urządzeń laserowych”  (PBZ 023 10).

Jak widać, zasadniczy ciężar merytoryczny programu dotyczył opracowań w zakresie technologii diod laserowych, materiałów i podzespołów ukierunkowanych na wykorzystanie ich w laserach ciała stałego. ITME dobrze spełniało wymogi merytoryczne: dysponowało piecami do hodowli kryształów metodą Czochralskiego i miało doświadczenia w produkcji granatów itrowo-aluminiowych (YAG) domieszkowanych pierwiastkami ziem rzadkich (np. neodymem)[2], dysponowało reaktorami MOCVD do epitaksji struktur półprzewodnikowych na diody laserowe i detektory fotonowe, dysponowało wieżami do wyciągania włókien optycznych, a nawet syntezowało szkła o określonym składzie i odpowiednich parametrach. Było również nieźle wyposażone w aparaturą pomiarową. Istniejące braki można było uzupełnić ze środków przeznaczonych na realizację programu. Co ważniejsze, w ITME istniały zespoły doświadczonych technologów i można było z marszu rozpoczynać niektóre prace.

 Prawdę mówiąc, ITME bardziej nadawało się na głównego realizatora tego programu niż Instytut Optoelektroniki WAT. IOE WAT specjalizował się jedynie w opracowaniach laserów ciała stałego i w żadnym razie   technologiami materiałowymi nie dysponował. Oczywiście swój udział w opracowaniu laserów i ocenie wytwarzanych materiałów i podzespołów WAT zawsze miałby zagwarantowany.

Rozmowa z dyrektorem ITME dr. Zygmuntem Łuczyńskim wypadła korzystnie. Odniosłem wrażenie, że moja propozycja została przyjęta przez niego bardzo przychylnie, a podjęcie się roli koordynatora za korzystne dla Instytutu i (jak mnie przekonywał) także dla tematyki projektu. Jeżeli chodzi o kierowanie programem, miałem zagwarantowany decydujący głos (był to głos nie tyle mój, co zespołu koordynacyjnego) w sprawach merytorycznych, dyrektor w sprawach formalnych. Sprawy administracyjne załatwiane były przez specjalnie wyznaczoną osobę, podległą mi w zagadnieniach dotyczących projektu. Warunki idealne. Co ważniejsze, były dotrzymane przez cały czas trwania nie tylko pierwszego, ale dwóch realizowanych w ITME programów, których byłem kierownikiem.

WAT wyraził zgodę na moje zatrudnienie w ITME najpierw na pół etatu, a na żądanie KBN, by kierownik programu był pracownikiem pełnoetatowym instytucji realizującej program, na cały etat.

            Realizując programy badawcze w ITME, zapoznałem się bliżej ze specyfiką tych instytucji badawczych. Wkrótce z powodu bliskiej współpracy pomiędzy ITME a INOS (Instytutem Optyki Stosowanej) wszedłem do Rady Naukowej tego instytutu i zostałem jej przewodniczącym. Funkcję tę piastowałem przez długie lata, praktycznie do likwidacji INOS tzn. włączenia go Instytutu Tele i Radiotechnicznego, a obydwu do Sieci Badawczej Łukasiewicza. Połączenie było nieco dziwne. Merytorycznie instytuty te zajmowały się odległymi zagadnieniami. Łączyła je chyba tylko lokalizacje po prawej stronie Wisły – na Pradze. Wspominam o tym dlatego, że miałem prawie dwudziestoletnią możliwość obserwacji przedziwnych losów tych instytucji. Chyba nie ma w Polsce, tak niechcianych, śmiało można nawet powiedzieć zwalczanych „tworów”, jakimi były instytuty badawcze. Dlaczego tak było, a właściwie nadal jest? To dłuższa historia sięgająca czasów ich powstania i związków z przemysłem. Istnieją dwa obszerne opracowania dokumentujące to zagadnienie:

  1. Stanisław Łobejko: „Stan i tendencje rozwojowe sektora jednostek badawczo-rozwojowych w Polsce” Warszawa, czerwiec 2008.
  2. Dr Marek Daszkiewicz: „Jednostki badawczo-rozwojowe jako źródło innowacyjności w gospodarce i pomoc dla małych i średnich przedsiębiorstw” Warszawa, lipiec 2008.

Obydwie publikacje powstały w związku z wprowadzaniem strategii Lizbońskiej mającej zdynamizować rozwój europejskiej gospodarki w oparcie o wiedzę i uczynienie jej bardziej innowacyjnej, konkurencyjnej w stosunku do amerykańskiej. W czasie publikacji tych opracowań w Polsce istniało przeszło sto tzw. JBR (Jednostek Badawczo-Rozwojowych) zatrudniających około dwudziestu kilku tysięcy pracowników. To znaczny potencjał, który można było skutecznie wykorzystać w powiększeniu innowacyjności naszej, opartej o wiedzę, gospodarce. Taki wniosek można wyciągnąć w szczególności z opracowania dra Marka Daszkiewicza. Czy tak się stało?

Sięgając do historii, instytucje te powstawały (poza utworzonymi jeszcze w czasach przedwojennych instytutami[3]), jako zaplecze badawczo-rozwojowe dla tworzonego w PRL przemysłu. Niezależnie od pierwotnych nazw: biura konstrukcyjne, laboratoria lub ośrodki  badawczo-rozwojowe, w końcu przyjęły nazwę instytutów badawczych. Zapewniało to im samodzielność i  możliwość finansowania z centralnie przyznawanych środków na naukę. Te niestety były stabilnie niewielkie w stosunku do innych krajów (ok. 0,3 % PKB na całą naukę), co nie tworzyło w szczególności instytutom badawczym komfortowych warunków bytu.

Podobny cel towarzyszył powstaniu ITME, chociaż w tym przypadku istniała pewna specyfika. Instytut powstał w roku 1978 równocześnie z Centrum Naukowo-Produkcyjnym Materiałów Elektronicznych (CNPME, obecnie CEMAT 70), których celem miała być produkcja„wysokiej czystości materiałów dla potrzeb półprzewodnikowej elektroniki oraz produkcja syntetycznych kamieni szlachetnych”. Syntetyczne kamienie szlachetne to rubiny i granaty itrowo-aluminiowe (YAG) domieszkowane jonami ziem rzadkich dla potrzeb techniki laserowej szczególnie w zastosowaniach militarnych oraz syntetyczne diamenty wykorzystywane do obróbki (cięcia, szlifowania i polerowania) wszelkiego rodzaju twardych materiałów (kryształów, kwarcu itp.). Identyczny obszar zainteresowań przewidziany był dla Instytutu, tylko w sferze badawczej.

  Zakres przewidywanych dla centrum i instytutu prac świadczy o tym, iż zdawano sobie sprawę ze znaczenia nowych trendów rozwoju elektroniki dla potrzeb techniki i gospodarki. Niektórzy z pracowników biorących udział w nich przekonywali mnie, że istniała w tym zakresie ścisła współpraca pomiędzy Polską a Związkiem Radzieckim. Należy pamiętać, że był to okres, gdy pierwszym sekretarzem PZPR był Edward Gierek. Otrzymał nie tylko znaczne pożyczki w dolarach, ale także pewne ułatwienia w zakupie za nie nowoczesnych urządzeń technologicznych. Bez takich zakupów realizacja zamierzeń zarówno centrum, jak i instytutu byłaby niemożliwa. Czy Polska ułatwiała transfer uradzeń technologicznych  będących na listach objętych embargiem COCOM (Coordinating Committee for Multilateral Export) do ZSRR? Nie wiem. Zdaniem moich rozmówców było to możliwe, gdyż łatwiej było obejść zakaz eksportu do Polski urządzeń tzw. „podwójnego przeznaczenia”, a więc takich, które mogły być wykorzystywane także w przemyśle zbrojeniowym. Embargo w przypadku ZSRR było raczej ściślej przestrzegane. 

 Późniejszy dyrektor instytutu dr Z. Łuczyński (został dyrektorem w 1994 r.) wspominał, że w 1996 roku w trakcie zwiedzania lwowskiego instytutu badawczego KARAT spotkał tam urządzenia francuskiej firmy LPA do monokrystalizacji związków półprzewodnikowych grupy III/V (arsenku galu i fosforku indu) oraz ciekłej epitaksji materiałów tlenkowych  domieszkowanych pierwiastkami ziem rzadkich, wykorzystywanych do wytwarzania materiałów niezbędnych do produkcji mikrolaserów ciała stałego. Identyczne urządzenia zakupiono również dla ITME. Drugie urządzenie (do ciekłej epitaksji) instytut gdzieś odprzedał. Mówiono, że do Chin. W takim razie prawdą było, że kupowano je nie tylko na własny użytek. Trzeba wiedzieć, że instytut badawczy KARAT wchodził w skład grupy przedsiębiorstw wytwarzających przede wszystkim sprzęt wojskowy oparty na szybkiej elektronice i optoelektronice w tym rakietowy (systemy śledzenia i naprowadzania) i kosmiczny. Dr Z. Łuczyński jest przekonany, że inwestycje czynione w ITME i w KARAT miały wspólny zamysł, a Polska czynnie uczestniczyła we wspólnej ich realizacji.

Pierwszym dyrektorem centrum i jednocześnie instytutu został prof. Bolesław Jakowlew. To bardzo interesująca, nietuzinkowa postać. Był synem osiadłego przed wojną w Polsce oficera carskiej armii. Pomimo takiego pochodzenia studia ukończył w Związku Radzieckim  Zaczynał chyba jeszcze wtedy, gdy żył Stalin; urodził się bowiem w 1933 r. Ważniejsze jest jednak miejsce, gdzie studiował. To stare XIII-wieczne miasto Niżny Nowogród, które w tych czasach nosiło nazwę Gorki i w związku z umiejscowieniem tam przemysłu zbrojeniowego (między innymi produkcja samolotów MIG) było miastem zamkniętym dla obcokrajowców. Więcej, pracujący tam naukowcy obywatele ZSRR, mieli zakaz wyjazdów zagranicznych. Sam się o tym kiedyś przekonałem. Nieświadom tych ograniczeń chciałem zaprosić znanego naukowca, autora interesującej monografii z zakresu elektroniki kwantowej do naszego instytutu. Podziękował, ale ze względu na pracę w instytucji znajdującej się w Gorki nigdzie wyjechać nie może. Mimo to pan prof. Jakowlew studiować tam mógł.

Inwestycje organizowane przez B. Jakowlewa realizowane były z rozmachem. Nawet materiały budowlane (oprócz kilku hal wybudowano osiemnastopiętrowy wieżowiec przeznaczony dla  dyrekcji i administracji centrum i instytutu) pochodziły z reguły z dolarowego importu. Jeżeli chodzi o urządzenia technologiczne i pomiarowe, kupowano je u czołowych światowych producentów w tej dziedzinie: firm niemieckich, brytyjskich, francuskich i japońskich (np. Leybold, Malvern, Peter Wolters, Meyer Burger, LPA, Ulvac). 

W przypadku gdy były to urządzenia objęte embargiem, sięgano do pośredników z Wiednia, a transakcje w imieniu Banku Handlowego Oddział w Luksemburgu (przez niego realizowano zakupy) często negocjowali panowie na co dzień ubrani w zielone mundury. Ważnym elementem całego przedsięwzięcia była kadra. W pobliżu Centrum, przy ul. Kwitnącej, wybudowano dwa dziesięciopiętrowe bloki mieszkalne. Stanowiły one magnes przyciągający najlepszych specjalistów z całej Polski do pracy w centrum i instytucie.

Należy podkreślić, że działo się to w latach 80., gdy Polska znajdowała się w głębokim kryzysie. Wszystkiego brakowało, nawet alkoholu, a na pólkach sklepowych królował ocet. Mimo to na niebagatelne wydatki związane z inwestycjami w przemysł elektroniczny pieniądze były.

W 1982 roku prof. B. Jakowlew został wiceministrem nauki i odszedł z Centrum. Jego miejsce, zarówno jako dyrektora centrum jak i instytutu, zajął dr Mieczysław Frącki. Dr M. Frącki ukończył Wydział Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i niewątpliwie był człowiekiem merytorycznie przygotowanym do pełnienia tej funkcji. Niezależnie od tego był zaangażowanym działaczem politycznym, aktywnym członkiem PZPR i posłem na Sejm. 

Dr M. Frącki, równie jak jego poprzednik, z rozmachem kontynuował rozpoczęte inwestycje. Kompletował także załogę zakładu i instytutu. To wtedy przyjęty został do pracy w instytucie jeden z następnych dyrektorów ITME – dr Zygmunt Łuczyński. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Z. Łuczyński był działaczem Solidarności, w stanie wojennym był internowany, a w maju 1983 został usunięty z Instytutu Badań Jądrowych z wilczym biletem. Dr. Frąckiemu mało przeszkadzała jego działalność polityczna. W październiku tego samego roku przyjął go do pracy w Instytucie. O ile wiadomo, nie dotyczyło to tylko dr. Z. Łuczyńskiego. Kilku innych pracowników Instytutu miało podobne życiorysy.

Inwestycja była w sferze szczególnego zainteresowań władz. W październiku 1984 na terenie centrum odbyło się wyjazdowe posiedzenie rządu gen. Jaruzelskiego poświęcone zagadnieniu „elektronizacji kraju”, a w 1986 cały kompleks odwiedził premier ZSRR Nikołaj Ryżkow. Cały czas inwestycja zasilana była nieprzerwanym strumieniem finansowym.

Zbliżał się czas rozruchu podstawowych urządzeń technologicznych. Niestety wystąpiły wtedy nieprzewidziane problemy techniczne. Dr M. Frącki nie docenił roli infrastruktury. Stało się tak może z racji oszczędności bądź nadmiernie zaufał polskim produktom. Zakupione za duże pieniądze urządzenia technologiczne wymagały odpowiednich parametrów zasilania i chłodzenia. W warunkach centrum i instytutu bliskość Huty Warszawa powodowała często nadmierne spadki napięcia w sieci, a nawet jej awaryjne wyłączenia. Do tego dochodziły wymagania odnośnie czystości gazów technicznych i klimatyzacji. Jeżeli ich parametry  odbiegały od przewidzianych przez producenta, zakupione urządzenia automatycznie się wyłączały albo – co gorsze – ulegały awarii.

Zasadniczym problemem była klimatyzacja pomieszczeń. Technologia prowadzonych procesów wytwarzania materiałów dla półprzewodnikowej elektroniki i optoelektroniki wymagała niespotykanej w innych technologiach czystości powietrza. Podobnie temperatura i wilgotność powietrza musiały być utrzymywane w ściśle określonych granicach. Bez spełnienia tych warunków wszystkie wytworzone materiały nie nadawały się do użytku. Musiały być po prostu złomowane, wyrzucane na śmietnik. 

Z tak wysokimi wymaganiami nasz przemysł elektroniczny nigdy dotąd się nie spotkał. Problemy właściwej infrastruktury nie tylko nie zostały w porę dostrzeżone, ale chyba zostały zlekceważone. Systemy automatycznego sterowania urządzeniami technologicznymi opracowane i wykonane  przez Mera – Pnefel –  Zakład Elementów Automatyki z Falenicy nie spełniły swego zadania. Nie pomogły żadne ich regulacje i poprawki. Zacząć należało od początku. Rzeczywiście dopiero kilka lat później dodatkowe zakupy nowoczesnych klimatyzatorów, dużej mocy urządzeń podtrzymujących zasilanie (UPS-ów) i zmiana całej organizacji infrastruktury obsługującej urządzenia technologiczne zapewniły ich właściwą pracę. 

W sierpniu 1987 dr M. Frącki został odwołany, a zmiany organizacyjne dotyczące JBR spowodowały wyłączenie Instytutu z Centrum. Już jako jednostka samodzielna Instytut wszedł pod nadzór Ministerstwa Przemysłu. Nowym jego dyrektorem został prof. Wiesław Marciniak. Znałem go osobiście, był bowiem wcześniej oficerem, pracownikiem WAT, wybitnym specjalistą z zakresu półprzewodnikowych układów elektronicznych. W WAT raczej nie spotykał się z technologią półprzewodnikową, ale fizyka tych urządzeń była mu na pewno doskonale znana. 

Prof. W. Marciniak odszedł z WAT w sposób wymuszony. Należał do tej odważniejszej części WAT-owskiej społeczności, która w sposób jawny dała wyraz swego braku aprobaty dla włączenia wojska do spacyfikowania ruchu Solidarności, tzn. wprowadzenia stanu wojennego. Nie znam wszystkich szczegółów tej sprawy, lecz skończyła się ona odejściem prof. W. Marciniaka z WAT i z wojska. Studia ukończył na Politechnice Kijowskiej. Nie wiem, na ile ten fakt brany był pod uwagę przy zwalnianiu go ze służby wojskowej i WAT. Może wcale mu nie pomagał. 

Niektórzy są zdania, że mógł natomiast zaważyć przy powoływaniu go na stanowiska dyrektora Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych. Rzeczywiście nie tylko był przygotowany merytorycznie, ale znał doskonale język rosyjski i w pewnym sensie stosunki tam panujące. Mógł, jeżeli zachodziła taka potrzeba, podjąć natychmiast współpracę ze stosownymi instytucjami zza wschodniej granicy. Przypuszcza się, że tak mogło być, chociaż osobiście takiej wiedzy nie mam i znając go, niezbyt w to wierzę. Trwał jednak wtedy wyścig zbrojeń i ZSRR potrzebował dostępu do nowoczesnych technologii, zwłaszcza w obszarze elektroniki i optoelektroniki.  

            Zasługą prof. Wiesława Marciniaka, ale też Przewodniczącego Komitetu Badań Naukowych (KBN pełnił wówczas rolę Ministerstwa Nauki) prof. Witolda Karczewskiego było zapewnienie zakupionym za ciężkie pieniądze w minionej epoce nowoczesnym urządzeniom technologicznym i pomiarowym poprawnego funkcjonowania. Dzięki dotacjom KBN Instytut uzyskał środki na gruntowną modernizację infrastruktury energetycznej, cieplnej i klimatycznej. Proces ten był kontynuowany przez wiele lat, także po odejściu prof. W. Marciniaka z funkcji dyrektora w 1994. 

Prof. Marciniak zrezygnował  z funkcji dyrektora w proteście na pominięcie ITME jako współwykonawcy chyba pierwszego w kraju PBZ dotyczącego niskowymiarowych przyrządów półprzewodnikowych dla elektroniki. Jedynie Instytut dysponował już wtedy potrzebną do jego realizacji aparaturą technologiczną, a także kompetencjami. Był to krok zupełnie niezrozumiały, biorąc pod uwagę, że Instytut, zakładając swój udział w projekcie, zakupił niezbędne do jego realizacji bardzo kosztowne urządzenie technologiczne do epitaksji MOCVD związków półprzewodnikowych. Zakupu w wysokości 1 mln niemieckich marek dokonał na kredyt. Pominięcie Instytutu jako wykonawcy PBZ oznaczało, że zamiast przychodów związanych z realizacją projektu, Instytut będzie przez najbliższe lata spłacał kredyt na zakup niepotrzebnego w tym momencie urządzenia. Nie należy się dziwić, że w takiej sytuacji prof. Marciniak po siedmiu latach kierowania Instytutem złożył rezygnację. 

Być może, że tak trudna sytuacja finansowa Instytutu spowodowała, że na stanowisko dyrektora nie zgłosił się żaden kandydat. Za namową prof. Marciniaka,  zgodził się kandydować dr Zygmunt Łuczyński (był jedynym kandydatem) – pracownik Instytutu z dziesięcioletnim już stażem i konkurs wygrał. 

Nowo wybranemu dyrektorowi udało się zdobyć dowody i przekonać przewodniczącego KBN, że prezentowane w PBZ pierwsze wyniki powstały na drodze indywidualnych podzleceń pracownikom instytutu, którzy wykonywali je na zainstalowanej tam aparaturze technologicznej. Tę skandaliczną sytuację wyjaśniała powołana przez prof. Karczewskiego specjalna komisja kierowana przez znanego specjalistę z zakresu inżynierii materiałowej z PW, późniejszego prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej prof. Macieja Grabskiego. Zalecenia komisji i decyzja przewodniczącego KBN były jednoznaczne. Przywracały ITME w skład wykonawców PBZ, uznając jego autorstwo wyników już zgłoszonych jako wykonanych w ramach projektu. Był to spektakularny sukces nowego dyrektora. Prof. W. Marciniak pozostał z wieloma pracownikami w tym z nowym dyrektorem w dalszym ciągu w przyjaznych stosunkach. Wielokrotnie widywałem go w trakcie mojej w ITME pracy. O ile pamiętam, przez cały czas lat pełnił on funkcję doradcy dyrektora.

Powracając do wyposażenia aparaturowego laboratoriów technologicznych Instytutu, nie ma miejsca  na wymienianie pełnej listy zakupów. Charakterystykę ogólną czynionych inwestycji należy jednak podać. Oprócz krystalizatorów Czochralskiego do wytwarzania krystalicznego krzemu (potrzeby elektroniki), rubinów oraz głownie granatów itrowo – glinowych domieszkowanych pierwiastkami ziem rzadkich (potrzeby optoelektroniki) w ITME zasadniczą uwagę zwrócono na urządzenia technologiczne do wytwarzania tzw. układów niskowymiarowych.

