Nie każdy rodzi się lotnikiem
Napisanie tego OKRUCHU obiecałem już dawno przede wszystkim sobie. Jest to jednak wspomnienie o moim przeszywanym (tak się u nas na wsi mówiło) wujku Leonie Powsińskim. On urodził się mało lotnikiem, urodził się pilotem. Należał do ludzi pozytywnie zakręconych. W tym kierunku. Ciocia mojej żony, Maryla żona Leona też w pewnym sensie była w tym kierunku pozytywnie zakręcona. Dwukrotnie wyszła za mąż, dwukrotnie za pilota. Im w rzeczy samej to co teraz piszę jest poświęcone. Nie napisałem, że im dedykuję, ponieważ już dawno odeszli, a ja się tragicznie zestarzałem. Powracam jednak do nich, do wspomnień. Na dobre wspomnienia nigdy nie jest za późno, każdy czas jest dobry.
Nie urodziłem się ani lotnikiem, ani pilotem. Odkąd pamiętam zawsze chciałem być inżynierem. Nie bardzo wiedziałem w jakiej dziedzinie, ale inżynierem. Wojskowym inżynierem zostałem dość przypadkowo, ale zostałem i to elektronikiem. Więcej zacząłem pracować w uczelni, którą ukończyłem Wojskowej Akademii Technicznej. To wtedy ożeniłem się z krewną Maryli Powsińskiej i poznałem zarówno ich jak i ich dzieci. Przyjaźniliśmy się. Już o tym pisałem.
To były lata 50-te i Leon był wtedy zawiadowcą sportowego portu lotniczego na Gocławiu, na dodatek był instruktorem i latał. Polubił mnie (z wzajemnością) i mogłem, gdy tylko chciałem zjawić się na Gocłowskim lotnisku i z wujkiem polatać. Samolot, na którym z nim latałem przypominał słynny rosyjski Kukuruźnik, chociaż może był już budowany w Polsce. Dostawałem od Leona skórkową pilotkę i gogle, bym mógł cokolwiek widzieć i w górę. Niemiłosierny huk silnika i wiatr urywał głowę. Ten samolot nie miał kabiny. Głowa i jeszcze trochę więcej wystawało na zewnątrz. Nie była to dla mnie wyjątkowo atrakcyjna przyjemność. Może większą przyjemnością było machanie drążkiem i tzw. przez pilotów „orczykiem”. Nie wiem, nie próbowałem. Mogłem o to poprosić Leona, ale aż tak bardzo mnie do tego nie ciągnęło. Dlatego może niezbyt często, tak jakbym mógł korzystać, nie jeździłem na Gocław. Z Bemowa było może nieco bliżej niż z Okęcia, ale też nie dużo bliżej.
W zdarzeniu, które chcę przybliżyć z pewnością wirtualnie uczestniczyła ciocia Maryla. Opowiadała jak leciała samolotem rejsowym LOT i żona dwóch pilotów wojskowych zażądała dla siebie miejsca w kabinie (nie wiem czy prawidłowo nazwałem to miejsce, ale wszyscy wiedzą o jakim mówię) pilotów i o dziwo dano jaj tam siedzieć. Pytała Rysi, mojej żony czy kiedykolwiek latała samolotem? Nie możliwe, że nie. Przecież może polatać u Leona. Oni tam mają samoloty dwu i więcej miejscowe i latają. Przy okazji można z nimi polecieć. Leon może to zorganizować. Dla mnie to brzmiało bardziej jak polecenie niż stwierdzenie możliwości. Polecenie dla Leona. Rzeczywiście Leon wyznaczył nam chyba taką sobotę czy niedzielę (nie pamiętam) i zjawiliśmy się u niego na lotnisku. Przedstawił nam nieco młodszego pilota. Dawno to było i może niezbyt dobrze pamiętam, ale nazywał się chyba Dudzik. Samolot, którym latał był niezbyt dużym jednopłatem sportowym. Nazywał się Junak (nazwa też bez gwarancji) i był zdaje się naszej, krajowej produkcji. Kiedyś nawet coś produkowaliśmy.
Pierwsza została zapakowana do kabiny Rysia. Na pytające spojrzenie pilota nasz wujek mruknął coś w rodzaju delikatnie i polecieli. Nie wiem, czy zrobili jedno czy może więcej okrążeń i wylądowali. Pomogłem jej wysiąść z tego wehikułu (należało najpierw wyjść na skrzydło i dopiero ze skrzydła na ziemię), by usłyszeć: już nigdy w życiu. Nie zwróciłem na to większej uwagi pewno z emocji, bo teraz przyszła na mnie kolej. W kabinie było nieco ciszej i można było rozmawiać. Kazał mi się przypiąć – taka zasada – powiedział. Spytał, czy można mnie nieco „pohuśtać”. „Pewno trochę tak” – potwierdziłem i polecieliśmy. Z tego pohuśtania zapamiętałem tzw. fale (najpierw w górę, później w dół i tak na przemian) i skręty, ale tak, że w kierunku skrętu nie znajdowały się nasze głowy, ale podwozie samolotu. Głowy były na zewnątrz. W obydwu przypadkach mogłem się przekonać, że nasz żołądek nie jest dobrze wewnątrz przymocowany i przy tych ewolucjach przemieszcza się, moim zdanie stanowczo za dużo. Nie mniej zniosłem to wszystko dzielnie, bez żadnych sensacji. Pewno podobnego zdania był pilot, który mnie obserwował. Polecieliśmy nieco dalej wzdłuż Wisły. Widoki fantastyczne. Wylądowaliśmy. Zeskoczyłem ze skrzydła i wtedy coś się ze mną zaczęło dziać. Nie mogłem normalnie, pionowo stać. Poprzestawiało mi coś w głowie i świat wirował. Trwało to dość długo, stanowczo za długo, ale minęło bez echa. Wkrótce leciałem z Warszawy do Sofii z międzylądowaniem w Budapeszcie. Leciałem samolotem IŁ14, dość prymitywnym, małym LOT-u samolotem pasażerskim i zjawiska te się nie powtórzyły. Nie powtórzyły się nigdy w czasie moich licznych, nawet długotrwałych późniejszych lotów. Widocznie był to rezultat owego pohuśtania.
