| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Wesołe jest życie staruszka?

Staruszkiem stajesz nie wiadomo, kiedy? Pracujesz, biegasz, zabiegasz, zbierasz, wydajesz, budujesz, meblujesz, świętujesz, zwiedzasz, odpoczywasz, śpisz itd., itd., a czas płynie. Płynie w jedną stronę, w dal. Nie wierz tym, którzy teoretyzują, widzą pętle czasowe i płynięcie czasu wstecz. Jeżeli dotąd w naszej czasoprzestrzeni się to nie zdarzyło, małe, a nawet nikłe prawdopodobieństwo, że zdarzy się za twojego życia. Chcę ci uzmysłowić, że prędzej czy później staruszkiem zostaniesz. Najpierw zauważysz, że dzieci ci się dziwnie szybko starzeją. Ostatni dzwonek, gdy stwierdzisz, że starzeją ci się wnuki. Obudź się, jesteś stary. Otoczenie też daje ci o tym znać. Nie powiem pochlebcy, ale życzliwi ci powiadają, że świetnie wyglądasz. Oznacza to, że w twoim wieku można, a nawet powinno się wyglądać gorzej. Mogą ci się kończyć resursy wyznaczone przez władze np.: bycia niepełnosprawnym (napisałem o tym w OKRUCHU „Niepełnosprawny w Warszawie”), ważność dowodu osobistego itp.

            Spójrz na siebie uważnie. Powinieneś zauważyć, przynajmniej ja to zauważam, że podłoga dziwnie się oddaliła. Dawniej była tuż, tuż a teraz jest dalej i stale się oddala. Gdy zostałeś sam (nie zostałeś typowym dla naszego kraju powodem powiększenia grona wdów) tych objawów jest znacznie więcej. Kiedyś nie zauważałem, że mieszkanie nie wiadomo z jakiego powodu zarasta. Ma do tego szczególną inklinację podłoga. Z racji zauważonej wcześniej ucieczki podłogi, walka z tą plagą przerasta nasze możliwości. Można to co prawda pozostawić własnemu biegowi. Jeżeli otwierają się drzwi, nie ma sprawy. Przejdźmy w takim razie do dalszych problemów. 

            Problem następny to posiłki. Tego problemu pominąć nie sposób. Ludzie jedzą zdecydowanie za często. Dawniej tego też nie zauważałem. Może nie za dużo, ale lubię dobrze zjeść i jadłem. Gorzej, że na dodatek lubię jeść posiłki powszechnie uważane za niezdrowe. Pochodzę ze wsi. Tam ludzie ciężko pracowali i jedli tradycyjnie, mięso i to niestety w większości wieprzowe. Co ja zrobię, że przepadam za dobrą domową kaszanką i równie dobrym domowym salcesonem. Po całym kraju poszukuję tzw. modrych klusek z boczkiem i kapustą oraz tych samych klusek z podrobami w czarninie z kaczki. Coraz częściej poszukuję ich na próżno. „Pal sześć” te dawne tradycyjne potrawy z Kujaw czy Kaszub. Jednak dawniej w przysłowiowym Pcimiu Dolnym w knajpie GS można było zamówić sznycel cielęcy z sadzonym jajkiem i dostać go. Spróbujcie zrobić to dziś nawet w renomowanej restauracji w Warszawie. Oczy w słup. Jest w nich za to wybór wielu rodzajów włoskiej pizzy, krewetki, spaghetti, sushi i inne cuda. Skąd się na Boga nagle wzięły. Lubują się w nich moje wnuki. Nic na to nie poradzę i chyba nie chcę. Po prostu nastała inna epoka. Ja pozostanę przy swoim niezdrowym salcesonie i golonce na zimno, mimo że zapewne powiększają mi cholesterol. W weekend jem obiad u sąsiadów: córki i zięcia. Na dodatek dostaję jeszcze „wałówkę” na później. W dniach, gdy córka jada w szkole, a zięć lata w Dęblinie nauczyłem się gotować sobie zupki: rosół, biały barszcz czy żurek. Jak widać daję sobie radę, chociaż gotowania tej ostatniej zupki ze względów politycznych gotów jestem zaprzestać.

            Nowy problem pojawił się ostatnio nagle. Trudno o tym pisać, bo to taki rodzaj problemu bardzo osobistego, nawet intymnego. Po prostu zacząłem podejrzewać, czy na stare lata nie przyjdzie mi poddać się zabiegowi obrzezania? Powinienem być bardziej rozgarnięty i czytać ulotki przyjmowanych leków. Jest to nawet zalecane. Przy każdych pastylkach nawet na przysłowiowe „kichanie” jest przepis o konieczności zapoznania się z załączoną ulotką. Ulotki są często rozmiarów ręcznika kąpielowego i wybaczcie mam nie do pokonania opory w ich czytaniu. Znów odbiegłem od istoty zagadnienia.