            W końcu lat 60. w USA opracowano technologię MOVPE (Metalorganic Vapour Phase Epitaxy) i MBE (Molecular Beam Epitaxy). Technologie te polegały na kontrolowanym osadzaniu atomów poszczególnych pierwiastków uwalnianych w wyniku pirolizy w fazie gazowej związków metaloorganicznych lub oddziaływania wiązki molekularnej. W rezultacie powstawały ultra cienkie (rzędu kilku, kilkunastu nanometrów) warstwy materiałów półprzewodnikowych. Zaprojektowana architektura warstwowa licząca od kilku do kilkuset warstw umożliwiała uzyskanie struktur przyrządów półprzewodnikowych, takich jak: diody elektroluminescencyjne, diody laserowe, ogniwa słoneczne, detektory światła oraz przyrządy elektroniczne, takie jak: diody, tranzystory i układy scalone o znacząco lepszych niż dotychczasowe parametrach. Technologie te szczególnie w zakresie optoelektroniki doprowadziły do rewelacyjnych rezultatów. Zawdzięczmy im obecny stan optoelektroniki półprzewodnikowej, w tym diod laserowych o sprawności rzędu 50%. Urządzenia realizujące wspomniane technologie, wprawdzie bardzo kosztowne, stały się wtedy dostępne na rynku (COCOM został formalnie rozwiązany w 1995).

            Instytut zdecydował się na zakup urządzeń MOCVD (Metal Organic Chemical Vapor Deposition) przydatnych zarówno w pracach badawczych, jak i przy małoseryjnej produkcji.

W ciągu kilku kolejnych lat zakupione zostały dwa urządzenia do epitaksji związków AIIIBV (gdzie A oznacza Ga lub In, zaś B –  As lub P), urządzenie do epitaksji azotków (GaN), węglika krzemu (SiC) i grafenu (Black Magic). Inwestycje były bardzo kosztowne. Każde urządzenie kosztowało ok. 1 mln EU. Bardzo wysokie były również koszty instalacji: 

  • systemy zasilające urządzenia w czynniki energetyczne wyposażone w palladowe oczyszczalniki wodoru;
  • systemy zapewniające bezpieczeństwo pracy (wykorzystywane w technologii AsH3 i PH3 są wysoce toksyczne, a wodór i SiH4 wybuchowe); 
  • sprawnie działająca klimatyzacja itp.

Inwestycje finansowano z różnych źródeł: dotacji Ministerstwa Nauki, uzyskanych projektów badawczych (Program Strategiczny Niebieska Optoelektronika) i środków własnych Instytutu. W sumie Instytut zakupił 5 urządzeń MOCVD. Koszt ich zakupu wyniósł nie mniej niż 5 mln EU, a koszt instalacji nie mniej niż 2 mln zł. Dodatkowo, ze środków Agencji Rozwoju Przemysłu ( ARP), w ramach współpracy  ze spółką Nanocarbon zakupiono za 3,5 mln € urządzenie zdolne do przemysłowej produkcji warstw SiC na podłożach kryształów SiC i warstw grafenu na podłożach SiC. 

     W roku 2007 Instytut uzyskał 36 – milionową dotację inwestycyjną w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego na lata 2007 – 2013 na budowę Centrum Grafenu i Innowacyjnych Technologii. Etap I. Porozumienie w tej sprawie sygnował Marszałek Województwa Adam Struzik. W ramach inwestycji wybudowaliśmy dwukondygnacyjne laboratorium o powierzchni ok. 250 m2. Etap I projektu miał przede wszystkim służyć pomiarom i charakteryzacji struktur grafenowych już wytwarzanych w Instytucie. W tym celu zakupiono spektrometr fotoelektronów (XPS), skaningowy mikroskop elektronowy (SEM), mikroskop sił atomowych (AFM) i spektrometr mas jonów wtórnych (SIMS). Spektrometr SIMS został wykonany z uwzględnieniem oczekiwań Instytutu i w momencie przekazania do użytku stanowił unikalne urządzenie badawcze w skali światowej. Umożliwiał precyzyjne pomiary grubości i składu ultracienkich warstw, w szczególności struktur zawierających grafen, Producent urządzenia wielokrotnie na światowych konferencjach naukowych prezentował urządzenie jako osiągnięcie uzyskane wspólnie z Instytutem. Koszt całej inwestycji, włączając środki własne instytutu, wyniósł ok. 42 mln zł.            

W rezultacie w ITME powstało największe w Polsce i jedno z większych w Europie laboratorium epitaksji z fazy gazowej związków półprzewodnikowych. W laboratorium tym zrealizowano wiele największych projektów badawczych finansowanych przez Ministerstwo Nauki, Ministerstwo Gospodarki i Rząd RP. Projekty dotyczyły laserów półprzewodnikowych dużej mocy przeznaczonych do pobudzania laserów na ciele stałym, diody SiC dla elektroniki dużej mocy ( trzy Projekty Badawcze Zamawiane), detektory UV ślepe na światło widzialne (Program Strategiczny Niebieska Optoelektronika).

Wykonywanie struktur o submikronowych i nanometrycznych rozmiarach w płaszczyźnie płytki półprzewodnikowej można uzyskać, stosując metodę rentgenolitografii, fotografii projekcyjnej w głębokim ultrafiolecie lub elektronolitografii. Instytut zdecydował się na wybór elektronolitografii oferującej proces pierwotnej generacji wzorów o rozdzielczości sięgającej kilku nanometrów i podobnie wysokie dokładności.

W 2011 r., w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (Działanie 2.1. Rozwój ośrodków o wysokim potencjale badawczym), Instytut uzyskał dotację w wysokości 36 754 000 zł z Unii Europejskiej (całkowita wartość projektu wyniosła 43 240 000 zł) na sfinansowanie Centrum Mikro i Nanotechnologii – MINOS, które umożliwiłoby tą metodą generację wzorów o złożonej geometrii i rozdzielczości sięgającej poniżej 50 nm. O wyborze elektronolitografii zadecydowało także wcześniejsze posiadanie w Instytucie urządzenia tego typu starszej generacji. Istniało także laboratorium z kompetentną załogą kierowaną przez dr Andrzeja Kowalika, specjalisty z wieloletnim doświadczeniem.

W wyniku przetargu zakupiono urządzenie produkcji niemiecko-amerykańskiej Vistec SB 251 umożliwiające naświetlanie obiektów wiązką elektronów o przekroju prostokątnym o wymiarach regulowanych co 5 nm. W wyniku naświetlania można było uzyskiwać wzory o minimalnej wielkości 50 nm. Warto podkreślić, że urządzenie pracowało automatycznie, wykonując na podłożach o średnicy 150 mm wiele tysięcy identycznych struktur przyrządowych, co stwarzało perspektywę  ich małoseryjnej produkcji. 

Inną możliwością zastosowania tego urządzenia było wytwarzanie precyzyjnych struktur optycznych (optyka dyfrakcyjna) na podłożach kwarcowych dla zastosowań w technice laserowej i optyce wykorzystywanej w przemyśle kosmicznym. Urządzenie kosztowało 8 mln EU, pozostałe środki wykorzystano na zakup sprzętu pomiarowego i urządzeń umożliwiających powielanie struktur uzyskiwanych za pomocą elektronolitografu. Instalacja urządzenia kosztowała 5,5 mln. zł. Tyle kosztowało dostosowanie istniejącego od końca lat 80. i wydawałoby się, że jeszcze w miarę nowoczesnego laboratorium. Konieczne okazało się dodatkowo wykonanie systemu zabezpieczającego aktywnie urządzenia przed drganiami wywoływanymi przez ruch na odleglej o kilkaset metrów ulicy i działających na piętrze klimatyzatorów. W ścianach pomieszczenia umieszczono cewki indukcyjne emitujące pole elektromagnetyczne niwelujące wpływ niekontrolowanych pól elektromagnetycznych pojawiających się z zewnątrz pomieszczenia. System klimatyczny działał kaskadowo: utrzymywane w zakresie temperatur +/- 1 st. C powietrze zasilało kolejny klimatyzator, który utrzymywał stabilizację temperatury na poziomie +/- 0.5 st. C. Podobnie kaskadowo działał system odpylania powietrza, zapewniając gęstość pyłów na poziomie 1/m3. Wszystkie prace odbywały się pod okiem producenta urządzenia, gdyż jedynie zaakceptowana przez niego instalacja zapewniała gwarancję prawidłowego działania urządzenia przez kolejne lata. Projekt zakończono z sukcesem w czerwcu 2013 r. 

Z czynionych inwestycji wynika, że Instytut musiał dysponować znacznymi środkami finansowymi. Nie brało się one znikąd i wymagały stosownych zabiegów kierownictwa Instytutu. Do tego należy dołączyć koszty normalnej jego działalności. Aby prowadzić prace badawcze, należało zatrudniać odpowiednio liczną kadrę specjalistów, kupować brakującą aparaturę (nie była ona, jak pokazano, tania), materiały, opłacać koszty stałe itp. Na to wszystko potrzebne były pieniądze. Ograniczając się do czasu mojej współpracy z ITME, jego budżet zamykał się kwotą (30 – 40) mln. zł. i pochodził  z następujących źródeł finansowania: 

  • Dotacja statutowa – forma wspomagania jednostek naukowych ze środków centralnych na opracowania wyprzedzające zależna od kategorii jednostki.
  • Projekty badawcze, w tym indywidualne– przyznawane na zgłaszane propozycje projektów w konkursach organizowanych początkowo przez KBN i Ministerstwo Nauki, a obecnie przez NCN (Narodowe Centrum Nauki) i NCBR (Narodowe Centrum Badań i Rozwoju). Dołączyć do nich należy udział w konkursach europejskich, a w szczególności projektów aparaturowych dotyczących wyposażenia laboratoriów badawczych. 
  • Samodzielna działalność gospodarcza polegająca na wytwarzaniu trudno dostępnych na rynku materiałów lub podzespołów. Ich odbiorcami były głównie ośrodki badawcze nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. 
  • Wynajem lub sprzedaż pomieszczeń, budynków lub terenu. 

Omawianie tych źródeł zaczniemy nietypowo od dołu.

Jeżeli chodzi o przychody z tytułu najmu, to jakoś nie słyszałem o tym zbyt wiele w trakcie mojej pracy w Instytucie. Dla porządku trzeba jednak nadmienić, że był on właścicielem pomieszczeń w dawnej siedzibie instytutu przy ul. Konstruktorskiej, które wynajmował. Przychód z tego tytułu w 2013 wyniósł ok. 1,95 mln. zł. Pieniądze te szły jednak prawie w całości na utrzymanie budynku i jego bieżące naprawy, dlatego w instytutowym bilansie przychód z wynajmu (rzędu kilkuset tysięcy złotych) nie był widoczny. 

Nie wszędzie tak jednak było. Nasi (mam na myśli WAT) sąsiedzi, Instytut Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy (IFPiLM) dzięki przezorności i zapobiegliwości jego pierwszego dyrektora  prof. Sylwestra Kaliskiego stał się właścicielem terenu o znacznej powierzchni. Powinienem dodać, że była to nie tyle zaradność dyrektora IFPiLM, co nieporadność Komendy WAT. Tereny te kiedyś w całości należały do wojska (były pod zarządem WAT) i przynajmniej częściowo mogły być w 1992 r. wraz z powrotem oficerów z IFPiLM do WAT , odzyskane. Nie zostały. Były za to sprzedawane deweloperom i zabudowywane między innymi apartamentowcami. Zdobyte w ten sposób niemałe środki przejadał naukowy Instytut. Dziewczyny z WAT biegały na teren IFPiLM do ogromnego budynku tzw. Hali, gdzie w wynajmowanych pomieszczeniach mieściły się punkty sprzedaży skarpetek i innych części damskiej garderoby. W tej Hali zgodnie z koncepcją prof. S. Kaliskiego miał się mieścić dużej mocy (mega dżulowy) FOCUS. Miał być wykorzystywany do magnetycznego skupiania  wysokotemperaturowej plazmy i jej nagrzewania w celu badania możliwości wywoływania termojądrowej fuzji. Godna jak widać zamiana. Widocznie było  tak można. Na ul. Wólczyńskiej, gdzie mieścił się ITME, proceder odpłatnego wynajmowania pomieszczeń również miał miejsce. Była to domena kierownictwa CEMAT-u. 

Przez cały czas pracy w ITME byłem świadkiem wielostronnych działań, by Instytut w miarę możliwości spełniał wyznaczoną mu rolę zaplecza naukowo-badawczego przemysłu elektronicznego. Nazywano to samodzielną działalnością gospodarczą Instytutu.

W czasie przemian ustrojowych na początku lat 90. przestał niestety istnieć w Polsce przemysł elektroniczny. Upadł nie tylko CEMAT, ale także szereg innych zakładów, z którymi do tej pory Instytut współpracował (TEWA, Unimor, Zakłady im. Kasprzaka, Biazet, Omig, WZT, Diora i wiele innych). Jedynym sposobem zachowania sensu istnienia Instytutu było otwarcie się na świat, mając nadzieję, że w przyszłości do światowych podmiotów gospodarczych współpracujących z Instytutem dołączą już nowe albo stare, lecz w zmodernizowanej formie, polskie przedsiębiorstwa. Wobec powszechnego zamykania państwowych zakładów przemysłowych mógł to robić w dwojaki sposób: 

  • Wspomagać powstawanie mniejszych firm organizujących się na nowych, dopuszczanych prawem zasadach.
  • Przejmować małoseryjną produkcję trudno dostępnych materiałów lub elementów będących w zasięgu Instytutu i jednocześnie potrzebnych na rynku, szczególnie w Polsce, ale nie tylko. Odbiorcami produktów Instytutu bywały nieraz ośrodki badawcze (uniwersytety) z odległych zakątków świata. 

Obydwie formy współpracy instytutu z przemysłem były praktykowane. Przybliżmy tę mało eksponowaną, prorynkową działalność Instytutu. 

Intrygowała mnie, istniejąca jakby praktycznie bezpośrednio na terenie Instytutu, firma nazywana w skrócie Siliconem. Produkowała i sprzedawała krystaliczny krzem wytwarzany metodą Czochralskiego. Powstanie firmy sięgało końcowego okresu, gdy dyrektorem Instytutu był prof. W. Marciniak. Przedsiębiorstwo państwowe CEMAT, a właściwie jego część produkcyjna –  przekształcona w roku 1991 w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa CEMAT 70 SA – chyliło się ku upadkowi. Znikały jej rynki zbytu (upadały inne fabryki przemysłu elektronicznego), a ponadto było chyba dość nieudolnie, jak mnie przekonywano, zarządzane. Kolejno zamykane były poszczególne jego wydziały, przez co dla pozostałych (w tym dla ITME) rosły infrastrukturalne koszty stałe, pogarszając trudną już sytuację ogólną. 

W 1993 w CEMAT likwidacji uległ wydział produkcji krzemu. Można rzec, że dla instytutu to było wysoce niekorzystne. W ITME od chwili jego powstania tematyka technologii wytwarzania krzemu stanowiła bardzo ważny, a początkowo najważniejszy obszar działalności. Do tej pory krzem stanowi podstawowy materiał półprzewodnikowy wykorzystywany w elektronice. Większość przyrządów półprzewodnikowych zarówno dyskretnych (diody, tranzystory, detektory), jak również układy scalone i pamięci wytwarzanych jest na krzemie. W Polsce prace badawcze w tej dziedzinie prowadził jedynie ITME. Obecność Polski w zajmowaniu się tą tematyką miała znaczenie symboliczne – twórcą technologii wytwarzania monokrystalicznego krzemu był Polak, profesor Politechniki Warszawskiej zmarły w 1953 r. Jan Czochralski.[4] W Instytucie badaniami nad technologią wytwarzania krzemu zajmowały się dwa zakłady naukowe: 

  • Zakład Technologii Krzemu pracujący nad wytwarzaniem monokryształów krzemu dysponował dwoma urządzeniami do krystalizacji (jedno firmy Leybold, drugie, wyposażone w potężny elektromagnes firmy Mistsubishi);
  • Zakład Epitaksji Krzemu dysponujący jednym amerykańskim urządzeniu GEMINI.  

Zakłady te przez cały czas istnienia instytutu, gdy tylko była taka potrzeba, wykonywały prace badawcze na rzecz istniejących w kraju wytwórców krzemu (płytek krzemowych) lub w ramach współpracy zagranicznej. Warto przy tej okazji wspomnieć, że w stosowanych w CERN krzemowych detektorach ciężkich jonów wykorzystano wyniki badań przeprowadzonych na ich zlecenia w ITME.

Prowadzona była w nich także wspominana już wcześniej małoseryjna produkcja. Krótka seria płytek krzemowych o nietypowej orientacji krystalograficzej, geometrii, lub rodzaju domieszkowania osiągała ceny wielokrotnie przewyższające dostępne na światowym rynku wyroby standardowe. Permanentnie z tytułu takiej produkcji Instytut uzyskiwał kilkaset tys. USD rocznie.

Po likwidacji wydziału produkcji krzemu w Cemacie, do zupełnego zaniechania tak ważnej w kraju produkcji Instytut nie chciał dopuścić. Wydział miał liczną i kompetentną załogę. Powstał projekt powołania spółki akcyjnej typu akcjonariat pracowniczy, która byłaby w stanie reaktywować w nowych warunkach produkcję krzemu. Prof. W. Marciniak powołał spółkę, w której ok. 40 byłych pracowników CEMAT-u „kupiło” sobie miejsca pracy, obejmując 51% jej akcji. Pozostałe akcje rozdzielono pomiędzy ITME i CEMAT. Powstała spółka nazwana została CEMAT – SILICON SA. Prezesem został pracownik Instytutu, wybitny technolog w dziedzinie technologii krzemu, dr Andrzej Bukowski, a jego zastępcą zdolny organizator inż. Jacek Bogucki. O powołaniu spółki zadecydowały dwa czynniki. 

  • Jeden dość oczywisty z punktu widzenia gospodarczego. Jak wiadomo, Instytut powstał w celu prowadzenia prac badawczo rozwojowych w dziedzinie technologii materiałów dla nowoczesnego przemysłu elektronicznego. W sytuacji gdy przemysł ten zanikał, dalsze istnienie Instytutu stawało się problematyczne. Instytut, wspomagając powstanie spółki, częściowo wypełniał tę lukę.
  • Drugi dotyczy wspomnianych już wcześniej względów oszczędnościowych. Instytut, funkcjonując na wspólnym terenie, związany był z resztą przedsiębiorstwa chociażby wspólną siecią energetyczną i innymi instalacjami. Po upadku wydziałów produkcyjnych bardzo wysokie koszty utrzymania infrastruktury musiałby ponosić samodzielnie. Ogrzewanie, zasilanie energią elektryczną, produkcja wody chłodzącej i demineralizowanej itp. kosztowało. Chociaż, jak już było wspomniane, instalacje te należało przebudować, to taka przebudowa wymagała czasu i niestety poniesienia olbrzymich kosztów. Doraźnie łatwiej było wspomóc się partnerem, który działając na sąsiednim terenie, ponosiłby część tych kosztów.  

Spółka wynajęła od CEMAT-u hale produkcyjne wraz z urządzeniami produkcyjnymi. Należy przypomnieć, że nowoczesne urządzenia technologiczne zostały zakupione w czołowych światowych firmach w końcu lat 80. na mocy uchwały rządu „o elektronizacji kraju”. Zakupione wcześniej materiałów do produkcji i obróbki (cięcia i polerowania płytek) CEMAT wniósł do spółki w formie aportu. Oszczędzał w ten sposób na kupnie akcji.  

Początkowo Instytut utrzymywał nad spółką „parasol ochronny”. Na rozruch przedsięwzięcia pożyczył spółce dość znaczną kwotę pieniędzy, potem zagwarantował wzięcie z banku kredytu obrotowego. Oczywiście Instytut ponosił pewne ryzyko. Prawnie była taka możliwość na początku lat 90., gdy nie było jeszcze restrykcyjnych przepisów dotyczących finansów publicznych. Na szczęście wszystko zakończyło się dobrze. Spółka prosperowała nieźle. Spłaciła Instytutowi pożyczkę, nie zalegała ze spłatą rat kredytowych i stopniowo rozwijała produkcję.  