Zapytałem się swojej żony, kiedy ewentualnie ponownie wybierzemy się do wujka Leona na Gocław. Reakcja była podobna, jak bezpośrednio po locie. Nigdy w życiu. Za nic. Dlaczego nie wiem?
Później wielokrotnie wyjeżdżałem za granicę na konferencje, na które mogłem ją zabierać. Nieraz, na szczególnie ta organizowane w krajach Związku Radzieckiego byłem zapraszany z żoną. Było to zaznaczane. Też nie dawała się namówić. Muszę się przyznać, zbytnio nie nalegałem. Organizowany były przeważnie specjalny program dla żon. Rysia nie mówiła po rosyjsku. Czułaby się tam źle. To jedno, drugie trzeba by było lecieć samolotem. Ona się po prostu panicznie bała latać. Zdarzył się taki jednak przypadek, że musieliśmy lecieć. Widziałem wtedy jej reakcję. Byliśmy w Bułgarii. Do Bułgarii jeździliśmy wielokrotnie. Przeważnie samochodem. Mieliśmy tam zaprzyjaźnioną rodzinę mieszkającą w Sofii. Także inną mieszkającą w Burgas. Odwiedzaliśmy ich będąc w Bułgarii, oni nas również, gdy przyjeżdżali do Polski. Dopomagali nam w znalezieniu miejsca wypoczynku nad morzem Czarnym. Korzystaliśmy z tych możliwości. Wtedy pojechaliśmy pociągiem do Sofii. Mieliśmy także zaplanowany czas powrotu i wykupione bilety. Z Sofii pojechaliśmy do Burgas i pociąg powrotny z Burgas do Sofii przychodził tak, że nie zdążaliśmy na nasz do Warszawy. Musieliśmy skorzystać z samolotu. Lot z Burgas do Sofii obsługiwany był przez kiepsko wyposażony, kilkuosobowy samolot rosyjski typu An. Pamiętam ten lot ze względu na nią. Kurczowo trzymała się fotela przez całą drogę nie rozmawiając ze mną. Nie miałem wątpliwości, że ma do mnie żal za takie zakończenie tej podróży. W rzeczy samej lepiej było pojechać samochodem. Podróż pociągiem z powrotem częściowo przebiegała przez Ukrainę. Był to czas, gdy w Polsce działała już Solidarność. Gdy na stacji pociąg zatrzymywał się przed każdym wyjściem z wagony pojawiał się „bojec” z bronią i nikt nie mógł z wagonu wyjść, by np. kupić herbatę czy kanapkę. Nie i już. Żadnej dyskusji. Jako żołnierz to rozumiałem (to bez dyskusji) i starałem się innym wytłumaczyć, że z „bojcami” nie ma o czym dyskutować.
Co powoduje, że ludzie boją się podróży samolotem. Jest to dość powszechne. Gdy siedzisz blisko okna, możesz zobaczyć, że pod tobą jest pusto. Nic tylko spaść. Dość deprymujące. Obserwacja skrzydeł też daje do myślenia. Wyraźnie widoczny jest ruch ich końców, szczególnie gdy mijamy jakieś niejednorodności w atmosferze. Gdy podróż rozpoczynała się w Związku Radzieckim (dużo razy zaczynałem w Kijowie lub Moskwie) dziwnym trafem przeważnie siedziałem tak, że pod sobą miałem skrzydło. Z nudów je (skrzydło) obserwowałem. Wibracje powietrza powodowało, że widoczne nity wyraźnie wydawały się obracać. Wiesz, że to nie możliwe, a jednak. Kiedyś leciałem ze znajomym profesorem z Polski i zwróciłem mu na to zjawisko uwagę. Przeraziłem się jego reakcją. Wyraźnie również się bał. W takim razie obawa podróżą samolotem jest powszechniejsza niż by to się mogło wydawać. Statystyki są bardziej łaskawe dla linii lotniczych w porównaniu z koleją czy podróżą samochodami. To nasza wyobraźnia i fakt, że w katastrofach samolotowych praktycznie wszyscy giną, tak na nas oddziałuje.
Prawdą jest jednak, że nie wszyscy rodzimy się lotnikami, a pilotami w szczególności.