| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Bridż

(OKRUCH ten dedykuję znajomym z którymi gram w bridża w Klubie na Korotyńskiego 13.)

Zapewne było to w okolicy roku 1950, chociaż dokładnie nie pamiętam. Mogło też być w 49 lub 51. Przy tytule postawiłem znak zapytania, bo może chodziło nie o grę w bridża , a o preferansa. Różnica niezbyt duża. Też grało się parami (dwie pary) i pełną talią kart. Dziś już nie pamiętam zasad gry w preferansa. Wtedy grałem w obydwie. Częściej w preferansa. Nie ważne. Nie chodzi o grę, a o zdarzenia, które grze towarzyszyły. 

Biorąc pod uwagę daty chodziłem wtedy do Szkoły Ogólnokształcącej w Lipnie. Takie niewielkie, powiatowe miasteczko na Ziemi Dobrzyńskiej – zawsze to podkreślam. Udało mi się i dostałem miejsce w Internacie tego Liceum, co nie zawsze się zdarzało. Ojciec należał do rolników średniorolnych i nie zawsze zdobywałem to upragnione miejsce. Z informacji dodatkowych dodam jeszcze jedną – był to czas bliski Gwiazdki, może listopad, a może już grudzień. 

Przejdźmy do zdarzeń zasadniczych. Pokoje w internacie zasadniczo były dwuosobowe, chociaż mieszkaliśmy po trzech. Tylko dlatego, że czwartego lóżka nijak zmieścić się nie dawało. Ta informacja jest po to, że czwartego do gry należało doprosić. Znalazł się taki, było nawet dwóch i to cały ambaras. Z Adasia zrezygnowaliśmy. Grał nędznie, ponadto niezbyt go lubiliśmy.

W internacie mieszkał także jego kierownik. Wtedy gdzieś wyjechał. „Hulaj dusza piekła nie ma” – wszystko wolno. Nie tylko pograć, ale mieliśmy gdzieś zorganizowaną ćwiartkę zamienioną później na „tatę z mamą”. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że to mieszanina „pół na pół” czystej czerwonej z sokiem wiśniowym. Nie było, gdzie tego wymieszać, więc zrobiliśmy to w naczyniu, w którym normalnie stała woda do picia, a czasem kompot przyniesiony z obiadu. Było tego niewiele, dla nas czterech właściwie tyle co kot napłakał.

            Rozpoczęliśmy grę. Z przeszkodami, bo ciągle przeszkadzał nam Adaś. Niby chciał popatrzeć, ale gadał co kto ma, a podejrzewaliśmy, że interesował się głównie naczyniem z kolorową zawartością. Tego było za dużo. Pod byle pretekstem pozbyliśmy się go, a co najważniejsze zamknęliśmy drzwi na klucz. Myśleliśmy, że mamy spokój. Niestety Adaś zaczął się do nas dobijać. Jakoś nie mógł się domyśleć, że nie jest w tej chwili gościem pożądanym. Początkowo prosiliśmy, by dał nam spokój. Chcemy spokojnie pograć. Po którymś razie naprawdę zdenerwowaliśmy się. W końcu powiedzieliśmy dobitnie Adasiowi, co ma zrobić. Jest taka czynność, którą do znudzenia niedawno powtarzała Marta Lempart dość korpulentna, niezbyt sympatyczna pani. Trudno, by sympatię budził ktoś, kto wielokrotnie powtarza słowo, którego mój laptop rumieni się i nie chce napisać. To życzenie „w…..daj” Adaś usłyszał tyle razy, że powinien w końcu zrozumieć i dać nam spokój. Rzeczywiście zrobiło się cicho, ale później mało ciekawie. Usłyszeliśmy: otwórzcie tu dyrektor. Głos Dyra znaliśmy. Nie było wątpliwości. Nie zdążyliśmy nawet zastanowić się skąd on się tu wziął. Otworzyliśmy – Adasia nie było, dyrektor był. Niestety

            Wpadka była duża, chociaż nie do końca. Dyrektor zainteresował się naczyniem z kolorową zawartością, ale powiedzieliśmy mu, że to kompot. Nawet chcieliśmy dać mu do spróbowania, ale uwierzył, nie chciał. Na szczęście. Nasza wychowawczyni klasy p. Jadwiga Gawrik tylko pokiwała głową. I ty też – powiedziała do mnie. Sprawa zrobiła się głośna. Wszyscy otrzymaliśmy obniżone oceny ze sprawowania, a w czasie wręczania półrocznych ocen pięknie wykonane (ciekawe kto je zrobił) duże, wymiaru pudełka do butów, karty przedstawiające Asy. Każdy dostał swego Asa. 

            W domu się nie przyznałem. Nikt z domu na zebrania do szkoły nie przychodził. Daleko. Nie było takiej potrzeby. Kłopotów z postępami w nauce nie miałem. Mego Asa nie zachowałem. Nie mogłem, bo by się wydało. Teraz trudno mi udowodnić, że to co napisałem to prawda. Ale jest. Na moim Blogu jak na spowiedzi, jest tylko prawda.