Wobec braku krajowych odbiorców krzemu (jedyny krajowy producent podzespołów elektronicznych TEWA już upadł, kolejny LAMINA chylił się ku upadkowi) jedynym możliwym kierunkiem działania spółki był eksport. Pierwszym sprzedawalnym produktem były kryształy krzemu bezpośrednio po procesie wzrostu (tzw. „as grown”). Z czasem asortyment produktów uległ poszerzeniu. Zamawiany np. przez firmy amerykańskie krzem musiał spełnić warunki podyktowane normami ASTM (American Society for Testing and Materials). Normy te obejmowały wyśrubowane parametry techniczne i geometryczne zamawianych partii.  Sytuacja stała się dla Instytutu korzystna. Pojawił się bowiem klient (SILIKON), który autentycznie potrzebował wsparcia ze strony badawczej. Ówczesne kierownictwo resortu nauki (Komitet Badań Naukowych, później Ministerstwo Nauki), zdając sobie sprawę z potrzeb gospodarki, uruchomiło system grantów celowych, w których pokrywało ze środków publicznych połowę kosztów związanych z pracami B + R dla krajowych przedsiębiorstw. Pozostałą część pokrywało przedsiębiorstwo, dając tym samym dowód, że realizacja projektu jest mu autentycznie potrzebna. Wydając własne pieniądze, przedsiębiorstwo automatyczne  akceptowało otrzymywane wyniki. Zakłady naukowe technologii krzemu ITME wspólnie ze spółką Cemat – Silicon zrealizowały kilka takich projektów. Ostatni z nich (pod patronatem i przy współfinansowaniu Naczelnej Organizacji Technicznej) przyniósł wyjątkowe korzyści. W ramach tego projektu opracowano technologię wytwarzania płytek o średnicy 100 i 125 mm z naniesioną krzemową warstwą epitaksjalną spełniających wymagania japońskiej firmy Rohm. Proces kwalifikacji produktu trwał w Japonii ok. jednego roku. W tym czasie Japończycy sprawdzali dosłownie wszystko. W ostatniej fazie kwalifikacji z dostarczonych płytek wykonano wiele tysięcy diod i sprawdzono, czy statystyczny tzw. uzysk prawidłowo działających podzespołów nie odbiega in minus od przyrządów wykonanych na płytkach innych producentów. W rezultacie zawarto wielki kontrakt, Cemat – Silicon osiągnął roczny przychód na poziomie 60 mln USD. To prawdopodobnie zadecydowało, że nie tylko wyroby Silicon – u stały się atrakcyjne dla odbiorców, ale także on sam jako firma dla zagranicznych inwestorów. Napiszę  o tym za chwilę.  

Firma rozrastała się, zatrudnienie osiągnęło ponad 200 osób, roczny przychód liczony był w dziesiątkach milionów USD. CEMAT – SILICON stanowił jeden z nielicznych przykładów sukcesu formuły akcjonariatu pracowniczego w Polsce. 

A co z przedsiębiorstwem o nazwie CEMAT? Warto prześledzić rolę, jaką odgrywały upadające przedsiębiorstwa państwowe w trakcie wspomnianych wyżej przekształceń ustrojowych. Zakłady produkcyjne CEMAT-u upadały kolejno na początku lat 90. Nie oznacza to, że on sam przestał istnieć. Istniał jako zarząd, dyrektor i był właścicielem terenu, budynków i zakupionych wcześniej urządzeń technologicznych, które chętnie sprzedawał lub  wynajmował. Nie ponosił wprawdzie żadnych kosztów związanych z konserwacją czy naprawami urządzeń, to należało do wynajmujących je przedsiębiorstw. Po praktycznym wygaszeniu działalności produkcyjnej podstawowym źródłem utrzymania CEMAT-u były przychody z wynajmu pomieszczeń, urządzeń, parkingów itp. Ze względu na inflację systematycznie podnoszone były ceny wynajmu. Zdobywane tym sposobem środki pozwalały na niezłe pensje dla członków zarządu, posiadanie reprezentacyjnych samochodów służbowych itp. itp. (Jak to było możliwe?)

Nic dziwnego, że udziałowcy Siliconu, (w większości jego pracownicy), na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy głosowali za przeznaczeniem rocznych zysków na inwestycje w firmę, zamiast na dywidendy dla siebie. Inwestycjami między innymi był wykup akcji od CEMAT-u, gdyż wynajmowanie urządzeń było uciążliwe i kosztowne. 

Po usamodzielnieniu się Instytut (ITME) otrzymał do swojej dyspozycji zajmowane budynki i przynależny mu teren. Konieczność decentralizacji sieci wspomagających działanie urządzeń technologicznych zainstalowanych w Instytucie wymusiła budowę nowej, przystosowanej do wymogów tych urządzeń, indywidualnych instalacji: stabilnego zasilania, chłodzenia, klimatyzacji, instalacji gazów technicznych itp. Z racji bliskości usytuowania i dobrej współpracy niektóre z tych instalacji realizowane były wspólnie ze spółką. W ten sposób obydwie organizacje, a szczególnie spółka, uniezależniały się od CEMAT-u.   

 Dobra sytuacja rynkowa CEMAT – SILICON SA zachęciła w 2008 r. duńską firmę Topsil Semiconductors do złożenia oferty kupna spółki. Topsil Semiconductors to notowana na giełdzie w Kopenhadze firma, znany w świecie producent krzemu metodą topienia strefowego (Float Zone). Zakup był stosukowo prosty; wystarczyło odkupić akcje spółki od jej właścicieli. W tym czasie Instytut posiadał ich niecałe 5 %, więc zgodnie z prawem, bez dodatkowych zezwoleń, podlegały one wykupowi przymusowemu.

Wraz ze zmianą właściciela firma nie zmieniła profilu działalności, produkowała i sprzedawała na całym świecie krzem. Zwiększył się jedynie asortyment wyrobów: oprócz produkowanego w Warszawie krzemu metodą Czochralskiego dołączono wyroby z krzemu produkowanego w Danii metodą Flow Zone. Nowy właściciel sporo zainwestował w część położoną w Polsce, kupując nowe urządzenia technologiczne i modernizując hale produkcyjne. Także współpraca z Instytutem układała się bez zarzutu. Krótko po przejęciu spółki do Warszawy przybyło całe kierownictwo Topsila z przewodniczącym Rady Nadzorczej na czele na spotkanie z dyrekcją Instytutu. Ważnym uczestnikiem spotkania byli przedstawiciele działu badawczo rozwojowego Topsila, z którymi ustalono ramy współpracy. Po spotkaniu Topsil wydał komunikat dla duńskiej prasy, w którym informował o podjęciu współpracy z Instytutem Technologii Materiałów Elektronicznych.  Nie chodziło tu oczywiście wyłącznie o kurtuazję, lecz miało efekt ekonomiczny. W wyniku publikacji akcje Topsilu na giełdzie w Kopenhadze istotnie podrożały. Na co dzień była to współpraca pracowników  obu firm na stanowiskach pracy. W szerszym horyzoncie Instytut wspólnie z Topsilem otrzymał duży program badawczy finansowany przez UE dotyczący technologii wytwarzania krzemu odpornego na promieniowanie jonizujące. Taki materiał służy m.in. do produkcji detektorów promieniowania i ogniw fotowoltaicznych dla przemysłu kosmicznego. Wyniki programu oczywiście wykorzystywane były (wdrażane) w Topsilu. 

Warto zaznaczyć, że kupując SILICON, Topsil stał się automatycznie właścicielem CEMAT 70 SA, którego znakomita większość akcji została wcześniej wykupiona przez akcjonariuszy SILICON-u. Nowy właściciel nie potrzebował już kosztownego zarządu CEMAT-u. Do zarządzania terenem wystarczył jeden pracownik. Tym prostym posunięciem Duńczycy wycięli tę wieloletnią narośl – relikt przemian własnościowych III RP. 

W ostatnich latach (w roku 2016) Topsil Semiconductors został kupiony przez tajwańską firmę Global Wafers (trzeciego co do wielkości producenta krzemu na świecie). Ta niestety w 2019 wycofała swoją działalność z Polski. Jak widać, SILICON podzielił los wielu innych sprzedanych polskich przedsiębiorstw.  Obce firmy, kupując SILICON, kupowały także jego rynki zbytu i pozbywały się konkurencji. Była jednak pewna różnica. Akcje SILICON-u, których nominalna wartość wynosiła 500 zł, w dniu sprzedaży spółki Duńczykom zostały wycenione przez firmę konsultingową Deloite and Touch na 77500 zł. Prywatni akcjonariusze spółki zostali sowicie uposażeni za podjęte ryzyko i trud.  W końcu to oni ciężko wypracowali różnicę w wartości akcji swojej firmy. Stosowne pieniądze zarobił również Instytut.

Zapytałem kiedyś dr. Zygmunta Łuczyńskiego od którego uzyskałem większość informacji tu zamieszczonych, czy i ile akcji SILICON-u kupił prywatnie. Odpowiedział, że nie kupił ani jednej, chociaż prawo wtedy tego mu nie zabraniało. Byłby to, jak stwierdził, konflikt interesów. Był przecież dyrektorem Instytutu. Podaję tę informację bez komentarza.  

Może kilka słów o podejmowanej przez Instytut działalności produkcyjnej.  W szczególności przejmował on niektóre z wydziałów Cematu, decydując się na prowadzenie produkcji małoseryjnej. Oprócz wspomnianego już wcześniej krzemu, dotyczyło to w szczególności filtrów z akustyczną falą powierzchniową (AFP) dla produkowanych w kraju telewizorów. 

Instytut w swoim składzie miał Zakład urządzeń z akustyczną falą powierzchniową i kompetentny personel badawczy. Zakładem kierował świetny, wcześniej znany mi osobiście naukowiec (w latach 60. pracowaliśmy razem nad maserami w WAT), prof. Waldemar Soluch. Technologia wykonywania filtrów AFP dla telewizorów pracujących w systemie analogowym była opracowana z udziałem prof. W. Solucha jeszcze w czasie jego pracy w ITR (Instytut Tele– i Radiotechniczny) i wdrożona do CEMAT-u. Niestety podobnie jak inne wydziały, wydział filtrów AFP w 1993 r. upadł. Instytut przejął z CEMAT-u nieczynny już Wydział Filtrów, tworząc w ten sposób własną jednostkę produkcyjną obsługującą funkcjonujące jeszcze w Polsce fabryki telewizorów. 

W ramach kilku projektów celowych opracowano całą rodzinę filtrów spełniających standardy wymagane przez działające w Polsce fabryki telewizorów: warszawski – WZT, gdański – Unimor , białostocki – Biazet i Curtispowstały  w Mławie. Potrzeby tych fabryk zaspokajała skala produkcji na poziomie 100 – 150 tys. filtrów rocznie i mogła być zaspokojona możliwościami wytwórczymi Instytutu.

Z czasem (w końcu lat 90.), wymienione przedsiębiorstwa wycofywały się z rynku, a ich miejsce zajmowały zagraniczne giganty: Thomson, Philips, Daewoo i LG produkujące telewizory na rynek europejski na poziomie kilku milionów sztuk rocznie. Dostawcą większości podzespołów elektronicznych, w tym filtrów, był niemiecki Siemens. Instytut, którego filtry parametrami nie ustępowały zagranicznym, ale nie były produkowane w sposób zautomatyzowany, kontynuował w dalszym ciągu ich małoseryjną produkcje dla punktów serwisowych i na potrzeby firm produkujących zamiast telewizorów urządzenia o charakterze profesjonalnym. 

            Innym przykładem małoseryjnej produkcji prowadzonej przez Instytut były pręty laserowe przeznaczone dla laserów stosowanych w dalmierzach wojskowych[5]. Montowane były one we wszystkich produkowanych w Polsce czołgach. Pręty miały średnice 5 mm i długość 50 mm.  Wykonywane były z monokryształów granatów itrowo aluminiowych domieszkowanych neodymem (Nd:YAG). Skala produkcji wymagana przez głównego odbiorcę –  Przemysłowe Centrum Optyki (PCO) wynosiła 150 ÷ 200 prętów rocznie. Uwzględniając fakt, że produkcja wymagała użycia bardzo kosztownych urządzeń i wysokich kwalifikacji pracowników, to nawet przy stosunkowo wysokiej cenie, jaką na rynku światowym uzyskiwały takie pręty (ok. 400 USD/szt.), trudno sobie wyobrazić podmiot gospodarczy, który mógłby utrzymywać się z takiej niszowej produkcji. Ich wytwarzania mógł natomiast podjąć się Instytut, gdzie urządzenia i obsługujący je personel były wykorzystywane do prac badawczych, a działalność produkcyjna stanowiła bardzo ważny i potrzebny, ale jednak poziom marginalny. Oczywiście  do podjęcia tego zadania Instytut musiał się odpowiednio wyposażyć. W firmie Malvern zakupionych zostało pięć krystalizatorów Czochralskiego oraz oprzyrządowanie (obtaczarka, szlifierka, polerki i sprzęt pomiarowy) do wytwarzania prętów z wyhodowanych w tych krystalizatorach kryształów YAG. We współpracy z Instytutem Elektroniki Kwantowej WAT nakładano na nie warstwy przeciwodblaskowe i przesyłano do PCO, producenta laserowych systemów kierowania ogniem (np. Merida). Te inwestycje nie zostały do końca należycie wykorzystane. Produkcja prętów mogła trwać dłużej, gdyby podtrzymane było w Polsce zapotrzebowanie na krajowe laserowe dalmierze wojskowe. 

Wspomnieć by jeszcze trzeba o wytwarzaniu w Instytucie krystalicznego kwarcu na rezonatory do stabilizacji częstotliwości generatorów. To proste zadanie, którym nie warto się wyjątkowo chwalić, ale gdy taka potrzeba zaistniała, Instytut nie przechodził obok niej obojętnie.

Poświęciłem dotąd stosunkowo dużo miejsca zagadnieniom produkcyjnym, jakimi ITME zajmował się,  podkreślając, że była to misja przyświecająca jego powołaniu. W rzeczy samej wcale tego od niego nie oczekiwano. Właściwie trudno było dociec, czego oczekiwano od tzw. instytutów badawczych. Gdy stały się samodzielnymi jednostkami naukowymi, zostały w wymaganiach zrównane z innymi naukowymi instytucjami: instytutami PAN i uczelniami. Niezależnie od kryteriów  porównawczych, które z czasem zmieniały się, to jednak były one rozliczane i kategoryzowane w całej tej grupie. Wychodząc z tego punktu widzenia, najważniejszą działalnością Instytutu były prace naukowe, a ich zasadniczym rezultatem (produktem), jak w innych jednostkach naukowych, były – publikacje. Jakby nie brzmiało to paradoksalnie (instytutów badawczych było wtedy w Polsce ok. 120 i zatrudniały one dwadzieścia kilka tysięcy pracowników), była to prawda.

Pomijając dochody Instytutu z najmu, jego budżet średnio był pokrywany z każdego z trzech pierwszych z wymienionych źródeł w równych częściach. 

W rankingu jednostek naukowych Instytut zawsze lokował się wysoko, stąd mimo ciągłej redukcji dotacji statutowej, otrzymywał ją w najwyższej z możliwych wartości. Tu właśnie liczyły się publikacje pracowników Instytutu (oczywiście w indeksowanych, anglojęzycznych czasopismach), patenty i inne często zmieniane, uznawane za ważne z naukowego punktu widzenia ich i całego Instytutu, osiągnięcia.  

            W zdobywaniu tu środków na finansowanie projektów badawczych liczyła się na równi zapobiegliwość kierownictwa Instytutu, jak i sprawność utytułowanych jego pracowników. Dyrektor przykładał szczególną uwagę do uczestnictwa Instytutu w dużych programach: PBZ, a później w strategicznych. Dał temu wyraz, zmuszając (w pewnym sensie) Instytut Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego – koordynatora pierwszego PBZ dotyczącego niskowymiarowych struktur dla elektroniki do uznania członkostwa ITME w gronie jego wykonawców. Uczestnictwo Instytutu w gronie wykonawców drugiego PBZ będącego jego kontynuacją (koordynatorem był również IF UW) było już logicznym następstwem tego kroku.

W kolejnym PBZ dotyczącym nanomateriałów (koordynator Wydział Inżynierii PW) instytut realizował dwa bardzo istotne zadania dotyczące źródeł światła w układach scalonych w postaci: kropek kwantowych związków AIII/BV i nano-wydzielin krzemu w matrycy SiO2 .  

To bardzo ważna, realizowana do dziś w światowych ośrodkach, problematyka badawcza.

Z punktu widzenia kierownictwa instytutu jego udział w realizacji projektów zamawianych był kluczowy. Oprócz istotnego przychodu finansowego gwarantował znalezienie się gronie czołowych polskich placówek naukowych. Nie bez znaczenia był również fakt, że realizatorem zadania przewidzianego w projekcie dla Instytutu nie był pracownik naukowy Instytutu, lecz Instytut jako całość, a więc pieczę nad finansami przydzielonymi na realizację instytutowych zadań sprawował dyrektor instytutu.  Dawało mu to większą elastyczność w zarządzaniu finansami. Oprócz istotnego przychodu finansowego gwarantował znalezienie się w gronie czołowych polskich placówek naukowych. Kolejną korzyścią dużego projektu była możliwość włączenia do niego kilku zespołów naukowych Instytutu. Również grup wykonujących prace o charakterze pomocniczym, nie mających szans na otrzymanie własnego projektu badawczego. 

To może dlatego dyrektor tak chętnie przyjął zgłoszoną mu przeze mnie możliwość koordynacji projektu zamawianego dotyczącego rozwoju techniki laserowej.

Przyczyniłem się bowiem do zwiększenia finansowania Instytutu. Przychodząc do pracy w ITME w 1995 r., przyniosłem z sobą dwa Projekty Zamawiane (PBZ 023 10, a następnie PBZ – MIN 009/T11/2003), w których kilka jego zakładów realizowało wybrane tematy.

Instytut, będąc ich koordynatorem, stawał się jednym z głównych rozgrywających w tej technice, a ponadto miał większy wpływ na rozdział funduszy. Skutecznie wspomagał nas (mam na myśli merytoryczny zespół koordynacyjny) w staraniach o przedłużenie badań w drugim, szerszym i ważniejszym programie zamawianym poświęconym tej tematyce, którego Instytut również był koordynatorem. To w ramach tych programów rozwinięta została technologia tzw. materiałów AIIIBV (GaAs, InAs, GaP, InP, GaSb i InSb). Materiały te są   znacznie kosztowniejsze w produkcji i trudniejsze w dalszych procesach technologicznych wytwarzania z nich konkretnych przyrządów elektronicznych niż krzem. Z ich użyciem budowane są przyrządy emitujące światło: diody elektroluminescencyjne (LED) i lasery półprzewodnikowe (LD). 

W realizowanym pod koniec lat 90. projekcie zamawianym PBZ 023 10 tematyka opracowania diod laserowych (LD) umieszczona została głównie ze względu na ich wojskową przydatność. Możliwość zastosowania diod laserowych jako pomp do laserów ciała stałego zasadniczo zmieniały zakres ich zastosowań (np. laserów Nd:YAG) jako dalmierzy – oświetlaczy w wojskach pancernych, artylerii i lotnictwie. W programie zadania takie podjął WAT, lecz nie udało się skłonić PCO do włączenia się w te prace. A szkoda, bo powstawały wtedy między innymi miniaturowe dalmierze umieszczane w lornetkach. Pojawiła się w tym czasie również firma IPG, która oferuje obecnie wielo-kilowatowe lasery włóknowe o mocach (1÷100) kW do celów przemysłowych (cięcie, spawanie). Prace z zakresu laserów włóknowych również znalazły się w programie.

Rozwój technologii  diod świecących (LED) zrewolucjonizował technikę oświetleniową w pełnym zakresie barw i aplikacji. Spotykamy je w rozlicznych zastosowaniach od lampek choinkowych począwszy, poprzez sygnalizację uliczną i trakcyjną, kończąc na oświetlaniu pomieszczeń, ulic i dróg (LED-y światła białego).Zastąpienie tradycyjnych żarówek diodami elektroluminescencyjnymi drastycznie zmniejsza zużycie energii. Mają one wyższą co najmniej o rząd wielkości sprawność i co równie ważne sięgający tysięcy godzin czas pracy. Trudno sobie dziś wyobrazić nowoczesny przemysł jakiegokolwiek kraju pozbawiony zupełnie tych technologii. 

Wyliczając PBZ-y realizowane w ITME, nie sposób  pominąć chyba najważniejszego, dotyczącego technologii wytwarzania węglika krzemu (SiC). Chociaż ta tematyka była poza moim bezpośrednim (jako optoelektronika) zainteresowaniem, trudno nie doceniać jej znaczenia dla elektroniki. Półprzewodnikowe elektroniczne elementy wysokonapięciowe (w ITME opracowano diody na napięcie 1,5 kV) pracujące w trudnych warunkach termicznych wykonywane są z użyciem tych kryształów. To elektronika przyszłościowa dla samochodów, nie wspominając o technice militarnej.  Kryształy SiC wykorzystywane są również jako podłoża dla krótkofalowych źródeł promieniowania: monochromatycznych (laserów) i szerokopasmowych (LED oświetleniowych). Kryształy SiC i GaN oraz nakładane na nie warstwy epitaksjalne to technologie przyszłości (XXI w.) dla elektroniki i optoelektroniki. 

Mimo że realizowane były dwa PBZ poświęcone technice SiC (koordynatorem pierwszego był ITME, a drugiego Wydz. Inżynierii Materiałowej PW) mam odczucie niedosytu w kwestii wykorzystania otrzymanych w czasie ich realizacji wyników. Odczucia takie można mieć nie tylko odnośnie tego projektu. Niestety. 

            Równolegle do PBZ w 1998 r. powstała koncepcja nowego rodzaju dużych projektów badawczych. Były to projekty strategiczne. Finansowano je nie z pozycji nauka w budżecie państwa, lecz bezpośrednio z rezerwy celowej całego rocznego budżetu. Formalnie programy strategiczne nie uszczuplały środków przeznaczonych na finansowanie innych placówek naukowych.

