| by Zdzisław Jankiewicz | No comments

Nauczyciel

Nauczyciel

            Poniższą opowieść poświęcam Stanisławowi Skorupińskiemu, przed wojną nauczycielowi wiejskiej, czteroklasowej szkoły powszechnej w mojej rodzinnej wsi Grodzeń. Dokładnie rzecz biorąc, poświęcona jest ostatniemu nauczycielowi tej szkoły przed wybuchem II wojny światowej. Winny mu to jestem nie dlatego, że prywatnie był moim teściem. Osobiście niestety nigdy go nie poznałem. Pamiętam jedynie sylwetkę wysokiego mężczyzny w płaszczu z torbą na ramieniu i laską w ręku, idącego widocznym z okna kuchni naszego domu tak zwanym „traktem”, to jest błotnistą opodal drogą. To nauczyciel spieszył ze swego domu stojącego tuż za kościółkiem do szkoły. Brnął przez to błoto prawie kilometr, a właściwie przeskakiwał liczne kałuże. Szkoła znajdowała się bowiem dość daleko za „kopuśnikami”  i za skrzyżowaniem traktu z drogą prowadzącą z Kikoła do Sumina. 

Brat Janek mi go pokazał: 

– Zobacz, gdy pójdziesz do szkoły, będziesz miał z nim do czynienia. Tą laską będzie ci wtłaczał wiedzę do rozumu, jak będziesz źle się uczył – zachęcał mnie do studiowania.

Jest inny powód mojego zainteresowania się postacią grodzeńskiego nauczyciela.

Stanisław Skorupiński wpisał się w historię Grodzenia i dokumentując ją w serii umieszczanej w zakładce SKĄD NASZ RÓD, jego osoby pominąć nie powinienem, nie mogę. Jego losy zakończone tragicznie jak losy tysięcy naszych współobywateli warte są naszej pamięci. Postępując logicznie, rozsądnie i godnie, sam jakby niepostrzeżenie dążył do tragicznego zakończenia swego życia, chociaż tej świadomości mieć nie mógł.            

Chcąc przybliżyć pojawienie się nowego nauczyciela w Grodzeniu, skorzystam ze wspomnień mojego brata[1]:

W 1932 r. mieszkańcy Grodzenia przystąpili do budowy nowej szkoły. Wybudowali ją za własne pieniądze, opodatkowując się po 100 zł od gospodarstwa. Był to budynek drewniany z mieszkaniem dla nauczyciela i dwiema izbami lekcyjnymi. Obok szkoły postawiono świetlicę z cegły, z której korzystały wszystkie organizacje społeczne. Było ich kilka. Działało Kółko Rolnicze, Kasa Stefczyka, Wiejska Organizacja Młodzieżowa – Wici, i najważniejsza – Organizacja Wojskowa „Krakus”. Krakus skupiał przeszło 30 młodych i starszych mężczyzn, z których każdy miał konia i siodło oraz inne wojskowe wyposażenie. Komendantem Krakusów był plutonowy rezerwy Jan Kiełkowski. 

Jako pierwszy nauczyciel do nowej szkoły w Grodzeniu przysłany został młody, zaraz po studium nauczycielskim, kawaler Stanisław Skorupiński. Pochodził z Nieszawy. 

Pana Stanisława Skorupińskiego czekał ten sam los co pozostałych dwóch, wcześniej uczących grodzeńskie dzieci nauczycieli, którzy pożenili się z córkami naszych sąsiadów, Natalią i Pelagią – pannami Mierzwickimi. Państwo Mierzwiccy mieli przecież jeszcze jedną córkę – Zofię. 

Zaloty nie trwały długo. Po paru miesiącach cała okolica usłyszała z ambony zapowiedź z ust proboszcza o zamiarze pobrania się panny Zofii Mierzwickiej i kawalera Stanisława. Wesele było huczne i głośne. Bawiła się cała rodzina i wybrani sąsiedzi. Byli na nim także rodzice Zdzisława Jankiewicza, przyszłego męża ich córki Marii (Rysi – jak wszyscy ją nazywali).

Pan Stanisław otrzymał od państwa Mierzwickich w posagu 6000 zł. W tych latach taką sumą nie każdy, a raczej mało kto, dysponował. Za tę sumę, wliczając w to oszczędności pana Stanisława, małżonkowie Skorupińscy kupili po sąsiedzku małe 3 – hektarowe gospodarstwo i pobudowali nowy, murowany z cegły, dom. Pan Skorupiński kupił także konia, krowę i próbował połączyć dwa zawody – nauczyciela i rolnika. Wkrótce okazało się jednak, że powiedzenie, iż „rolnik śpi, a zboże mu rośnie” niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Musiał jeden z zawodów wykluczyć. Pozostał oczywiście przy zawodzie nauczyciela. Sprzedał inwentarz, a ziemią wypuścił, pobliskiemu sąsiadowi Adamowi Jankiewiczowi, w dzierżawę. Rocznie za dzierżawę otrzymywał 12 korcy (1200 kg) żyta i 12 konnych podwód (wyjazdów). Raz w miesiącu w uzgodnionym terminie podjeżdżała pod dom państwa Skorupińskich furmanka i pani Zofia (czasami z mężem) jechała po zakupy do Lipna lub Kikoła.”