   Moje kochane wnuki załatwiły mi wizytę u wziętego kardiologa. Nie będę mu robił reklamy, ale był rzeczywiście „wzięty” chociażby z powodu stawki za konsultacje: 500 zł blisko dwa lata temu. Stosunkowo młody pan profesor medycyny (tak, tak) po zapoznaniu się z zestawem pobieranych leków dołożył mi dwa: forxiga i nonpress. Ten pierwszy jest dość drogi, ale mam się tym nie martwić, gdyż należy mi się za darmo, chociaż tak przepisać go mi może tylko lekarz pierwszego kontaktu. Mogę się od niego tego domagać. Rzeczywiście nie jest tani (grubo powyżej sto złotych jedno opakowanie) i moja lekarz domowy darmo mi go przepisuje. Tu znów nie mogę odmówić sobie dygresji. Jako posunięty w latach senior podobno mam bezpłatne zasadnicze tego wieku leki. Mimo tego w aptece wydaję około, a nawet więcej niż 250 zł na miesiąc. Pewno zbyt dużo zjadam chemii leczniczej lub przepisywane mi leki nie należą do typowych dla senioralnego wieku. Przepraszam, ale ponownie muszę się przywołać do tematu.

            Jak zwykle nie przeczytałem dokładnie załączonej do leku ulotki. Mam na myśli ten pierwszy – forxiga. Jest co czytać, a co ważniejsze rozumieć. Lek wart jest swojej ceny. W części działania niepożądane jest dużo takich, które wymagają natychmiastowe przerwanie jego podawanie i lekarskie konsultacje. Na szczęście u mnie nie wystąpiły. Jest jednak jeden, który powiniem zauważyć. To mógłby być winowajca. Ponieważ nie było przy nim nakazu przerwania podawania leku doszedłem do wniosku, że należy po prostu to niepożądane działanie polubić. 

Niezależnie od tego, lekko przerażony postanowiłem zasięgnąć porady specjalisty. Unaoczniłem mu zagadnienie. Popatrzył, powiedział, że sprawa nie jest beznadziejna, a tak ogólnie to należy myć… Oburzyłem się. Myję się dokumentnie co najmniej dwa razy dziennie, częściej niż wcześniej, gdy nic podobnego mi nie dolegało. Uspokoił mnie. Mam do mycia stosować specjalne mydło Oillan. Można je kupić w aptekach. Rzeczywiście z trudem, ale można. Ponadto, dodał, że należy wietrzyć. Nie mydło, a resztę. Wyobrażacie to sobie? Mieszkam przy ulicy pod lasem. Wietrznie jest tam owszem czasami, ale lasek jest dość często i licznie uczęszczany. Miałem znajomą, która uczenie dowodziła, że „dłużej dołka niż kołka” i powinienem przywyknąć. W rzeczy samej nie ma za bardzo co pokazywać, a może pokazywać nawet trochę wstyd. Zauważyłem, że wcześniej nie wietrzyłem i było OK! Ponownie zostałem uspokojony. To taka przenośnia, metafora. Wcześniej z pewnością wietrzyłem choć może przy innej okazji i nie tak to nazywałem.

Pożegnałem specjalistę sądząc, że wiele więcej się nie dowiem. Zdobyłem mydło i z powodzeniem go stosuję. Odbyta rozmowa w gabinecie dała mi jednak wiele do myślenia. Pamiętam zdanie innej mojej znajomej. Te kobiety. Mało, że piękne, to na dodatek mądre. Tak życiowo. Nie takie przygłupy jak my chłopy. Wydaje mi się, że to co pan doktor uznawał za „wietrzenie” przy okazji, ona nazywała „łapaniem króliczka”. Przyznacie, że ładnie. Górale przy takiej okazji mawiają „też piknie”. Z wiekiem, gdy nie biegasz już dostatecznie szybko „łapanie króliczka” zdaniem tej znajomej można zastąpić „gonieniem króliczka” i wtedy „wilk syty i koza u płota”. Spójrzmy prawdzie w oczy. Posługując się dalej wiejskimi przysłowiami można by stwierdzić, że „nie dla psa kiełbasa”.

            Czy to są już wszystkie „radości” mogące spotykać staruszka? Nie sądzę. Jestem nawet pewny, że nie. Poczekajmy, pojawią się nowe w tym może coś do napisania na bis!