Ważnym programem strategicznym, w którym uczestniczył Instytut, był program znany pod nazwą „Niebieska Optoelektronika”. Dotyczył on wykorzystania warstw epitaksjalnych GaN na różnych podkładach i składał się z dwóch części: laserowej (realizator Centrum Badań Wysokociśnieniowych PAN) i detektorowej (realizator ITME). O zakresie realizowanych w jego ramach prac jestem dobrze zorientowany. Byłem kierownikiem sekcji powołanej do oceny otrzymywanych tam wyników. Ogólnie rzecz biorąc, wyniki były kontrowersyjne, a całość zagadnienia została dość szczegółowo opisana[6],[7]. Zastrzeżenia dotyczyły jednak części laserowej, realizowanej przez CBW PAN, a nie detektorowej wykonywanej w ITME. Sekcja nie miała zastrzeżeń w stosunku do budowy i działania detektorów ultrafioletu, nieczułych (ślepych) na promieniowanie widzialne. Miały one szansę znaleźć zastosowania militarne, ale to już zupełnie inne zagadnienie.   

            Dwa następne duże projekty typu strategicznego dotyczyły grafenu. Pierwszy, o akronimie ZAMAT, koordynowany był przez Instytut Metali Nieżelaznych w Gliwicach.

ITME kosztem ok. 15 mln. zł. realizował w nim trzy zadania dotyczących zastosowań grafenu:

  1. Opracowanie technologii osadzania grafenu na folii miedzianej o dużych rozmiarach (0.5m x 0.5m), 
  2. Wytwarzanie warstw epitaksjalnych związków półprzewodnikowych AIII/BV przeznaczonych dla wysokowydajnych (na poziomie 40 %) ogniw fotowoltaicznych,
  3. Wytwarzanie materiałów kompozytowych (półprzewodnik GaN/materiał ceramiczny) dla źródeł światła białego. 

Drugi, o akronimie GRAF-TECH,  w rzeczywistości był pakietem kilkunastu odrębnych projektów dotyczących tej samej tematyki – zastosowań grafenu w różnych obszarach techniki[8]. Nie miał formalnie powołanego koordynatora całości zestawu. Dodatkową jego osobliwością było również to, że żaden z zatwierdzonych projektów nie dotyczył technologii wytwarzania grafenu jako podstawowego materiału dla całego zestawu zagadnień. 

Była to zasadnicza wada nie tylko tego programu, ale także innych, wcześniejszych.  W tym czasie w ITME potrafiono już wytwarzać grafen, ale do ustabilizowanej technologii umożliwiającej produkcję grafenu (nawet małoseryjną) była jeszcze daleka droga. Do tego potrzebny był czas i pewnie dość znaczne pieniądze. Nie mniej, bazując na posiadanych źródłach grafenu, Instytut podjął się opracowania kilku tematów dotyczących jego aplikacji:

  1. Z firmą Seco Warwick opracowania urządzenia do przemysłowego nanoszenia grafenu na folię miedzianą o wielkiej powierzchni z perspektywą doprowadzenia tego procesu do produkcji w sposób ciągły,
  2. Z PIAP (Przemysłowym Instytutem Automatyki i Pomiarów) opracowania na bazie grafenu czujnika pola magnetycznego działającego w podwyższonych temperaturach,
  3. Z PCO (Przemysłowym Centrum Optyki) opracowania podgrzewania okienek kamer pracujących na dużych wysokościach, zabezpieczając je w ten sposób przed szronieniem,
  4. Z Wydziałem Elektroniki Politechniki Wrocławskiej – światłowodowe lasery femtosekundowe z grafenowym pasywnym modulatorem strat rezonatora,
  5. Z Wydziałem Fizyki Uniwersytetu Łódzkiego – atrament grafenowy do drukowania ścieżek miniaturowych obwodów w układach elektronicznych.

Zakończę to wyliczanie, chociaż nie wszystkie z tzw. dużych projektów wykonywanych w instytucie wymieniłem. Wystarczy. Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zdarzyło  się to w ciągu dwudziestu lat, liczba wykonywanych w instytucie projektów o randze projektów zamawianych i strategicznych była imponująca. Niektóre z nich były przez instytut koordynowane. Niewątpliwie  ich pozyskanie instytut zawdzięczał aktywności jego kierownictwa, a głównie dyrektora[9].

Wymienione dotychczas projekty nie uwzględniały grantów indywidualnych pozyskiwanych przez samodzielnych, utytułowanych pracowników instytutu. W tym zakresie prowadzona była odpowiednia polityka. Samodzielni pracownicy naukowi  odpowiadali w pierwszym rzędzie za liczbę zgłoszonych wniosków projektów badawczych. Oczywiście liczyły się te, które otrzymały finansowanie. W tej przedziwnej loterii należało jednak przede wszystkim „wykupić los” – złożyć wniosek. 

     Myślę, że o znacznej liczbie uzyskiwanych projektów decydował trafny wybór tematyki prowadzonych w Instytucie badań. Spróbujmy zestawić poniższe fakty.

  • W 1996 r. rozpoczęto w ITME prace nad technologią wytwarzania warstw epitaksjalnych azotku galu (GaN).
  • W 2014 r. za opracowanie laserów światła niebieskiego przy wykorzystaniu warstw epitaksjalnych GaN Nagrodę Nobla otrzymał japoński uczony Shuji Nakamura.

To dlatego instytut był przygotowany do podjęcia zadania budowy detektorów ultrafioletu w ramach programu „niebieska optoelektronika” i taki detektor powstał.

Z tego zakresu było jeszcze jedno opracowanie ciekawe i warte odnotowania. W 2013 r. pod patronatem ARP (Agencji Rozwoju Przemysłu) zgłoszony został „konkurs” na opracowanie tranzystora mocy i wysokiej częstotliwości. Instytut w tym konkursie wziął udział. Tranzystor miał być  przeznaczony do nadajników radarów opracowywanych przez PIT Radwar dla systemów antyrakietowych Wisła i Narew. Chodziło o całą rodzinę tranzystorów różniących sią parametrami pracy (częstotliwością i mocą). Niektóre z nich wydawały sią poza zasięgiem instytutowych możliwości. Jednakże wiele był on w stanie wykonać. Warto zaznaczyć, że tego typu tranzystory kosztują ok. 1000 USD za sztukę i nie są w sprzedaży[10], podczas gdy tranzystory wykorzystywane w sprzęcie powszechnego użytku, kilka lub poniżej 1 USD. Do konkursu (na wniosek ARP) przystąpiły: Instytut Technologii Elektronowej i Wydział Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Mnie się to podobało. Był to jedyny przypadek, jaki znam, by u nas opracowanie czegokolwiek było zlecone więcej niż jednemu wykonawcy. Bezapelacyjnie (ustaliła to niezależna od uczestników konkursu komisja) jedynie ITME zrealizował model tranzystora spełniającego wymagania stawiane przez PIT Radwar. Tranzystor wykonany z warstw epitaksjalnych na bazie azotku galu osadzonych na podłożach węglika krzemu (GaN on SiC) zrealizowali: dr hab. Lech Dobrzański (projekt), dr Włodzimierz Strupiński (epitaksja) i dr Andrzej  Kowalik (wykonanie w technice elektronolitografii). Z nieznanych powodów plan, żeby wykonywać w Polsce takie tranzystory i podtrzymać produkcję radarów w Radwar, został nagle porzucony. Podobno radary w całości mają być kupowane w USA. 

  • W 2006 r. w zespole dr. Włodzimierza Strupińskiego rozpoczęto prace nad  technologią wytwarzania grafenu.
  • W 2010 r. za prace nad grafenem Nagrodę Nobla otrzymali pracujący w Anglii Rosjanie Andrej Geim i  Konstantin Novoselov,
  • Gejm nawiązał kontakt z dr. Strupińskim i otrzymał syntezowany w ITME grafen na kryształach SiC  jeszcze na długo przed uzyskaniem Nagrody Nobla. Nawiązana współpraca zaowocowała zaproszeniem instytutu do uczestnictwa w europejskim FlagShip programie: „Graphene Based Revolution in ICT and Beyond”, a dr. W. Strupiński został członkiem Rady Programu. Programy te są przeważnie realizowane w dłuższych przedziałach czasu. Nie wiem, czy on nie trwa nadal, mimo że dr Strupiński został  w 2017 r. posądzony o działalność na szkodę instytutu i niemal dyscyplinarnie zwolniony. To nic, że oskarżenie okazało się nieprawdziwe, a dr Strupiński otrzymał od instytutu stosowne odszkodowanie. Do pracy w instytucie już nie wrócił, a z nim odeszli kluczowi dla tej tematyki jego współpracownicy. Prace nad technologią grafenu w instytucie praktycznie zakończyły się.
  • W 2012 r. podjęto prace nad technologią wytwarzania materiałów z grupy tzw. izolatorów topologicznych (np. Bi2Te3, Bi2Se3, itp.)
  • W 2016 r za prace w dziedzinie izolatorów topologicznych Nagrodą Nobla zostali uhonorowani Amerykanie: Duncan Haldane, John Kosterlitz i David Touless.

Nad technologią izolatorów topologicznych w instytucie pracował zespół technologów pod kierunkiem dr. Andrzeja Hrubana. W 2016 r. dr A. Hruban wraz z większością swego zespołu został z ITME zwolniony. Dr Hruban bez trudu znalazł zatrudnienie w Instytucie Fizyki PAN, gdzie pracuje do dzisiaj, zajmując się tą samą tematyką. Za to tematyka badań nad technologią izolatorów topologicznych w ITME zniknęła. Zastanawiam się, czy o to w końcu chodziło.

 Technolodzy pracujący w ITME długo przed docenieniem wagi tej tematyki przez Komitet Noblowski dostrzegali ważność technologii wytwarzania pewnych unikatowych materiałów. Podejmowali próby opanowania ich wytwarzania. Często uzyskiwali niezłe rezultaty, a  czasem próbki o wręcz doskonałej jakości dostarczali (jak w przypadku grafenu) do laboratoriów przyszłych noblistów.   

Pracownicy Instytutu, mając do dyspozycji nowoczesne urządzenia technologiczne, jak widzimy, swoje zainteresowania lokowali w najnowszej na świecie tematyce. Dzięki temu łatwiej znajdowali zainteresowanie i współpracę w kraju i za granicą. Ułatwiało to zdobywanie finansowania na zgłaszane przez nich projekty. 

Do tej grupy niewątpliwie należą tzw. meta materiały, w zakresie których specjalizuje się od pewnego już czasu dr hab. Dorota Pawlak. Ich wytwarzanie, badanie własności i zastosowania były przedmiotem dużego, realizowanego najpierw w ramach programu badawczego Unii Europejskiej, a następnie w USA programu „Noval Metamaterials and Plasmonic Materials Properties Enabled by Dirfectional Eutectic Solidification (NOE), do realizacji którego instytut i osobiście dr hab. D. Pawlak zostali zaproszeni. Warto zaznaczyć, że program finansowany był przez Air Force Office for Scientific Research.

Obecnie dalsze badania w powyższej tematyce są prowadzone w ramach międzypaństwowego projektu europejskiego: „Teaming for Excelance Ensamble”, którym kieruje dr hab. D. Pawlak. Finansowanie badań jest na poziomie 30 mln. €.

Jako interesujący się optoelektroniką nie mogę pominąć prowadzonych w instytucie istotnych prac z tego zakresu. W tematyce fotonicznej, głównie dotyczącej technologii i zastosowań światłowodów, specjalizuje się zespół pod kierownictwem prof. Ryszarda Buczyńskiego. O wartości merytorycznej tych prac świadczy przyjęcie instytutu jako wykonawcy w programie „Access Center for Photonic Innovation and Technology Support”. Temat realizowany jest w zespole pod kierownictwem prof. R. Buczyńskiego.

Przezroczystymi ceramikami zainteresowano się w instytucie praktycznie równolegle z pojawiającymi się pierwszymi publikacjami w Japonii.  Interesowałem się tym kierunkiem badań. O ile pamiętam, namawiałem dyrektora, by spróbować zająć się tym zagadnieniem. Przezroczysta ceramika YAG nadaje się na osnowę do laserów ciała stałego, a wytwarzać ją było można w kształtach przydatnych dla nietypowych laserów. Japończycy proponowali wytwarzać z niej dyski o dużych przekrojach dla laserów stosowanych w systemach laserowej syntezy termojądrowej. Nie namawiałem do powrotu do tej tematyki w Polsce, ale lasery o tzw. aktywnych zwierciadłach można było z pomocą ceramiki YAG domieszkowanej neodymem albo Iterbem budować. Przezroczysta ceramika mogła być także przydatna jako okienka o wysokiej odporności mechanicznej i termicznej, np. w militarnych urządzeniach optoelektronicznych. Podjęte prace badawcze w ITME przyniosły pozytywne rezultaty. Ostatnio ceramikami YAG domieszkowanymi tulem (Tm) i holmem (Ho) zajmował się zespół kierowany przez bardzo uzdolnioną  dr Annę Wajler. Niestety, jak się dowiedziałem w roku 2018 zarówno dr Anna Wajler, jak i współpracowniczki (dr Magdalena Nakielska, dr Agata Sidorowicz dr Katarzyna Jach) odeszły z instytutu. Nie chce się wierzyć, że wraz z ich odejściem tematyka przezroczystych ceramik w ITME pewno wygaśnie.

Należy zauważyć, że większość opisanych powyżej działań w instytucie miało miejsce w czasie sprawowania funkcji dyrektora Instytutu przez dr. Zygmunta Łuczyńskiego. Funkcję dyrektora ITME dr Z. Łuczyński przejął od prof. Wiesława Marciniaka w roku 1994 i pełnił do końca roku 2014. Był pierwszym dyrektorem, który  awansował na to stanowisko spośród pracowników instytutu (pracował w Instytucie już przeszło dziesięć lat, w tym pięć lat na stanowisku kierownika Zakładu Technologii Monokryształów Tlenkowych). Nie miał habilitacji  i o ile wiem, mimo posiadanego dorobku naukowego, z pewnymi problemami uzyskał aprobatę swojej kandydatury u przewodniczącego rady naukowej instytutu, którym był wtedy znany mi także z pracy w WAT prof. Bohdan Ciszewski. Prof. B. Ciszewski był zdania, że funkcję dyrektora takiego instytutu powinien pełnić tytularny profesor lub co najmniej doktor habilitowany. 

Zgodnie z obowiązującymi wtedy przepisami[11] przy wyborze dyrektora głos decydujący miała Rada Naukowa instytutu. Warto podkreślić, ze w tym czasie wszyscy członkowie Rady Naukowej, także niezatrudnieni w Instytucie, pochodzili z wyboru przez pracowników Instytutu. W ten sposób pracownicy instytutów uzyskiwali mandat do decydowania o swoich najważniejszych sprawach. Jednocześnie zwracano bardzo wielką uwagę na kwalifikacje kandydatów na dyrektorów instytutu.

Konkurs na wybór dyrektora ogłaszała Rada Naukowa Instytutu. Komisja  Konkursowa składała się z 7 członków i obejmowała: 2 członków KBN (w tym jeden pracownik nauki, członek komitetu), 2 pracowników ministerstwa nadzorującego instytut, 3 wybranych przez Radę Naukową przedstawicieli pracowników instytutu. Zadaniem Komisji było wyłonienie spośród zgłoszonych kandydatów osobę najlepiej spełniającą wymagania stawiane dyrektorom i przedstawienia go Radzie do zatwierdzenia. 

Decyzja Rady Instytutu w sprawie wyboru dyrektora miała dla Ministra charakter wiążący. Jeśli przedstawiony przez Komisję kandydat nie uzyskał akceptacji Rady, konkurs należało powtórzyć. Rola Ministra ograniczała się do zatwierdzenia wyniku postępowania konkursowego i wręczenia nominacji wybranemu przez Radę Naukową kandydatowi. 

Udział lokalnej społeczności w wyborze dyrektorów stanowi pomoc dla władz, a nie ograniczenia uprawnień ministra. Jego zasadniczym zadaniem jest dbałość o przestrzeganie procedur w trakcie wyborów i zapewnienie w przyszłości podległej jednostce badawczej pełnego wykorzystania zgromadzonej w niej aparatury oraz wiedzy i kompetencji załogi. Zakładam przy tym, że nadzorujący minister ma świadomość zadań, jakimi obarcza podległy mu instytut.

Dr. Z. Łuczyński, chcąc być wybranym na dyrektora instytutu, musiał przekonać Radę Naukową instytutu i oczywiście jej przewodniczącego o posiadaniu kompetencji do sprawowania tej funkcji. Rzeczywiście prof. Ciszewski zmienił zdanie, gdy uświadomiono mu, że kandydat na dyrektora habilitacji nie mógł zrobić, mimo że po doktoracie był współautorem ponad 20 publikacji w międzynarodowych czasopismach naukowych. W stanie wojennym po rocznym pobycie w ośrodku dla Internowanych usytuowanym w Areszcie Śledczym w Białołęce (decyzją Komendanta Stołecznej MO gen. Ćwieka zabroniono mu posiadania w celi literatury naukowej) wyrzucono go z pracy w Instytucie Badań Jądrowych z tzw. wilczym biletem zabraniającym zatrudnienia we wszystkich placówkach naukowych zajmujących się atomistyką w Polsce. Nie bez znaczenia był także fakt, że odbył roczny staż na Uniwersytecie Laval w Kanadzie, a w ITME zmienił pole zainteresowań. Ostatecznie Rada Naukowa w głosowaniu poparła kandydaturę dr. Z. Łuczyńskiego i został on dyrektorem Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych.

Dyrektorem był, jak łatwo obliczyć, przeszło 20 lat. Znaczącą część tego okresu byłem pracownikiem Instytutu. Czy mogę, czy powinienem próbować dokonać oceny dyrektora, którego przez ostatnie kilka lat byłem doradcą? 

Sadzę, że tak. Łączyły nas wyłącznie stosunki służbowe. Przede wszystkim pracownikiem instytutu zostałem jakby z obowiązku, w wyniku wymogów KBN. Zostałem wyznaczony kierownikiem programu badawczego zamawianego (PBZ 023 10) realizowanego w ITME i zgodnie z zasadami powinienem być etatowym pracownikiem tej instytucji. Po zakończeniu programu zespół koordynacyjny wystąpił o ustanowienie nowego programu będącego kontynuacją poprzedniego. Utworzony następny PBZ- MIN 009/T11/2003 pt. “Elementy i moduły optoelektroniczne do zastosowań w medycynie, przemyśle, ochronie środowiska i technice wojskowej” był również realizowany w ITME i także byłem jego kierownikiem. Po jego rozliczeniu, stwierdzając, że wykonałem zadania wynikające z zajmowanego etatu, zaproponowałem odejście z pracy. Dopiero wtedy otrzymałem propozycję pozostania nadal pracownikiem Instytutu w roli doradcy dyrektora. Zgodziłem się.

Ta praca interesowała mnie z merytorycznego punktu widzenia, a nie z powodu pensji. Mimo tak długiego zatrudnienia w instytucie, czułem się jakby obserwatorem z zewnątrz. W końcowym etapie byłem tylko doradcą dyrektora, a moja egzystencja nie zależała od kondycji instytutu. Chcę przez to powiedzieć, że dotychczasowym opisem dokonując pewnego rodzaju oceny instytutu i zarazem jej dyrektora, jestem w stanie zachować wymaganą niezależność i bezstronność.  

            Po zakończeniu każdej, trwającej 5 lat kadencji dr Łuczyński przystępował do kolejnych konkursów, które bez problemu wygrywał. Powodem, jak się wydaje, był fakt, że Instytut szybko przestał mieć problemy finansowe (roczne bilanse finansowe były dodatnie)[12]. Na dodatek merytorycznie Instytut osiągał coraz wyższą pozycję. Na liście krajowych instytucji oceniających (Komitet Badań Naukowych, Ministerstwo Nauki, Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych) zajmował nieprzerwanie kategorię A. Nie stwarzał tym samym żadnych problemów nadrzędnej jednostce zarządzającej, tj. ministerstwu gospodarki.

Chcąc ocenić naukowe wyniki, warto skorzystać z bardziej obiektywnych klasyfikacji międzynarodowych. Jedną z nich jest ranking w bazie SCOPUS.  Scopus jest naukową bazą danych prowadzoną przez holenderskie wydawnictwo Elsevier w oparciu o metodę opracowaną w szwedzkim Karolinska Institutet. Baza zawiera informacje o opublikowanych pracach naukowych, takich jak artykuły w czasopismach naukowych, książki, materiały konferencyjne, otrzymane patenty i ich cytowania. Instytut oceniony według tej metody w 2013 roku uplasował się na dziewiątej pozycji wśród wszystkich krajowych placówek naukowych. Wyżej ocenione były jedynie Uniwersytety Jagielloński i Warszawski, Politechnika Warszawska, Polska Akademia Nauk jako całość i 4 instytuty PAN. W takim razie ITME został najwyżej sklasyfikowany wśród polskich instytutów badawczych. Nie tylko. Sklasyfikowany został wyżej niż niektóre krajowe politechniki i wyżej niż WAT jako całość. 

15 listopada 2014 roku kończył się dla dr. Z. Łuczyńskiego kolejny pięcioletni okres sprawowania funkcji dyrektora. Słyszałem, że zamierza podobno wystąpić jeszcze o jedną kadencję, w czasie której zajmie się znalezieniem swojego następcy. Miałem wrażenie, że chce poszukiwać kandydata wewnątrz instytutu. Wydawało mi się to logiczne.

Najbliższe zdarzenia wykazały, jak dalece się myliłem. Postępowanie konkursowe przy powoływaniu dyrektora instytutu  badawczego uległo w międzyczasie modyfikacji. Uregulowane zostało w 2010 r. ustawą o instytutach badawczych i wydanym na jej podstawie rozporządzeniem Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.[13]W myśl tych przepisów Rada Naukowa instytutu powołuje pięcioosobową komisję konkursową, w skład której wchodzą oprócz dwóch przedstawicieli Instytutu wybranych przez Radę Naukową po jednym przedstawicielu delegowanych przez: MNiSzW, ministerstwa nadzorującego instytut (w tym przypadku Ministra Gospodarki) i Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych. Po zakończeniu postępowania Komisja Konkursowa podejmuje uchwałę o przeprowadzeniu konkursu i wraz z opinią Rady Naukowej dotyczącej wyłonionego kandydata przedstawia go Ministrowi celem powołania na funkcję dyrektora. Nowością w obecnej procedurze jest to, że ministrowi przedstawia się tylko opinię Rady Naukowej o kandydacie na dyrektora, która już nie jest dla ministra wiążąca. Nie uchwała Rady Naukowej stanowi o wyborze dyrektora, a decyzja ministra. Rada Naukowa tylko opiniuje kandydata. Jednak Rada Naukowa (nie Minister) może podjąć uchwałę o unieważnieniu konkursu w dwóch przypadkach:

  1. gdy postępowanie konkursowe narusza przepisy ww. rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego,
  2. gdy warunki formalne przystąpienia do konkursu spełniło mniej niż dwóch kandydatów.

Tak drobiazgowe przytaczanie stosownych przepisów prawnych będzie miało, jak się wkrótce okaże, swoje uzasadnienie.

            W październiku 2014 r. Rada Naukowa Instytutu kierowana w tym czasie przez prof. Władysława Włosińskiego powołała Komisję Konkursową. W jej skład ze strony instytutu weszli prof. Wiesław Marciniak i prof. Jacek Baranowski. KEJN reprezentowała pani profesor fizyki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaś  przewodniczącym Komisji został naczelnik w Ministerstwie Gospodarki Henryk Nastalski. 

Do konkursu oprócz ubiegającego się o reelekcję  dyrektora zgłosiło się jeszcze trzech kandydatów. Na pierwszym tzw. formalnym etapie konkursu, w którym oceniane są dokumenty kandydatów odpadł jeden prof. Politechniki Warszawskiej Krzysztof Zdunek. Do następnego etapu, w którym oceniana jest znajomość języka obcego, koncepcja kierowania Instytutem i znajomość przepisów, przystąpiły więc łącznie trzy osoby. Jeden z kandydatów nie uzyskał zadowalającej oceny ze znajomości języka obcego, drugi ten warunek spełnił, przedstawił swoją koncepcję kierowania instytutem, po czym zrezygnował z dalszego uczestnictwa w konkursie. Jak z tego widać, dokumenty obydwu tych kandydatów spełniały warunki konkursu i zaliczyli oni pierwszy jego etap. Dr Z. Łuczyński przeszedł przez obydwa etapy i Komisja Konkursowa uchwałą z dn. 17.10.2014 r. podpisaną przez przewodniczącego Komisji Henryka Nastalskiego przestawiła jego osobę Ministrowi Gospodarki jako wybranego kandydata na stanowisko dyrektora Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych. Do swojej uchwały Komisja załączyła uchwałę Nr 26/2014. Rady Naukowej Instytutu, w której stwierdza się, że praca Komisji Konkursowej była zgodna z rozporządzenie MNiSzW z dn. 28.10.2010 r. w sprawie sposobu i trybu przeprowadzania konkursu na stanowisko dyrektora instytutu badawczego. Rada stwierdziła ponadto (cytuję):  „że przyjmuje z zadowoleniem wyniki prac Komisji i pozytywnie opiniuje kandydaturę dr. Zygmunta Łuczyńskiego na stanowisko Dyrektora ITME ze względu na wysoką ocenę jego dotychczasowej pracy na tym stanowisku”.

            Tu wszyscy powinni odetchnąć z ulgą i w zasadzie, gdy idzie o pracowników instytutu, tak było. Tymczasem na pismo ministra zatwierdzające wybór dyrektora stosunkowo długo czekano. Minister Gospodarki Janusz Piechociński pismem DNP IV-124-2/24/24 z 4.11.2014. poinformował Przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu prof. W. Włosińskiego o odmowie powołania dr. Zygmunta Łuczyńskiego na stanowisko dyrektora ITME. Formalnym powodem odmowy było, że (cytuję za pismem ministra): „komisja konkursowa dokonała oceny wiedzy i predyspozycji tylko jednego kandydata do kierowania instytutem”.

To był szok i tak był odebrany wśród instytutowej społeczności. Widać było, że minister posłużył się  pretekstem, który był:

  1. nieprawdziwy; był kandydat, który odpadł na skutek niedostatecznej znajomości języka obcego, a więc już w trakcie drugiego etapu konkursu i następny, który zrezygnował z dalszych etapów już po jego akceptacji jako kandydata i sprawdzeniu stopnia znajomości języka obcego[14],
  2. niezgodny z prawem; to Rada Naukowe Instytutu, a nie minister, mogła unieważnić konkurs[15].

Czy takie działania ministra są możliwe? Okazuje się, że tak. Spotkałem się z tym wcześniej. Był taki okres, gdy zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym rektor WAT nie był naznaczany przez ministra Obrony Narodowej, a wybierany przez tzw. kolegium elektorów i na tej podstawie mianowany przez ministra na to stanowisko. Oczywiście nigdy Minister ON (najpierw R. Sikorski, później B. Klich) nie dopuścili do przeprowadzenia aktu wyboru. Jeden z prawników wyjaśnił mi wtedy, że jeżeli jakieś zarządzenie ministra wejdzie w życie, to staje się faktem, mimo że niekoniecznie musi być zgodne z obowiązującym prawem. 

W takim razie minister J. Piechociński, postępując w sposób opisany powyżej, postanowił doprowadzić do zaistnienia faktów dokonanych i nie dopuścić do objęcia funkcji dyrektora ITME przez wybranego zgodnie z prawem dr. Z. Łuczyńskiego. Pytanie dlaczego? Tu pozwalam sobie nieco podyskutować z Panem Ministrem.

Jeden z moich dobrych znajomych, a znakomitych profesorów z WAT, powiedział mi kiedyś, że  tak długie przebywanie na  dyrektorskim stanowisku (dr Łuczyński był około 20 lat) na pewno prowadzi do rutyny. Zmiana jest pożądana i może być korzystna dla kierowanej instytucji. Osobiście  w sprawach rutyny nie mam wiedzy i wyrobionego zdania, natomiast wiem, że każda zmiana nie może, ale powinna być korzystna dla kierowanej instytucji. Jeżeli tego nie zapewniamy, to nie ma sensu dokonywać zmian. Przy obsadzaniu stanowiska kierowniczego jakiejkolwiek organizacji jej dobro powinno być zasadą naczelną.  

W szczególności powinno to dotyczyć instytucji naukowej takiej jak ITME, wyposażonej w wielkiej wartości aparaturę technologiczną i pomiarową.  

Na tej robocie trochę się znam i mogę zabierać głos. Przynajmniej tak mi się wydaje. Gabinet dyrektora instytutu naukowego to nie miejsce pracy dla dowolnie wybranej osoby. Dyrektor powinien być fachowcem przynajmniej w jednej z dziedzin, w której instytut się specjalizuje. Najważniejsze, by zdawał sobie sprawę, w jakich zagadnieniach pracownicy instytutu uzbrojeni w posiadaną aparaturę mają kompetencje do rozwiązywania problemów badawczych. Wybór tych problemów to najważniejsze zadanie, jakie przed nim stoi. Przede wszystkim dobrze jest, gdy istnieje odbiorca oczekujący na wyniki podejmowanych badań. Jeżeli takowego nie ma, jego (dyrektora) rola jest jeszcze bardziej odpowiedzialna. Powinien zaproponować lub zaakceptować propozycje tematów dla poszczególnych zespołów dostatecznie nośnych naukowo, a ponadto przydatnych praktycznie i to najlepiej biorąc pod uwagę realne, miejscowe warunki gospodarcze. To nie zajmowanie etatu, a sprawowanie pewnej misji. Patrząc na ten nieco wyidealizowany portret  dyrektora instytutu badawczego, chcę podkreślić, że jego rola jest niezwykle ważna, znacząca. W realnych warunkach instytutu badawczego jego dyrektor powinien być postacią zbliżoną do przedstawionej powyżej wyidealizowanej postaci. 

Na ministrze powołującym na to stanowisko kandydata spoczywa nie mniejsza, a moim zdaniem większa odpowiedzialność. Musi wiedzieć, że w instytucji tej pracuje czasem znaczna liczba osób i spoczywają na niej (instytucji) określone zadania. Na wyznaczonego przez siebie dyrektora nakłada liczne obowiązki. Do podjęcia ich potrzebna jest nie tylko „chęć szczera”, ale przede wszystkim wiedza i predyspozycje. Te powinny być skrzętnie sprawdzone. Do tego celu ma być pomocna powoływana komisja konkursowa. Nie zdejmuje ona z ministra odpowiedzialności za osobowość nominowanego dyrektora. Więcej, uważam, że to on w głównej mierze za wybór odpowiada. Nic dziwnego, jest przecież bezpośrednim przełożonym powoływanego dyrektora. Ten ma zarządzać (jak w przypadku ITME) dużą i ważną organizacją  naukową, dodatkowo wyposażoną w aparaturę technologiczną i pomiarową o ogromnej wartości. Ta powinna być z pożytkiem wykorzystywana. Nie może, nie powinna ona marnować się brakiem właściwego wykorzystywania. 

Przypadek, którego byłem świadkiem w ITME, wskazuje, że w mechanizmie powoływania dyrektora zaistniała jakaś skaza. Brak zrozumienia pomiędzy zwierzchnią władzą w ministerstwie a załogą podległej instytucji. Pracownicy instytutu badawczego nie pracują w nim wyłącznie w celu zarabiania pieniędzy. Związek pomiędzy zakładem pracy a załogą ma tu głębszy sens. Parający się badaniami naukowymi pracownicy latami gromadzą dorobek w danej dziedzinie, by w odpowiednim momencie móc posłużyć się nim w celu formalnego podwyższenia kwalifikacji: zdobycie stopnia doktora, doktora habilitowanego lub tytułu profesora. Zdobywanie coraz wyższych, formalnie potwierdzonych, kwalifikacji wpisane jest w zawód naukowca. Jego prestiż osobisty jest mierzony także prestiżem miejsca pracy. To dlatego wiążemy się silniej z instytucją w której pracujemy i nią się chwalimy. Dotyczy to wszystkich, od dyrektora, poprzez profesorów do asystenta włącznie. To zdrowy odruch. Tak być powinno.

Nie należy się dziwić, że niezatwierdzenie przez ministra wyboru dyrektora wywołało wśród pracowników „trzęsienie ziemi”. Pierwsza zareagowała Rada Naukowa instytutu. Pismem z dn. 20.11.2014. na podstawie jednomyślnie podjętej uchwały wystąpiła do ministra o reasumpcję decyzji o  odmowie powołania wybranego dyrektora, stwierdzając, że w przedmiotowej sprawie nie doszło do naruszenia prawa, a kandydat wyłoniony w konkursie spełnia wymagane przez ustawę kryteria. Biorąc pod uwagę istniejące wtedy przepisy, że tylko Rada może unieważnić konkurs, prośba wyrażona w piśmie ma głębszą wymowę. 

Do tego stanowiska dołączyła Rada Główna Instytutów Badawczych, która w piśmie do Wicepremiera, Ministra Gospodarki z dn. 5.12.2014 r. poparła argumenty Rady Naukowej Instytutu. Wkrótce załoga Instytutu zdecydowała się na desperacki krok i w liście otwartym do wicepremiera J. Piechocińskiego podpisanym przez 160 pracowników instytutu ponowiła prośbę o reasumpcję odmownej decyzji w przedmiotowej sprawie. Na próżno. Argumentując identycznie jak poprzednio, Wicepremier i Minister Gospodarki Janusz Piechociński pismem DNP-IV-124-2/33/14 podtrzymuje wcześniejszą, odmowną decyzję. 

            Zwykły szeregowy pracownik instytutu taki jak ja, zastanawiał się, dlaczego z taką determinacją minister stara się zmienić dyrektora jednego z podległych mu instytutów. Posunął się przecież do kroków niezgodnych z obowiązującymi wtedy przepisami.

Dlaczego pracownicy instytutu bronili swojego, sprawdzonego wieloletnią służbą dla swojej instytucji dyrektora, starałem się wcześniej uzasadnić. Zrozumiała jest dla mnie także reakcja Rady Głównej Instytutów Badawczych. Złożona była z dyrektorów innych instytutów badawczych i podobna samowola (przecież niezgodna z prawem) mogła również ich czekać w przyszłości. 

Starałem się dociec racji ministra. Chyba musiał stracić zaufanie do urzędującego dyrektora i mieć na jego miejsce innego godnego następcę. Rzeczywiście w ogłoszonym ponownym konkursie wystartował nowy kandydat, absolwent Politechniki Warszawskiej, chemik, dr Ireneusz Marciniak. Czyżby to był ów godny zastąpienia obecnego dyrektora kandydat?  

W konkursie, po sprawdzeniu, że na możliwej w takich razach drodze w sądzie pracy może co najwyżej uzyskać odszkodowanie finansowe (od Instytutu), zdecydował się ponownie wystartować ustępujący dyrektor dr Z. Łuczyński. Tym razem zadbano jednak, by jego szanse zminimalizować. Technologia, jaką w takich razach się stosuje, jest powszechnie znana. Wykonawców też nietrudno znaleźć. Uparty dr. Z. Łuczyński był bez szans, chociaż wtedy jeszcze pewno o tym nie wiedział.   

W Komisji Konkursowej pojawiły się nowe osoby zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz instytutu. Z członków Rady Naukowej w skład Komisji weszła osoba mająca ambicje bycia zastępcą dyrektora ds. naukowych i rzeczywiście po wyborze nowego dyrektora (dr. Ireneusza Marciniaka) i objęciu przez niego z dniem 1 lipca 2015 r. stanowiska dyrektora ITME do pełnienia tej funkcji została powołana. Wygląda to podejrzanie. Może to jednak przypadek. Mogło się tak przecież zdarzyć. Z błędu wyprowadził mnie protokół pokontrolny z marca 2017 r. Ministerstwa Rozwoju (nazwa ministerstwa uległa w międzyczasie zmianie), w którym zarzucono dyrektorowi „niezgodne z prawem zatrudnienie w Instytucie pracowników urzędów państwowych zajmujących w nich wysokie stanowiska”. Sprawa dotyczyła pracownika Ministerstwa Gospodarki, naczelnika w Departamencie Jednostek Nadzorowanych i Podległych, który był przewodniczącym komisji konkursowej wyboru dyrektora ITME. Wkrótce po tym, jak przeszedł on na emeryturę natychmiast został zatrudniony w Instytucie na stanowisku Kierownika Działu Skarbu (co za nazwa!). Czyżby rzeczywiście nowy dyrektor instytutu miał do spłacania jakieś długi? 

            Dr Zygmunt Łuczyński powrócił, skąd wyszedł, czyli na etat adiunkta w Zakładzie Monokryształów Tlenkowych. Po dwóch miesiącach w ogłoszonych wtedy wyborach do Rady Naukowej Instytutu przeważającą liczbą głosów pracowników instytutu został wybrany na jej członka. Wcześniej jako dyrektor z mocy prawa członkiem rady być nie mógł. 

Z nowym dyrektorem rozmawiałem dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy zrobił zebranie wszystkich doradców dyrektora celem (jak przypuszczałem) zapoznania się z ich specjalizacją i (być może) możliwościami. Wtedy to stwierdziłem, że wśród doradców znalazł się również dr Z. Łuczyński. W międzyczasie został przeniesiony na to stanowisko. Przyjąłem to ze zrozumieniem. Gdyby się porozumieli, na pewno wyszłoby to instytutowi na dobre. 

Drugi raz dyrektor zaprosił mnie na rozmowę już indywidualnie, bez uczestnictwa osób trzecich. Rozmowa z dyrektorem zaskoczyła mnie. Bez zbędnego wstępu zapytał mnie, czego od niego oczekuję?  Wielokrotnie w życiu byłem angażowany do wypełnienia różnych zadań, czasem dość karkołomnych. Zawsze jednak oznajmiano mi, czego oczekują się ode mnie,  co mam zrobić. Przeważnie nie mówiono, jak mam to zrobić, ale zawsze co. Po raz pierwszy byłem zapytany czego oczekuję ja?

Proszę mnie zrozumieć. Mam fatalny PESEL zaczynający się liczbą 33. Mimo że czułem się względnie dobrze zarówno fizycznie, jak i umysłowo i mogłem (być może) jeszcze być przydatny, lecz już miałem ukończone przeszło 80 lat. Czego mogłem oczekiwać? Zgodnie z prawdą powiedziałem, że od dyrektora nie oczekuję już chyba nic. Tak zakończyła się nasza rozmowa i niestety moja przygoda z pracą  w ITME, bowiem wkrótce dowiedziałem się, że dyrektor zlikwidował stanowisko dorady dyrektora i wszyscy doradcy otrzymują z pracy wypowiedzenia. Swoje zwolnienie przewidywałem. Nie mogłem być doradcą wszystkich dyrektorów ITME, ale zwolnienie dr. Z. Łuczyńskiego zaskoczyło mnie. Czyżby nowy dyrektor przeniósł go na stanowisko doradcy dyrektora, by następnie zwolnić z pracy? To chyba była prawda, wszystko na to wskazywało. Kiedyś, wcześniej członka rady naukowej z mocy prawa nie można było zwolnić z pracy. Przepisu tego już nie ma. Teraz zwolnienia z pracy członka rady naukowej zakazuje jedynie przyzwoitość – to tak niewiele.

            Dyskutując dziś z Panem, Panie Ministrze, muszą wyznać, że zmodyfikowałem swój pogląd. Trudno obronić tezę, że na miejsce dyrektora instytutu, jak wtedy przypuszczałem, skierowana została osoba właściwa, godna. Przed pojawieniem się na stanowisku dyrektora ITME dr Ireneusz Marciniak był prezesem spółki Skarbu Państwa –  Mennicy Państwowej, a następnie prezesem takiej spółki w Grupie Azoty, kolejno najpierw w Policach, później w Kędzierzenie Koźlu. Wszędzie był odwoływany przez Rady Nadzorcze Spółek. Niestety, co było do przewidzenia, na dyrektora instytutu badawczego nadawał się jeszcze mniej. Wkrótce to udowodnił.  Spójrzmy na wynik finansowy Instytutu w kolejnych latach przed i po objęciu na początku 2015 r. stanowiska dyrektora przez dr. I. Marciniaka: 

W 2013 wynik finansowy + 432 210,87 zł; w 2014 wynik finansowy + 616 000 zł;

W 2015 wynik finansowy – 6 393 500 zł; w 2016 wynik finansowy – 5 507 700 zł.

Wyniki finansowe Instytutu w latach 2015 i 2016 to dzieło wybranego przez Pana Ministra nowego dyrektora ITME, a właściwie to Pana osobiste dzieło. Chciałbym wiedzieć, jaki był cel zamiany, jakiej dokonał Pan na stanowisku dyrektora ITME i czy cel ten został osiągnięty? To nie tylko moje pytanie. Pytają o to Pana wszyscy pracownicy instytutu, a właściwie obywatele naszego kraju, faktyczni właściciele środków, za które ten instytut przez prawie czterdzieści lat był budowany. 

W listopadzie 2015 przestał pan pełnić zaszczytną funkcję Wicepremiera i Ministra Gospodarki. W tym czasie dyrektor dr I. Marciniak po dwukrotnej bezskutecznej próbie opracowania planu naprawczego został w maju 2017 r. przez kolejnego przełożonego instytutu, Ministra Rozwoju, odwołany ze stanowiska dyrektora ITME. To wszystko. 

Proszę nam powiedzieć, czy w Polsce istnieje odpowiedzialność za podejmowane na tym szczeblu decyzje i w jakiej postaci?

Słyszałem takie porównanie, które wydaje mi się dość trafne. Naukowa instytucja jest jak angielski trawnik. Latami trzeba go pielęgnować (podlewać i często strzyc), ale przede wszystkim chronić przed nieuprawnionymi (depczącymi trawę) osobnikami.  W zgodzie z tym porównaniem można powiedzieć, że w 2015 r. w postaci nowego dyrektora na ten trawnik wpuścił Pan Minister buldożer. Mało, że nieudolnie zarządzał finansami i spowodował powstanie milionowych zadłużeń Instytutu, rozpoczął proces karygodnego eliminowania jego kadry naukowej. 

            Tu mała dygresja. Odtwarzanie kadry naukowej we wszystkich jednostkach badawczych realizowane jest metodą znaną od starożytności. To przekazywanie wiedzy od mistrza do ucznia. Doświadczeni, samodzielni pracownicy nauki (nie wszyscy, ale wielu) tworzą coś w rodzaju szkół, w których wykładając studentom, prowadząc badania i publikując otrzymywane wyniki, przygotowują swych współpracowników, młodszych adeptów tej dziedziny, by w przyszłości zostali ich następcami. To dlatego młodzi maja obowiązek zdobywania kolejnych stopni naukowych (doktora nauk, habilitacji – master of science, a w końcu tytułu profesora). W prawidłowo przebiegającym tego typu procesie nie może zabraknąć żadnego z tych elementów. Mistrzowie odchodzą pierwsi, chociażby na emeryturę. Dlatego nie może im brakować uczniów.  W naukach technicznych powinna być jeszcze zapewniona możliwość eksperymentowania. Powinni mieć zatem jeszcze dostęp do działającej aparatury. 

Po 2015 roku w ITME ten proces został zasadniczo zakłócony, a nawet przerwany z powodu niedotrzymania jednego lub więcej wymienionych powyżej względów . Nie wiem, czy wynikało to z powodu nierozumienia tego procesu przez dyrektora instytutu, czy (co gorsze) na skutek celowego działania.

W 2013 r. średnie zatrudnienie w Instytucie wynosiło 267,83 etatu, w tym pracowników naukowych 91,85, badawczo – technicznych 30,20, inżynieryjno-technicznych 108,54. 

W 2019 (tymi danymi dysponuję) zatrudnienie spadło do 186,85 etatu, czyli o ok. 30%. W kategorii pracowników naukowych spadek jest większy o 37% (z 90,40 do 57,0 etatu). Spadły także przeszło o 23% ich zarobki. W takim przypadku ludzie odchodzą z pracy. W sumie odeszło z instytutu 10 samodzielnych pracowników nauki i 18 doktorów. Najgorsze, że odchodzili ludzie najbardziej wartościowi. Znani i prężni, tacy, którzy najłatwiej znajdują pracę w innych instytucjach naukowych lub uczelniach.

Przejdźmy do szczegółów.  Już jesienią 2015 zlikwidowany został praktycznie cały Zakład Technologii Związków Półprzewodnikowych, a jego pracownicy dr Andrzej Hruban i dziewięciu jego współpracowników zwolnieni z pracy. To jedyny w Polsce zespół obeznany z technologią wytwarzania monokrystalicznych związków półprzewodnikowych. 

W tym czasie w Zakładzie prowadzono prace nad nowoczesną tematyką dotyczącą  technologii izolatorów topologicznych.  To nic, że dr A. Hruban  znalazł zatrudnienie w Instytucie Fizyki PAN, gdzie spokojnie dotrwa do emerytury. W ITME nie będzie już nikogo, kto byłby w stanie powrócić do technologii wytwarzania np. fosforku indu (InP) lub innych materiałów dla półprzewodnikowych źródeł światła (LED i DL).  To samo dotyczy węglika krzemu (SiC), kryształu o niezwykłych własnościach przydatnych dla wysokonapięciowej, odpornej na wysokie temperatury, elektroniki przyszłości dla przemysłu samochodowego, lotniczego i kosmicznego. Technologia otrzymywania kryształów SiC była w ITME daleko zaawansowana. 

Możemy mnożyć te utracone bezpowrotnie (tak przypuszczam) umiejętności. Zespół epitaksji  w 2017 został pozbawiony kierownictwa przez zwolnienie z pracy dr. Włodzimierza Strupińskiego. W konsekwencji z pracy odeszła większość jego współpracowników, co spowodowało, że podległy mu w instytucie zakład praktycznie przestał funkcjonować. 

Przestano sprowadzać materiały do epitaksji (związki metaloorganiczne) oraz odtwarzać aparaturę przez sprowadzanie zużywających się jej części. Warto przypomnieć, że dr W. Strupiński był autorem patentu na otrzymywanie grafenu na podłożach SiC i jednocześnie specjalistą nanoszenia go na folię miedzianą. Należy stąd przypuszczać, że instytut w ten sposób utracił zdolność wytwarzania epitaksjalnych warstw grafenowych?

Z pracy w instytucie odeszli także dr Andrzej Maląg, specjalista z zakresu projektowania laserów półprzewodnikowych i autor wielu publikacji z tej tematyki, a także dr hab. Lech Dobrzański – autor projektu wspomnianego już wcześniej tranzystora mikrofalowego. 

Zamierają nawet badania w zakładach poświęconych technologii otrzymywania i epitaksji krzemu. Jak było już wspomniane, utrzymywały się one ze sprzedaży nietypowych, nieoferowanych na rynku płytek krzemowych. Wyeksploatowana, nienaprawiana na czas aparatura technologiczna ulegała stopniowej degradacji, co skłoniło jedynego z tego zakresu specjalistę, dr. Jerzego Sarneckiego do przejścia na emeryturę. W ten sposób instytut zaprzestał działalności z zakresu krzemu. Z pamięci o prof. Janie Czochralskim, twórcy metody wytwarzania krzemu, pozostał w Polsce jedynie Rok 2013 imienia Jana Czochralskiego.

Za to w instytucie pojawili się specjaliści o nowym profilu. Nowi dyrektorzy (bardziej chyba następcy Ireneusza Marciniaka) rozbudowali komórki komercjalizacji i promocji wyników prac. Konfrontując to z powyżej opisanym „huraganem”, który wymiótł z instytutu merytoryczną  kadrę i spowodował praktycznie wygaszenie wszelkich badań, których wyniki ewentualnie można by było promować i komercjalizować, zachodzi pytanie, co oni mają robić?

            Na następnego dyrektora ITME Minister Rozwoju powołał dr. hab. Zbigniewa Matyjasa, profesora Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego[16]. Sądząc po uzyskanych przez instytut wynikach pod jego kierownictwem, dr hab. Z. Matyjas nadawał się na dyrektora ITME nie lepiej (raczej jeszcze gorzej) niż dyrektor poprzedni. Jako specjalista od zarządzania (na technice się nie znał), doszedł do wniosku, że najlepiej będzie instytut rozprzedać. Powody mogły być dwa:

  1. sprzedając najcenniejsze urządzenia z instytutu, zdobywał środki, a co ważniejsze, pozbywał się kłopotu  troski o ich użytkowanie,
  2. być może chciał zrealizować wcześniejszy zamiar przejęcia technologicznych urządzeń z ITME na Politechnikę Warszawską. Tam bowiem wybudowano pomieszczenia dla ośrodka technologicznego pod nazwą CEZAMAT, które dotąd, o ile się nie mylę, stoją puste. 

Nie wiem, który z tych powodów był prawdziwy. 

Łatwo chcieć sprzedać, trudniej to zrealizować. Na zakup tak cennych urządzeń, jakie są w ITME należy mieć odpowiednio duże środki. Gdyby były, to może lepiej byłoby kupić takie urządzenia nowe. Na co jednak handlowa głowa. Jeżeli chce się tanio przehandlować cenne „cacko”, należy zapakować je do „tekturowego pudełka” i sprzedać „tekturowe pudełko”. 

Pan dyrektor Z. Matyjas ogłosił, że chce sprzedać budynek, zapominając dodać, że w tym budynku zainstalowane są niezwykle drogie urządzenia technologiczne. Budynek wyceniony został na kilka milionów złotych, chociaż mieszczące się w nim urządzenia (z kosztami instalacji) były warte setki milionów złotych. To był świetny pomysł, ale nie wyszedł. Znaleźli się bowiem ludzie, którzy poinformowali prokuraturę o zamiarze popełnienia przestępstwa. Trzeba było ogłoszenie wycofać. Gdy nie było ogłoszenia, nie było przestępstwa. Wcześniej też był tylko zamiar. 

Dyrektor jako zarządzający instytutem wykazał się innymi nieprzeciętnymi zdolnościami. Pokażemy to na przykładzie uzyskanego w 2017 wyniku finansowego +15 145 739,17 zł. Ten nieprzeciętnie wysoki przychód instytut zawdzięcza prostej operacji księgowej. Instytut jest właścicielem niezabudowanej działki oznaczonej nr. 69/2 o nikłej dotąd wartości (ok. 300 000 zł.) wyznaczonej jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, gdy powstawała decyzja o budowie centrum polskiej elektroniki. Był to teren przeznaczony na rozbudowę instytutu.  

Działkę 69/2 wyodrębniono z pozycji „środki trwałe” i przekwalifikowano na „inwestycje długoterminowe”. Rzeczoznawca ocenił rynkową wartość działki  na 16 872 000 zł. i tą kwotę można było zanotować po stronie przychodów. Nawet ja potrafię wyliczyć, że bez tej operacji księgowej, instytut zamiast wielomilionowego przychodu w 2017 r. zanotowałby stratę – 1 726 260,83 zł.

Nie dziwię się dyrekcji instytutu. Zgodnie ze znanym porzekadłem: tonący chwyta się, czego może. Nie mogę jednak zrozumieć urzędników ministerstwa rozwoju, którzy ten wynik finansowy przyjęli, zaakceptowali. Przecież z racji tych „machinacji księgowych” nie przybył w kasie instytutu nawet „złamany grosz” i wykazana strata musiała być pokryta z budżetu.

W roku 2018 powtórzono ten manewr. Zaktualizowano wartość tej działki i doliczono do przychodu instytutu dalsze 2 396 000 zł. W ten sposób w 2018 r. odnotował on także wynik finansowy dodatni. I tak dalej. Nie będę zanudzał czytelników przytaczaniem kolejnych liczb. Chętni mogą zaspokoić ciekawość, sięgając do sprawozdań finansowych ITME za odpowiednie lata[17].  

W końcu 2019 r. Z. Matyjas zrezygnował z dalszego bycia dyrektorem ITME. W roku 2020 zastąpił go na tym stanowisku dr Karol Zielonka – specjalista w dziedzinie wypadków drogowych, wcześniej pracujący w Przemysłowym Instytucie Motoryzacji. Już nikt nawet nie udaje, że wyznaczani dyrektorzy ITME wiedzą cokolwiek o elektronice lub optoelektronice i technologii wytwarzania dla nich materiałów. Nowo wyznaczony dyrektor ITME oczywiście nie odpowiada za doliczenie do przychodu instytutu w latach ubiegłych na nowo szacowanych wartości działki 69/2. Jednak sprawozdanie finansowe za rok 2019 podpisał, jakby machinacji z dopisywaniem wartości tej działki do dochodu instytutu nie zauważył. 

            Czy działania dyrektorów ITME odbiły się na jego wynikach naukowych? Niewątpliwie tak, chociaż wskaźniki SCOPUS na dany rok zbierane są z kilku lat ubiegłych. Pogorszenie się wskaźników widoczne jest dopiero po upływie pewnego czasu. W 2019 dało się już to zauważyć. Instytut w kraju z pozycji 9. w 2013 roku spadł w 2019 na pozycję 18. W rankingu międzynarodowym spadek był bardziej widoczny: z pozycji 363. na 602. To jeszcze nie najgorzej, pamiętając, że ranking SCOPUS do rangi placówek naukowych zalicza ponad 7000 uczelni i instytutów badawczych na świecie. Trend spadkowy jest już widoczny.

Dalszego spadku nie będzie. Instytut został włączony do Sieci Badawczej Łukasiewicz, a od 1.10.2020 połączony z Instytutem Technologii Elektronowej utworzył nową jednostkę naukową pod nazwą Instytut Mikroelektroniki i Fotoniki (IMiF). Jak poinformował Prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz[18], dyrektorem tego instytutu ma zostać dr Bolesław Kołodziejczyk. Dr B. Kołodziejczyk pracował w amerykańskiej firmie deweloperskiej w Warszawie i zajmował się zarządzaniem nieruchomościami. Mało prawdopodobne, by miał wiedzę w zakresie technologii materiałów elektronicznych lub optoelektronicznych, ale w nazwie nowego instytutu te określenia już nie występują.

            W naszej relacji pojawiła się nowa nazwa: Sieć Badawcza Łukasiewicz. Przedziwnych nazw organizacji zrzeszających instytuty badawcze pojawiało dotychczas wiele. Mieliśmy już klastry, konsorcja oraz ich połączenia zwane Centrami Zaawansowanych Technologii. Tworzone były wybrane kierunki rozwoju poszczególnych dziedzin w postaci Krajowych Inteligentnych Specjalizacji. 

Wszystkie te nazwy zapożyczaliśmy od naszych sąsiadów, gdzie służyły do łatwiejszej organizacji zespołów zdolnych do opracowywania pojawiających się potrzebnych tematów prac badawczych. Powoływaliśmy chętnie i w nadmiarze organizacje o tych nazwach. Nie wiem, na ile dopomogły one w organizacji zespołów do rozwiązywania ważnych tematów u naszych sąsiadów? U nas nie pomogły, gdyż przede wszystkim nie miały skąd pojawiać się te potrzebne, palące tematy[19]. Wszystkie te organizacje miały wspólną cechę. Nie zmieniały statusu i podległości instytutów. U nas cały czas uważano, że jest ich (instytutów) za dużo. Nadzorujący je ministrowie nie mieli pomysłu jak je wykorzystać i stwarzały im tylko kłopot. 

Sieć Badawcza ma również niepolskie korzenie. Do praktyki krajowej wprowadził ją Wicepremier, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin. Był to jeden z etapów jego reorganizacji nauki i prac badawczych w Polsce. Ustawa o Sieci Badawczej Łukasiewicz zastała uchwalona 21 lutego 2019. Zasadnicze cele powołania Sieci były szczytne:

  1. prowadzenie badań aplikacyjnych i prac rozwojowych, a w uzasadnionych przypadkach także badań podstawowych, w tym na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa, szczególnie ważnych dla realizacji: a) polityki gospodarczej i innowacyjnej państwa określonej w strategiach rozwoju
  2. transfer wiedzy oraz wdrażanie wyników badań naukowych i prac rozwojowych, o których mowa w pkt 1, do gospodarki,…

W ramach centrum działa Rada, w skład której wchodzą kompetentni członkowie rządu:

1) Przewodniczący w randze sekretarza albo podsekretarza stanu powoływany przez ministra do spraw gospodarki.

2) 6 członków, w tym:

a) członek wskazany przez ministra właściwego do spraw energii,

b) 2 członków wskazanych przez ministra właściwego do spraw gospodarki,

c) członek wskazany przez ministra właściwego do spraw informatyzacji,

d) członek wskazany przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki;

e) członek wskazany przez ministra właściwego do spraw klimatu.

Pierwszym i zasadniczym zadaniem Rady jest:

1) coroczne wyznaczanie kierunków działalności Sieci oraz – w ramach tych kierunków – tematyki projektów badawczych realizowanych przez Centrum Łukasiewicz i instytuty Sieci

W sieci zaistniał więc zespół wyznaczający kierunki i tematy opracowań istotne dla rozwoju gospodarczego kraju[20]. Ma on (i dobrze) także funkcje kontrolne, o których nie ma potrzeby się tu rozpisywać. 

Istnienie takiego zespołu bardzo cieszy szczególnie tych (ja do nich należałem i należę), którzy latami obserwowali marnotrawienie potencjału instytutów badawczych, zgromadzonego tam sprzętu i zatrudnionych ludzi. 

Od wyznaczenia potrzeby naukowego rozpracowania jakiegoś zagadnienia do prawidłowego sformułowania zadania naukowego jest jednak dość daleka droga. Wymagana jest w tym celu pogłębiona analiza aktualnego stanu techniki w tej sprawie i wiedza dotycząca możliwych do zastosowania rozwiązań. Dyrektor Sieci dysponuje wprawdzie Zespołem Ekspertów, ale skład zespołu w konfrontacji z bogactwem możliwych do pojawienia się szczegółowych potrzeb sugerują, że ani Rada Sieci, ani Zespół Ekspertów tego zadania prawidłowo wykonać nie są w stanie.

Sądzę, że przed końcowym sformułowaniem właściwego tematu pracy badawczej potrzebny jest etap wstępny. Z udziałem przyszłych wykonawców zadania, konieczne jest prześledzenie wariantów realizacji zadania, ocena możliwości jego wykonania, a także określenie harmonogramu i wymaganych do tego celu nakładów. 

Po wnikliwych recenzjach wyniki opracowania etapu wstępnego stanowić mogą materiał, który Radzie Sieci, Zespołowi Doradców i w końcu Dyrektorowi Sieci pozwoli wynegocjować otworzenie dla tego zadania tematu pracy oraz wyznaczenie jego realizatora w postaci Instytutu lub zespołu złożonego z większej ich liczby.

Zgodnie z ustawą, podstawowymi zadaniami Centrum Sieci ma być:

  1. realizacja projektów badawczych;
  2. komercjalizacja;
  3. współpraca międzynarodowa w zakresie badań naukowych i prac rozwojowych oraz komercjalizacji.

Wszędzie w ustawie podkreślana jest, chyba słusznie, rola komercjalizacji wyników opracowań. To dobrze. Do tego celu trzeba mieć jednak interesujące wyniki, a nie powoływać, jak jest praktykowane, zastępców odpowiednich kierowników i podległym im komórek ds. komercjalizacji. Taki zabieg będzie na pewno nieskuteczny, a raczej śmieszny, 

Sieć Badawcza z jej celami i organizacją niewątpliwie jest ciekawym eksperymentem. Nie wiem, na ile sprawdziła się dotychczas nowa metoda wyznaczania pożądanych kierunków i tematów opracowań i ich realizacja. Ustawa działa już przeszło półtora roku. Wydawać by się mogło, że wdrażanie tych nowości powinno już być widać.  To co daje się zaobserwować, przynajmniej w instytutach, z którymi miałem do czynienia, nie napawa jednak optymizmem. 

Prawidłowe wyznaczanie tematyki prac badawczych dla rozwoju gospodarki wymaga wzmocnienia merytorycznego instytucji wchodzących w skład sieci, a nie ich osłabienie. 

Siłę merytoryczną instytutu sieci tworzą nie tylko jej pracownicy o statusie samodzielnych pracowników nauki, ale także merytorycznie przygotowane kierownictwo instytutu, a przede wszystkim ich kompetentne Rady Naukowe. Piszę celowo Rady Naukowe. Nie wiedzieć czemu wyznaczone przez ustawę składy i cele rad instytutów nie tworzą ciał, którym można by przypisać przymiotnik – naukowe. Rady instytutów powinny mieć większe uprawnienia, a do ich składu, oprócz wybranych głównie samodzielnych naukowych pracowników instytutu, powinni być zaproszeni znani specjaliści z dziedzin uprawianych w instytucie, w tym także z uczelni. Współpraca instytutów z uczelniami jest niezbędna. W instytutach powinni wykonywać prace dyplomowe absolwenci tych uczelni, a doktoranci móc wykonywać tam badania do swoich dysertacji. W tym miejscu ta ustawa jest, moim zdaniem, wadliwa i nie może przynieść pozytywnych rezultatów.

Praktyka, jaką obserwujemy na przykładzie chociażby ITME czy INOS, niestety to potwierdza. Wcześniej do ich Rad Naukowych zawsze byli zapraszani uznani naukowcy z dziedziny technologii materiałów elektronicznych i metrologii, a do kierowania instytutami powoływani byli merytorycznie przygotowani specjaliści. 

Temu, co się stało z ITME po roku 2015, gdy od tych zasad odstąpiono, poświęcone jest to opracowanie.  Obawiam się, by obecnie zarówno Instytut Optyki Stosowanej, jak i Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych połączone dość przypadkowo z innymi instytutami zostały zlikwidowane nie tylko formalnie, ale  i (niestety) tematycznie, merytorycznie. Nikt mi nie udowodni, że materiały robione w ITME nie są (nie będą) potrzebne naszej gospodarce. Są i będą. Gdy nie będziemy potrafili ich robić, a na to się zanosi, bo własnoręcznie do tego doprowadziliśmy, będziemy musieli je kupować. Tylko przestańmy wtedy nazywać się krajem o nowoczesnej, opartej o wiedzę, gospodarce.

            Zastanawiam się, czy proces degradacji istniejących w ITME umiejętności, kompetencji nie poszedł za daleko? Czy jest jeszcze do czego wracać, odbudowywać? Może rzeczywiście reforma instytutów badawczych udała się. Przestaną one istnieć i zawadzać. Takie czarne myśli przychodzą mi do głowy.

Nie wiem, do kogo się zwrócić z apelem o ratowanie tego, co pozostało. Czy mam zresztą takie możliwości? Główny animator wprowadzenia Sieci Badawczej Łukasiewicz Jarosław Gowin porzucił swoje dzieło bez sprawdzenia skutków działania swej reformy. Chyba pozostał tylko jeszcze premier. Zwracam się przeto do Pana, Panie Premierze. Czas nagli. W tych instytutach pozostał jeszcze szczątkowy potencjał, który może warto ratować i spróbować z pożytkiem dla kraju wykorzystać. 

Podziękowania:

Dziękuję dr Zygmuntowi Łuczyńskiemu za udostępnienie mi części materiałów źródłowych dotyczących Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych, w szczególności jego usunięcia ze stanowiska dyrektora instytutu.

                                                                                                Zdzisław Jankiewicz

###

Artykuł stanowi część cyklu. Drugą część artykułu można przeczytać tutaj.

###


[1] Więcej szczegółów dotyczących tych zagadnień można znaleźć w moich wcześniejszych publikacjach w SN.

[2] ITME produkowało w latach 70. pręty Nd:YAG na potrzeby dalmierzy czołgowych „Merida” – Z. Jankiewicz „Maser i laser” SN 2/20.

[3] Przed 1039 rokiem powstało w Polsce szereg instytutów np. Instytut Lotnictwa – 1926, Instytut Chemii Przemysłowej – 1926, Instytut Mechaniki Precyzyjnej – 1927, Państwowy Instytut Telekomunikacyjny  – 1934, których działalność reaktywowano po II wojnie światowej.

[4] Sejm RP ustanowił nawet rok 2013 rokiem Jana Czochralskiego.

[5]  Maser i laser (1) SN – 2/20.

[6] Zbigniew Piątek „Polski niebieski laser – wielki sukces czy manipulacja doskonała”, Elektronik, czerwiec 2006,    str. 16 – 33. 

[7] Zdzisław Jankiewicz „Niebieski laser i rządowe programy strategiczne”, Sprawy Nauki 8/20

[8] Instytucją powołującą ten pakiet projektów, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, kierowane było w tym czasie przez prof. Krzysztofa Kurzydłowskiego. 

[9] Rolę zastępcy ds. naukowych w instytucie (niezależnie od formalnej nazwy tej funkcji, bo ulegała zmianom) przez cały ten czas pełnił prof. Andrzej Jeleński.

[10] Do kupna ewentualnie jedynie w sprzęcie.

[11] Wiele z nich sięgało roku 1981 gdy w okresie „karnawału solidarności”, pod naciskiem pracowników nauki władze zgodziły się na znaczny stopień samorządności w nauce.

[12] Dodatni wynik bilansu wskazywał, że konieczne wydatki instytutu nie przewyższały osiąganych przychodów. Instytut zarabiał na swoje utrzymanie.

[13] W 2017 r ustawa o instytutach badawczych została znowelizowana i postępowanie konkursowe zastąpiono wyłącznie decyzją właściwego ministra.

[14] § 8 p. 1 i 2 rozporządzenia MNSziN z 28.10 2010.

[15] § 12 p. 2 tego rozporządzenia..

[16] Tym razem obyło się bez konkursu. Od roku 2017 dyrektorów instytutów badawczych powołuje samodzielnie nadzorujący minister również już bez udziału ich rad naukowych.

[17] Wioletta Balcerzak: „Analiza i ocena sytuacji ekonomiczno-finansowej w latach 2017-2019 w ITME na podstawie sprawozdań finansowych” 

[18] Dyrektorów instytutów składowych Sieci Badawczej Łukasiewicz powołuje jej prezes

[19] Pisałem o tym w Sprawach Nauki (SN 8/20)

[20] O braku wcześniej organu wyznaczającego niezbędna dla rozwoju gospodarki kierunki i tematy badań pisałem w Sprawach Nauki (SN 8/20).

15 Comments

Marian Teodorczyk

30 stycznia 2021 at 19:08 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze,
Po przeczytaniu Pańskiego artykułu doszedłem do wniosku, że mogę (jako uczestnik wydarzeń) uzupełnić Pana wiedzę na temat przejętego z CEMATU Wydziału Filtrów i dalszych jego losów w ITME.:
Wydział Filtrów w CEMAT 70 upadł w końcu 1991r. (kilka miesięcy po tym jak mnie stamtąd relegowano – zatrudnił mnie wtedy w ITME Pan Dr. Zygmunt Łuczyński – wówczas Kierownik Zakładu Materiałów Tlenkowych).
Z inicjatywy Dra Zygmunta Łuczyńskiego, Prof. Wiesława Marciniaka i dra Lecha Dobrzańskiego ITME przejęło Wydział Filtrów wraz z majątkiem i częścią załogi w lutym 1992 i kierowanie tym wydziałem w ITME powierzono ponownie mnie. Po ok. 3 miesiącach ponownego uruchomiania uszkodzonych urządzeń i technologii, oraz intensywnych działań marketingowych, Pracownia Filtrów osiągnęła docelowe zdolności produkcyjne i odzyskała krajowe rynki zbytu (fabryki telewizorów). Pracownia Filtrów miała wtedy status jednostki produkcyjnej w strukturze ITME( odrębny system księgowy i finansowy) a także miała dużą samodzielność w działaniach marketingowych i wdrożeniowych.
Pracownia wchodziła wtedy w skład zakładu dra Lecha Dobrzańskiego, który to miał również w swoim zakładzie m.in pracownię filtrów zajmującą się nowymi konstrukcjami i ich prototypowaniem, gdzie głównym konstruktorem był Pan magister, a późniejszy dr Piotr Nagłowski.
W końcu 1993 z Zakładu Pana Dobrzańskiego (m.in na mój wniosek) wyłączono obie pracownie zajmujące się filtrami z AFP ( ok 25 pracowników produkcyjnych i naukowych) i utworzono samodzielny Zakład Filtrów z AFP, którego kierowanie powierzono Panu profesorowi Waldemarowi Soluchowi, który wówczas był pracownikiem Zakładu Materiałów Tlenkowych ITME. Po stopniowym upadku firm telewizyjnych: WZT, Unimor, Biazet , DIORA, na rynku pojawiały się nowi odbiorcy : CURTIS Mława, PROELCO w Pruszczu Gdańskim, DAEWOO w Pruszkowie do których wynegocjowano i kontynuowano przez kilka kolejnych lat dostawy na poziomie kilkudziesięciu tysięcy szt. filtrów rocznie. Jednak silna konkurencja SIEMENSa odebrała ITME te rynki, Rozpoczęliśmy równolegle dostawy filtrów telewizyjnych na eksport do fabryk telewizorów: HORIZONT na Białorusi, OTF I OVP na Słowacji. oraz duże ilości do fabrycznego serwisu Philipsa. Filtry telewizyjne i profesjonalne do nadajników w sieciach kablowych i przekaźnikach telewizyjnych sprzedawane były do wielu firm krajowych, a także do Włoch, Niemiec, Czech, Słowacji, Węgier, Bułgarii. Przedłużyło to działalność produkcyjną do ok 2005r.Do 2019 r. utrzymywaliśmyy sprzedaż jednego z typów filtrów profesjonalnych do amerykańskiej firmy VECTRON.
Po wygaszeniu produkcji masowej filtrów potencjał pracowni został przeniesiony do Zakładu OPTOELEKTRONIKI. Realizowane były w nim zadania z zakresu diod laserowych w obydwu projektach PBZ kierowanych przez Profesora Zdzisława Jankiewicza ,oraz wiele innych projektów badawczych i wdrożeniowych realizowanych w ITME. Realizowano zadania z tematyki laserów półprzewodnikowych, “niebieskiej” optoelektroniki, ogniw słonecznych, fotokatalitycznego tlenku tytanu, aplikacji materiałów na bazie nanosrebra i grafenu płatkowego, a ostatnio przełączników fotokonduktancyjnych (we współpracy z WAT). Pracownia stała się wtedy ” zakładem usług technologicznych” dla wszystkich pozostałych zakładów i pracowni ITME oraz dla wielu krajowych instytutów badawczych i uczelni wyższych. Powstało przy tej okazji kilkanaście patentów krajowych i europejskich, oraz wiele publikacji i wystąpień konferencyjnych w kraju i za granicą. Same usługi technologiczne na rzecz jednostek zewnętrznych wynosiły ponad 100 tyś. zł rocznie. W pełni wykorzystany był potencjał technologiczny i pomiarowy, który był systematycznie uzupełniany z środków pozyskiwanych w realizowanych projektach badawczych i inwestycyjnych. Wartość zakupionej w tym czasie unikalnej aparatury przekroczyła kwotę 5 mln zł.
Po zwolnieniu z pracy w ITME Dyrektora Zygmunta Łuczyńskiego w 2015 r. ilość usług i projektów zaczęła systematycznie spadać ze względu na coraz to mniejszą ilość projektów i zwolnienie z pracy w ITME wielu wybitnych specjalistów zarówno naukowych jak i technicznych. Ze struktury ITME zniknęły Zakład Past Elektronicznych, część zakładu Dra Andrzeja Hrubana, Zakład Epitaksji Krzemu, oraz kilka pracowni z którymi “moja” Pracownia miała współpracę i wspólnie realizowane projekty. Zmiany organizacyjne z maja 2018r zlikwidowały Pracownię Technologii Podzespołów i doprowadziły do systematycznego wygaszania jej działalności. W niedługim czasie prawdopodobnie zniknie całkowicie ze struktur Ł- IMIF, tak jak zlikwidowana została Pracownia Projektowania i Pomiarów Diod Laserowych kierowana przez prof. Andrzeja Maląga, zwolnionego wcześniej ze stanowiska Kierownika Zakładu Optoelektroniki, a następnie zmuszonego do odejścia z pracy w ITME przez kierowniczkę Zakładu. Spowodowało to cichą likwidację w naszym Instytucie, badań nad rozwojem technologii diod laserowych dużych mocy optycznych na pasma w zakresie 800 – 2000nm i zmarnowanie potężnego potencjału konstrukcyjnego, technologicznego i pomiarowego, oraz co jest najważniejsze dużego doświadczenia badawczego zespołu konstrukcyjno-technologicznego, praktycznie już nie do odzyskania.
Dyrekcja ITME po roku 2015 zapomniała już dawno co to jest KAPITAŁ LUDZKI. Dotyczy to wszystkich 4 osób zajmujących to stanowisko, a szczególnie Pani Prof. Katarzyny Pietrzak,
Gratuluję Panu Profesorowi tak obszernej wiedzy o ITME i zaangażowania w napisanie tak wyczerpującego zagadnienie artykułu. Szkoda tylko, że jest to prawdopodobnie schyłek działalności tak zasłużonej dla Polskiej Nauki instytucji, którą zniszczyli niekompetentni “mali ludzie”.
Jeżeli moje wyjaśnienia w zakresie prowadzonej przeze mnie w latach 1991-2018 Pracowni przydadzą się do wykorzystania w w/w artykule to proszę z nich skorzystać.
Z poważaniem
Marian Teodorczyk

Zdzisław Jankiewicz

30 stycznia 2021 at 19:11 Odpowiedz

Szanowny Panie Marianie.
Dziękuję bardzo za ciepłe słowa o napisanym artykule o ITME. Jeżeli będzie taka możliwość, przysłane mi informacje wykorzystam. Spędziłem z Wami ładnych parę lat i jestem zobligowany do dobrego zdania o Instytucie i zatrudnionych w nim ludziach. Ciepło Was wspominam. Instytut został zniszczony, co przyjmuję ze smutkiem i niedowierzaniem. To dlatego napisałem ten artykuł.
Panie Marianie. Ja prowadzę stronę internetową, w której artykuł ten zostanie umieszczony. Jeżeli Pan wyrazi zgodę, to w całości Pana list umieszczę jako głos w dyskusji.
Jeżeli jeszcze miałby Pan ochotę coś napisać o instytucie lub naszej w instytucie obecności i współpracy to miejscem na taki wpis jest zakładka DLA PRZYJACIÓŁ. Zapraszam.
Pozdrawiam Z. Jankiewicz

Marian Teodorczyk

30 stycznia 2021 at 19:14 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze,

Zacznę od końca. Oczywiście zgadzam się na opublikowanie mojego listu, aczkolwiek zbyt mało napisałem w nim o zaszczycie jakiego dostąpiłem móc współpracować z Panem w PBZ-ach. Pamiętam też Pana cenne uwagi i wskazówki, a potem Pańską pochlebną recenzję z kierowanego przeze mnie projektu celowego na opracowanie diod laserowych 810 nm mocy optycznej 0.5W w obudowach ∅9. Pańskie cenne uwagi i rady przy kolejnych projektach z dziedziny diod laserowych, zawsze były dla mnie motywacją do dalszej efektywnej pracy. Szkoda, że nie możemy kontynuować wspólnej pracy w ITME w dobrze zgranym zespole z Panem Andrzejem Malągiem, Panią Elżbietą Dąbrowską. Panią Magdą Nakielską i innymi. Ponieważ ja zbliżam się do wieku pozwalającego mi przejść na emeryturę, to z tego prawa skorzystam i nie sądzę abym otrzymał propozycję dalszej pracy w IMIF. Dlatego też pomyślę o jakimś podsumowaniu mojej czterdziestopięcioletniej pracy zawodowej ze szczególnym uwzględnieniem naszej wieloletniej znajomości i współpracy..

Jeszce raz serdecznie pozdrawiam Pana Profesora i Życzę wielu jeszcze lat w dobrym zdrowiu.

Z wyrazami szacunku
Marian Teodorczyk

Andrzej Maląg

4 lutego 2021 at 16:30 Odpowiedz

Myślę, że to bardzo dobrze, że powstaje taka publikacja, niejako podsumowująca pewien kończący się już chyba rozdział w naszej elektronice (kolejny, jak kiedyś polska technika komputerowa, fuzja termojądrowa, polska elektronika użytkowa, niebieska optoelektronika itd., zresztą o niektórych Pan wspomniał). Artykuł oddaje też ‘co cesarskiego’ Dyrektorowi Łuczyńskiemu.
Do tego można by jeszcze dodać, że w ramach PBZ 023 10, z inicjatywy Dyrektora, Prof. B. Mroziewicza i Pana Profesora zorganizowana została Pracownia Laserowa, której zadaniem było projektowanie konstrukcji i technologii oraz charakteryzacja diod laserowych na wszystkich etapach procesu technologicznego. W ramach PBZ pracownia laserowa synchronizowała działania pracowni epitaksji i processingu w celu uzyskania finalnego produktu, jakim były diody laserowe do pompowania optycznego laserów na ciele stałym i do innych zastosowań, np. medycznych. W tym momencie ITME dysponowało całym ciągiem technologicznym od produkcji monokryształów półprzewodnikowych i tlenkowych do laserów na ciele stałym pompowanych optycznie diodami. Było to jedyne takie miejsce w Polsce (i pewnie jedno z niewielu na świecie). Jak to wykorzystano – wiemy.
Pozdrawiam Pana Profesora i życzę sukcesu w podjętym przedsięwzięciu

Zdzisław Jankiewicz

4 lutego 2021 at 16:56 Odpowiedz

Szanowny Panie Doktorze.
Bardzo dziękuję za komentarz. Miło, że Pan dobrze wspomina Program Zamawiany i powstanie zespołu konstruującego diody laserowe. To Pan był jego zasadniczym członkiem i kierownikiem. Powstanie Pana zespołu było jednym z zadań jakie postawiliśmy przed sobą tworząc PBZ i był rezultatem jego realizacji. Napisany artykuł jest pewnego rodzaju protestem na niszczenie instytutu, w którym razem pracowaliśmy. Aby ukazał się w miesięczniku Sprawy Nauki nie może być zbyt obszerny. W wersji pełnej mogę umieścić go jedynie na swoim blogu i właśnie to uczyniłem.
Na moim blogu znajduje się zakładka GOŚCINNA, w której z chęcią zamieszczam wspomnienia osób parających się aktualnie lub wcześniej laserami. Pana wspomnienia z pracy nad laserami półprzewodnikowymi w ITME umieszczę z przyjemnością, jeżeli zachce Pan coś na ten temat napisać.
Z poważaniem Z. Jankiewicz

Henryk Szymczak

6 lutego 2021 at 12:54 Odpowiedz

Zamieszczony tekst prof. dr hab.Zdzisława Jankiewicza to, niewątpliwie, najcenniejszy znany mi tekst opisujący stosunki w nauce polskiej w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat obejmujących zarówno czasy PRL jak i przede wszystkim czasy III Rzeczpospolitej. Druk tego tekstu w “Sprawach Nauki” pozwoli na szerokie upowszechnienie poglądów Autora w środowisku uczonych i polityków i , być może, przyczyni się do “naprawy Rzeczpospolitej” w tej ważnej dziedzinie. W tym komentarzu pragnę ustosunkować się do poruszanej w tekście sprawy Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME) i dyrektora tego Instytutu dr Zygmunta Łuczyńskiego. Sprawy te omawia prof dr hab. Zdzisław Jankiewicz, uczony cieszący się wysokim autorytetem w środowisku zarówno badaczy jak i techników. Według jego oceny, z którą się całkowicie zgadzam gdyż potwierdzają ją liczne rankingi organizacji krajowych i zagranicznych, ITME w okresie dyrektorowania dr Zygmunta Łuczyńskiego należał do najlepszych Instytutów Badawczo-Rozwojowych w Polsce.Rozpatrywana była nawet (rzecz bez precedensu w naszym kraju) sprawa włączenia ITME do grupy instytutów Polskiej Akademii Nauk.Swoją wysoką pozycję ITME zawdzięczał, niewątpliwie, charyzmatycznemu dyrektorowi dr Z. Łuczyńskiemu, który potrafił efektywnie wykorzystać potencjał twórczy tkwiący w załodze ITME, potrafił zabiegać o środki na modernizację urządzeń technologicznych i pomiarowych oraz potrafił nawiązywać korzystne kontakty krajowe i międzynarodowe. Stawiał on przed ITME zadania nowoczesne i ambitne w skali światowej. Nic więc dziwnego, że wielokrotnie wygrywał konkursy na stanowisko dyrektora. Najciekawsza część tekstu prof. dr hab.Zdzisława Jankiewicza dotyczy opisu upadku i degradacji ITME. Nie jest dla mnie jasne kto i dlaczego dążył do degradacji ITME (liczę, że prof. dr hab.Zdzisław Jankiewicza kiedyś podejmie próbę wyjaśnienia tego problemu). Proces ten administratorzy nauki rozpoczęli od pozbawienia dr Zygmunta Łuczyńskiego stanowiska dyrektora i postawienia na jego miejsce różnego rodzaju miernot. W rezultacie wiele perspektywicznych projektów zostało zaniechanych a wielu doskonałych realizatorów tych projektów zmieniło miejsce pracy.Nikt nie został ukarany za doprowadzenie do degradacji jednego z najlepszych instytutów warunkujących postęp techniczny w Polsce Czy są szanse na zmianę tej sytuacji?

Zdzisław Jankiewicz

8 lutego 2021 at 19:49 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze.

Bardzo dziękuję za pochlebną ocenę (zapewne nie w pełni zasłużoną) moich opracowań, w tym o Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych. Nie mniej opinia właśnie ze strony Pana Profesora jest dla mnie bardzo ważna i cenna.
Powracając do meritum zagadnienia, było dla mnie wręcz dziwne, iż instytut ten osiągał tak wysokie oceny i tak wysoko plasował się w rankingach instytucji naukowych. Mam na ten temat wyrobiony pogląd i uzasadnienie. Nie czas i miejsce, by tu je omawiać. Na jedną z nich zwrócił uwagę Pan Profesor – to działalność dyrektora, dr. Zygmunta Łuczyńskiego. Z moich obserwacji wynika, że on nie „dyrektorował instytutowi”, on instytutem i jego sprawami „żył na co dzień”.
Jest jeszcze jedna ważna kwestia, którą Pan Profesor poruszył. Chodzi mi o propozycję włączenia ITME do grona instytutów PAN. Był to, moim zdaniem doskonały pomysł. Znów nie miejsce, by ten problem szerzej uzasadniać. Wspomnę jedynie, że instytut zajmował się zagadnieniami godnymi Akademii. Przykładowo wymienię: grafen, izolatory topologiczne, meta-materiały itp. W tematyce powyższej instytut miał szeroko zakrojoną współpracę z czołowymi, zagranicznymi instytucjami naukowymi. Akademia przyjmując do swego grona instytut zyskiwała jednostkę doskonale wyposażoną w najnowocześniejszą aparaturę technologiczną. Czy trzeba lepszej rekomendacji? Dlaczego tak się nie stało? Zbierając materiały o ITME dotarłem do pisma Prezesa PAN, Pana Prof. Michała Kleibera do dyrektora ITME (do zobaczenia TUTAJ). Wynika z niego, że zagadnienie powyższe było przedmiotem dyskusji i uzgodnień w gronie osób decyzyjnych Akademii. O ile wiem Pan Profesor jako wieloletni dyrektor Instytutu Fizyki PAN, oraz przewodniczący Wydziału Fizyki Akademii był zwolennikiem tego pomysłu. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, na datę (7 kwiecień 2014) i końcowy fragment pisma prof. M. Kleibera:
„Uznano, że włączenie będzie korzystne dla oby stron i należy kontynuować działania na rzecz realizacji tego zamierzenia”.
Zapis ten stanowić może nadzieję dania sensownej odpowiedzi na końcowe pytanie wpisu Pana Profesora: „czy są jeszcze szanse na zmianę tej sytuacji”?
Wydaje się, że są. Mimo że wiele zła już się stało, można ten proces zatrzymać i dokończyć zamiar, którego nie udało się zrealizować przed rozpoczęciem degradacji instytutu. Jest to jednak możliwe przy silnym zaangażowaniu się w to działanie władz Akademii. Wierzę, że jest to możliwe i z tą wiarą chciałbym zwrócić się do wielu znanych mi członków PAN.

Z poważaniem,
Zdzisław Jankiewicz

Andrzej WIśniewski

9 lutego 2021 at 22:44 Odpowiedz

Z historii bezskutecznych walk o uratowanie ITME

W swoim blogu poświęca Pan Profesor sporo uwagi historii nieistniejącego już niestety Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych. Uważam, że warto wspomnieć, że trwająca w ostatnich latach degeneracja ITME budziła duży niepokój w środowisku fizyków warszawskich. W czerwcu 2017 grupa profesorów z Instytutu Fizyki PAN oraz z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego wystosowała list, który został złożony w biurze podawczym MNiSW (do zobaczenia TUTAJ). List ten podpisali trzej członkowie rzeczywiści PAN: profesorowie Tomasz Dietl, Robert R. Gałązka, Henryk Szymczak oraz Jacek Kossut, Tomasz Story i Andrzej Wiśniewski z Instytutu Fizyki PAN, a z Wydziału Fizyki profesorowie Andrzej Golnik, Maria Kamińska, Piotr Kossacki i Michał Nawrocki. Niestety, apel o skuteczną interwencję w sprawie ITME nie odniósł skutku. Instytut o ogromnym potencjale naukowym i technologicznym, wysoko notowany w międzynarodowych rankingach przestał istnieć. Ciągle jest mi się z tym trudno pogodzić.

Prof. dr hab. Andrzej Wiśniewski, Instytut Fizyki PAN

Zdzisław Jankiewicz

10 lutego 2021 at 18:12 Odpowiedz

Szanowni Państwo
Odnośnie komentarza Pana prof. Andrzeja Wiśniewskiego jestem pytany, czy profesorowie fizycy na swoje pismo do dwóch ministrów otrzymali od adresatów odpowiedź. Otóż tak.
Prof. A. Wiśniewski udostępnił mi odpowiedź z kancelarii Min. J. Gowina. Oto ona: KLIK.
Trudno przyjąć, by pismo Panów Profesorów niejasno formułowało problem z jakim zwracają się Panów Ministerstw. Nie można też założyć, że intencja w nim zawarta nie została zrozumiana.
W takim razie do państwa oceny pozostawiam, czy odpowiedź kancelarii MNiSW należy uznać za wymijającą, czy w stosunku do profesorów – fizyków, autorów tego wystąpienia – wybitnie lekceważącą.

Krzysztof Abramski

12 lutego 2021 at 11:34 Odpowiedz

Przygoda z ITME
W roku 2010 Andre Geim i Konstantin Novoselov z University of Manchester dostali Nobla w fizyce „za przełomowe eksperymenty dotyczące dwuwymiarowego grafenu” (for groundbreaking experiments regarding the two-dimensional material graphene”. Grafen stał się magicznym materiałem napędzającym wyobraźnie najprzeróżniejszych wizjonerów. Już w latach 2009-2010 pojawiły się publikacje naukowe wskazujące na niezwykłe optyczne własności dynamiczne grafenu. Tymczasem w gazetach krajowych pojawiła się informacja, że dr Włodzimierz Strupiński z Zespołem opanował w ITME technologię kontrolowanego wytwarzania grafenu. I wtedy zadzwoniłem do dr Strupińskiego prosząc go o próbki grafenu do naszych eksperymentów z laserami światłowodowymi. Skierował mnie do ówczesnego dyrektora ITME dr Zygmunta Łuczyńskiego, który obiecał próbki grafenu jak tylko będą dostępne w większej ilości. Wtedy to moi bardzo młodzi koledzy, dr Jarosław Sotor i dr Grzegorz Soboń „metodą noblowską”, czyli metodą exfoliacji z grafitu uzyskiwali płatki grafenu i przykrywając rdzeń końcówki światłowodu takim płatkiem uzyskali w konfiguracji erbowego światłowodowego lasera spektakularny efekt mode-lockingu, czyli synchronizacji modów. Tłumacząc prościej uzyskali ciąg ultrakrótkich (dziesiątki-setki femtosekund) optycznych impulsów w bliskiej podczerwieni na długości fali 1,5µm To był znakomity wynik. Zademostrowaliśmy ten wynik na urządzonej mini-konferencji poświęconej grafenowi w ITME. Koledzy z ITME dotrzymali słowa i przesłali nam próbki grafenu naniesione na płytki kwarcowe. Ich grafen zachowywał się znakomicie. Dyrektor Zygmunt Łuczyński i profesor Zdzisław Jankiewicz zainicjowali duży program NCBR-owski GRAFTECH. Złożyliśmy aplikację na lasery światłowodowe o ultrakrótkich impulsach w konsorcjum z ITME. Nasz projekt nazwaliśmy ULTRAGRAPH i przyznano nam go. Na bazie tego grantu opracowaliśmy miniaturowy erbowy laser światłowodowy z nasycalnym absorberem grafenowym. ITME opracowało bardzo potrzebną technologię wytwarzania kontrolowanych wielowarstwowych struktur grafenowych potrzebnych do naszych laserów. To był bardzo owocny okres (2011-2015) współpracy z dwoma „zespołami grafenowymi” z ITME – dr Włodzimierza Strupińskiego i dr Ludwiki Lipińskiej z ich bardzo młodymi i entuzjastycznymi kolegami. Dyrektor Łuczyńśki bardzo kibicował naszej współpracy. W ramach ULTRAGRAPH-u organizowaliśmy naukowe spotkania wyjazdowe w fajnej akademickiej atmosferze. Ten człowiek miał kapitalną cechę, potrafił świetnie kojarzyć zespoły badawcze. Z perspektywy Wrocławia wyglądało to bardzo obiecująco. Grant skończył się sukcesem i były naturalne perspektywy kontynuowania współpracy. I nagle jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość z ITME – najpierw odszedł dyrektor Łuczyński, potem odchodzi dr Strupiński, i wszystko się skończyło. Zespół się rozsypał. Stwierdzam za popularnym stwierdzeniem, że bardzo obiecująca perspektywa rozwoju technologii wytwarzania grafenu „jeszcze się na dobre nie zaczęła, a już się skończyła”. Czy to taka nasza właściwość narodowa?

Profesor Krzysztof M. Abramski, Wydział Elektroniki, Politechnika Wrocławska

Zdzisław Jankiewicz

14 lutego 2021 at 15:02 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze, Drogi Krzysztofie
Cieszę się, że zabrałeś głos w sprawie współpracy z ITME oraz przypomniałeś ważne zdarzenie z historii naszych, krajowych badań w zakresie laserów generujących impulsy o femtosekundowych czasach trwania. W kierowanym przez Ciebie zespole na Politechnice Wrocławskiej pierwszy raz w kraju uruchomione zostały lasery z synchronizacją modów przy pomocy grafenowych nieliniowych absorberów.
Ja jednak chcę zwrócić uwagę na inny fakt. Bazując na grafenie z ITME, w krótkim czasie osiągnęliście znaczny postęp w zakresie budowy tych urządzeń i na tyle zadowalający poziom, by myśleć o ich aplikacjach. Miejscem, gdzie lasery femtosekundowe są szczególnie przydatne jako narzędzia mikrochirurgiczne jest okulistyka. W WAT mieliśmy doskonałe, sprawdzone wieloletnią współpracą z Kliniką Okulistyczną Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, stosunki z pracującymi w tej Klinice lekarzami – okulistami. Kierownik Kliniki – prof. Dariusz Kęcik przewidywał możliwość zastosowania tak krótkich impulsów światła w szeregu zabiegach w obrębie gałki ocznej. Był gotów współpracować przy konstrukcji tego typu narzędzi, uczestniczyć w doborze parametrów energetycznych i sprawdzać ich przydatność kliniczną. Z Kliniką kierowaną wcześniej przez prof. Tadeusza Kęcika, a później przez prof. Dariusza Kęcika, współpracowałem przy konstrukcji innych laserowych urządzeń i byłem pewien, że byłaby ona konstruktywna.
Nie był to niestety okres sprzyjający uzyskaniu środków dla tego typu prac. Mimo spełnienia wszystkich warunków technicznych i organizacyjnych, do budowy modelowego okulistycznego narzędzia mikrochirurgicznego z laserem femtosekundowym nie doszło. Obecnie, po czasie sytuacja zdaje się nie polepszać. Nie zamierzam potwierdzać wątpliwości zawartych w ostatnim zdaniu Twego wpisu, „czy taka jest nasza właściwość narodowa”, ale zaprzeczać temu nie mam podstaw.

Z poważaniem,
Zdzisław Jankiewicz

Włodzimierz Strupiński

25 marca 2021 at 17:23 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze,
Z największym zainteresowaniem przeczytałem Pana opowieść „Byłem pracownikiem ITME”. Oprócz tego, że dobrze się czyta, jasny, konsekwentny tekst napisany „lekkim piórem” to jest to rzeczywiście doskonały materiał ilustrujący w sposób rzetelny i prawdziwy rzeczywiste zdarzenia na przestrzeni tamtych lat. Mam może pewien niedosyt. Pomimo pewnej objętości materiału, czego nie odczułem w trakcie czytania, wydaje mi się, że opis ostatnich lat przebiegł bardziej skrótowo niż wcześniejszych. Chętnie poświęciłbym więcej czasu na lekturę opisu fazy „upadku” instytutu z podobną szczegółowością jak to Pan Profesor opisał wcześniej.
Dziękuję w imieniu byłych pracowników ITME za podjęty trud.

Serdeczne pozdrowienia,
Włodzimierz Strupiński

Zdzisław Jankiewicz

25 marca 2021 at 17:24 Odpowiedz

Szanowny Panie Doktorze.
Bardzo dziękuję za zabranie głosu w sprawie mego artkułu o rozwoju i niestety „upadku” instytutu, w którym razem przez pewien okres pracowaliśmy i oczywiście za dobrą, choć pewnie nie koniecznie w pełni zasłużoną, jego ocenę. Odpowiadając żartobliwie na zarzut, że może zbyt mało czasu i miejsca w artykule poświęciłem na okres niszczenia instytutu w porównaniu z okresem jego rozwoju i wzrostu, pragnę zwrócić uwagę, że byłem tym bliski rzeczywistości. Znacznie więcej czasu, energii i pracy całych zespołów ludzkich było trzeba, by z ITME uczynić priorytetowy ośrodek naukowy w kraju oraz zauważony i odpowiednio oceniany za granicą, niż do jego zniszczenia. Niby piszę to żartobliwie, ale wiele w tym prawdy. Jakże łatwo rozpoczął proces niszczenia Instytutu minister Janusz Piechociński swoją decyzją niezatwierdzenia wybranego dyrektora instytutu i obsadzenia na tym stanowisku swojego kandydata. ITME budowany był czterdzieści lat, a zniknął w czasie przeszło dziesięciokrotnie krótszym. Takie to były proporcje.

Moje zadowolenie z zabrania przez Pana głosu w sprawie artykułu ma jednak nieco inny powód. Osobiście widziałem dość zasadniczą różnicę w Nagrodzie Nobla za grafen w porównaniu z innymi odkryciami. Unikatowe własności aplikacyjne mają jednoatomowe płatki węgla – grafenu, jakie naturalnie w przyrodzie występują w mikrometrowych rozmiarach. Nagroda nobla za grafen pojawiła się, gdy rozwój technologii wytwarzania grafenu i zakres jego zastosowań nie były w stopniu dostatecznego zaawansowania. Takie miałem odczucie. Pan zajmował się technologią wzrostu warstw grafenu na różnych podłożach jeszcze przed, w trakcie i długo po wyróżnieniu tego odkrycia. Były też próby zastosowań tych specyficznych warstw. Dla historii ITME i historii rozwoju nauki polskiej jest ważne, czy i ile straciliśmy przez zaniechanie tych prac? Pan, jako jedyny, jest w stanie najpełniej odpowiedzieć na moje i zapewne nie tylko moje, wątpliwości.

Zdzisław Jankiewicz

Byłem pracownikiem ITME Postscriptum – Blog profesora Zdzisława Jankiewicza

19 maja 2021 at 16:32 Odpowiedz

[…] materiał opublikowany na mojej stronie internetowej[1] w artykule: „Byłem pracownikiem ITME” i jego skrót w kolejnych czterech numerach miesięcznika Sprawy Nauki[2] powstał w wyniku […]

Andrzej Bajor

19 czerwca 2021 at 13:48 Odpowiedz

Szanowny Panie Profesorze,

Po przeczytaniu Pańskiego artykułu doszedłem do wniosku, że Pańska „laurka” wystawiona Panu Doktorowi (?) Zygmuntowi Łuczyńskiemu wymaga uzupełnienia, aby wizerunek tego długoletniego Dyrektora ITME był bliższy prawdzie materialnej. Jako długoletni działacz NSZZ „Solidarność” i pracownik nauki niskiego szczebla jednoznacznie stwierdzam, że Pan Łuczyński po 2010r., tj po tym, jak do pracy przybył inż. Zenon Godziejewski, który przez Pana Łuczyńskiego był tytułowany magistrem, sam się zresztą przez kilka lat tym tytułem posługując, stał się wręcz nie do zniesienia. Niespodziewanie, albowiem moi dwaj kuzyni pracowali z Z. Godziejewskim w Konsulacie polskim w Kolonii, wiedziałem, że był albo funkcjonariuszem, albo współpracownikiem PRL-owskiego wywiadu. Praca Konsulatu była tak zorganizowana, że gmach główny, w którym pracowali kuzyni, był oddalony od tzw. „Młyna” (gdzie pracował Z. Godziejewski – zabytkowy młyn zakupiony przez Wywiad PRL od Niemców), gdzie ulokowano Wydział Promocji i Handlu, zresztą quasi-oficjalną komórkę wywiadu praktycznie w każdym państwie. Przez pierwsze miesiące nawet podejrzewałem, że Wywiad RP skierował Z. Godziejewskiego do ITME, aby pilnował Dyr. Łuczyńskiego z uwagi na pewne Jego wady, utrudniające Mu kierowanie Instytutem.

Jako działacz związkowy mogę stwierdzić, że Kodeks Pracy (KP), to dla Dyr. Łuczyńskiego była nieznana lektura. Mnie zresztą osobiście znieważył: gdy w 2010r. szykowano nowy Regulamin Pracy, gdzie m.in. były zapisy o konieczności PISEMNEGO usprawiedliwienia nawet 1-minutowego spóźnienia, na moje protesty wezwał mnie do siebie i stojąc do mnie plecami, a patrząc się w okno zakomunikował „Jak nie przestanie pan bruździć w Instytucie, to wypieprzę pana za bramę nie patrząc się na Kodeks Pracy”. Z uwagi na to, że w stosunku do pracowników potrafił być chamski (do jednego (z zeznania przed sądem), który wszedł z Nim w polemikę powiedział „zamknij mordę”), część, w tym ja, jak ognia unikała z Nim spotkań i „chowała się po pokojach”, jak tylko dostrzegła Go na korytarzu.

Łamiąc wszystkie procedury KP ukarał naganą mgr Krzysztofa Bieńkowskiego, uchyloną w postępowaniu sądowym. Dr Solarską zwolnił dyscyplinarnie z pracy, a uchylając Jego postanowienie w wyroku, SSR Warszawa Żoliborz Krzysztof Markowicz stwierdził, íż „zwalniając Powódkę Dyr. Łuczyński miał pełną świadomość tego, że łamie prawo”. Należy tu zapamiętać, że pewne badania w ITME Dr Solarskiej „wchodziły w paradę” badaczom z Federacji Rosyjskiej (SR).

Po wygraniu przeze mnie we współpracy z por. Dr inż. Jarosławem Młyńczakiem z IOE WAT projektu NCBiR PBS1/B5/16/2012 (tzw. „spinelowy”) stał się wręcz nie do zniesienia: najpierw „nasłał” na Projekt Pana Profesora z zadaniem przejęcia kierowania nim (z czego Pan Profesor się szybko wycofał (aby uniknąć polemiki: Z. Godziejewski zeznał, że mianował Pana „Nadzorcą” w Projekcie, sam Z. Łuczyński, że „Konsultantem, z którego usług nie można było zrezygnować, a ponadto Konsultant miał decydować o wszystkich spornych kwestiach” (to co w Projekcie miałby robić Kierownik ?); po wycofaniu się Pana Profesora mnie, jako jedynemu kierownikowi projektu kazał pisać do siebie comiesięczne sprawozdania z jego realizacji; po dwóch takich, gdy na końcu prosiłem, aby zrezygnował z tej hańbiącej praktyki (formalnie to naruszenie prawa o równości w zatrudnieniu) nakazał dalsze sprawozdania przesyłać Prof. Łukasiewiczowi, a ten je poprawiał (?) Dyrektorowi, w maju 2013r. całemu Zespołowi wstrzymał premię zadaniową, gdyż Prof. Łukasiewicz wysłał raport nie Zygmuntowi Łuczyńskiemu, lecz omyłkowo Zygmuntowi Mierczykowi, w czerwcu 2013r. „nasłał” na Projekt audytora wewnętrznego, a gdy ten nic (złego) w wykonywaniu Projektu nie znalazł, „zaczął chodzić po Instytucie” i za plecami Kierownika Projektu (moimi) wydawać pracownikom polecenia co i jak mają robić, w sierpniu i wrześniu 2013r. wstrzymał w Projekcie odpowiednio 50 % i 100 % premii (nie wypłaconej do dziś – a więc skradzionej */), gdy Projekt osiągnął wtedy największe sukcesy, a ja, jako jeden z 2-ch (po W. Strupińskim) pracowników ITME wygłaszałem referat na sesji plenarnej Konferencji ICCGE-17; 4.12.2013 pod (nieprawdziwym) zarzutem jakoby wszczęcia przeciw mnie w ITME postępowania dyscyplinarnego zwolnił mnie z funkcji Kierownika i na nią powołał ciężko chorego Prof. Łukasiewicza, na co nie miał samoistnych uprawnień.

Efekt: Projekt został świadomie zmarnotrawiony, choć być może z inspiracji osób trzecich. Nie należy zapominać, iż zwierzchnikiem Dyr. Łuczyńskiego był Roman Adamczyk – Dyrektor Departamentu Jednostek Nadzorowanych i Podległych w b. Ministerstwie Gospodarki, tj płk Kontrwywiadu WSW i absolwent Akademii KGB w Moskwie. A podległy Adamczykowi Naczelnik Henryk Nastalski też prawie na pewno był PRL-owskim funkcjonariuszem. Projekt zaś bezpośrednio zagrażał Białorusinom z Mińska (w Mińsku mieszka(ł) Gennadij Gudievskii, brat stryjeczny Z. Godziejewskiego), przynajmniej wtedy światowym monopolistom w wytwarzaniu spinela magnezowego; także FR (Rosjanie z tymi Białorusinami i Szwedami utworzyli spółkę Cobolt AB sprzedającą lasery), a być może i przyszłym celom strategicznym (broń laserowa ? – niezwykła odporność mechaniczna i termiczna spinela).

W czerwcu 2014r. starałem się jeszcze uratować Projekt marnotrawiony przez znajdującego się w stanie przed-agonalnym Prof. Łukasiewicza. Niestety, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pisząc do Ministerstwa Gospodarki piszę faktycznie do funkcjonariuszy PRL-owskiego wywiadu.

Jak na razie przed Sądami z ITME z zaplanowanych 7-8 procesów prowadzę 4 : 0, choć sam jestem własnym pełnomocnikiem. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał ITME przeprosić mnie za bezpodstawne odebranie mi Projektu, którym – zdaniem Sądu – właściwie kierowałem. Nawet wyrzucenie mnie przez Dyr. Łuczyńskiego z pracy w październiku 2014r. Sąd potraktował jako naruszenie KP, lecz na moją rzecz zasądził tylko niewielkie odszkodowanie (jest w apelacji).

Chciałbym na koniec powrócić do terminu (Dr), którym Pan Profesor tytułuje Pana Łuczyńskiego. Nie kwestionując jego kwalifikacji zawodowych, choć kwestionuję moralne, ani tego, że powinien mieć dyplom doktora, wydaje mi się jednak, że jest On magistrem, przynajmniej formalnie. Sam na własne uszy ok. 1994r. słyszałem Jego rozmowę z kolegami przy kawie: jak przychodził do pracy w ITME, to dostarczył Kadrom jedynie zaświadczenie Wydz. Chemii UW o odbyciu obrony rozprawy doktorskiej, gdyż z „dyplomem coś mu zapieprzyli”. W necie tenże chemik uniwersytecki występuje jako specjalista w dziedzinie inżynierii materiałowej. Przed Sądem Z. Łuczyński zeznał, że „nie pamięta kto, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach wręczył Mu dyplom doktora”. A co najważniejsze, z najdrobniejszego papierka z moim podpisem ITME przed sądami czyniło mi zarzuty, choć prawie wszystkie miały treść neutralną. Nie uczyniono mi tylko zarzutu z emaila, jaki (jeszcze przed zwolnieniem) wysłałem Jego Z-com (Z. Godziejewski i A. Jeleński) z informacją, iż moim zdaniem Z. Łuczyński jest magistrem udającym doktora.

Z najlepszymi życzeniami dla Pana Profesora, zwłaszcza za zakwestionowanie przed sądem zeznania Z. Łuczyńskiego, że jakoby Pana zbluzgałem inwektywami.

Andrzej Bajor

*/Tylko ja odzyskałem skradzione premie przed sądem, gdyż inni poszkodowani bali się złożyć pozwy.