            Tak wrastał p. Stanisław Skorupiński w społeczność Grodzenia, a skąd się pojawił? Pochodził z Kujaw, a konkretnie z niezbyt daleko położonej historycznej miejscowości Nieszawa. W prostej linii z Nieszawy do Grodzenia może nie jest strasznie daleko, ale Nieszawa leży po lewej (przeciwnej do Lipna i Grodzenia) stronie Wisły. Ponieważ najbliżej położone mosty na Wiśle istniały tylko we Włocławku i Toruniu, z jednej miejscowości do drugiej, dojechać nie było znów tak łatwo.

Urodził się w wielodzietnej rodzinie[2]. Rodzice jego, (ojciec Teodor – 1863 ÷ 1933 i matka Antonina z Lewandowskich – 1870 (1) ÷ 1941) mieli dziesięcioro dzieci. Wymieńmy je w kolejności

1. Franciszek (1893 – 1945),                    2.  Władysław (1895 – 1972),

3. Stefania Bełkowska (1897 – 1956), 4.  Marianna Holli, Powsińska (1900 – 1997),

5. Czesława Felusiak (1902 – 1982),        6. Helena Kopeć (1904 – ?),

7. Bronisława Jelonek (1906 – 1995),      8. Stanisław (1908 – 1941),

9. Jan (1910 – 1910),                             10. Zenon (1913 – 2010),

Nie była to rodzina zamożna. Pan Teodor był pisarzem u rejenta. Mieli także niewielki kawałek ziemi wykorzystywany przez panią Antoninę jako przydomowy ogródek warzywny.

Stanisław był ósmym dzieckiem z kolei. Urodził się w 1908 roku. W księdze urodzeń parafii Nieszawa roku 1908, fakt ten został odnotowany pod pozycją 107. 

Fragmenty z księgi urodzeń z roku 1908 w parafii Nieszawa.

Mając przed sobą końcowy fragment księgi urodzeń parafii Nieszawa z tego roku i konkretny zapis dotyczący Skarupińskiego Stanisława Antoniego, nie mogę nie pokusić się o uczynienie pewnych uwag. Jedna z pozoru dość śmieszna natury formalnej. Stanisław został zapisany nie jako SKORUPIŃSKI, a błędnie jako SKARUPIŃSKI. Zapisany tak został jako jedyny członek tej rodziny. Błąd ten został przeniesiony do aktu urodzenia jego córki Marii. Dziwnym trafem gdzie indziej występowała jako Skorupińska. Studiowała jako Skorupińska i ożeniłem się z panną Skorupińską. Ten śmieszny incydent ujawnił się, gdy chciano nadać nam medal za długoletnie pożycie małżeńskie. Długoletnie pożycie małżeńskie było, ale medalu właśnie z powodu tego błędu już nie. Mogliśmy to korygować, ale dla głupiego medalu oboje wtedy darowaliśmy to sobie. Korekta musiała jednak nastąpić. Dokonaliśmy jej wtedy, gdy w dokumentach naszej córki Mai pojawiły się niezgodności. Ile to bałaganu może powstać z powodu zmiany jednej litery w nazwisku.

Dedykując tą opowieść głównie wnukom i prawnukom Stanisława (patrz zakończenie), pragnę zwrócić uwagę na sprawę bardziej ogólną i moim zdanie znacznie bardziej zasadniczą. Otóż dokumenty dotyczące urodzin Stanisława i jego rodzeństwa pisane były cyrylicą. Ziemia Nieszawska to środek rdzennie historycznych ziem Polskich. Na tych ziemiach od prawie tysiąca lat krzewiona była kultura łacińska i taki używany był alfabet. Chcę przekonywać was, młodzi mieszkańcy naszego pięknego kraju, że wprowadzenie na tym terytorium cyrylicy to gwałt na naszej kulturze i naszej państwowości. To coś znacznie więcej niż sposób pisania i nazywania liter. Nieco dalej na zachód pisano je gotykiem. To też było zaprzeczenie naszej państwowości. Wiem, że mogę wywołać u was zniecierpliwienie ciągłym powtarzaniem spraw związanych z życiem waszych dziadków i pradziadków. Jednak nie przestanę, gdyż uważam je również dziś za zasadnicze. „Cud nad Wisłą”, bo wywalczenie przez Polskę niepodległości i odbudowa naszej państwowości w latach 1914 – 1939 można śmiało nazwać cudem, nie musi zdarzać się często. Okres ten można przedłużać do znacznie bliższych nam lat. Zawsze na szczęście istniało wielu rodaków, którzy o tym wiedzieli i pamiętali i wielu ich niestety zginęło. Zawsze też niestety istnieli inni, których nie zaliczylibyśmy do mężów stanu. Na szczęście tych drugich w przeszłości było znacznie mniej. Miejmy zatem nadzieję, że teraz i w przyszłości będzie tak samo.  Dziś trzeba o tym wiedzieć i nie należy, nie można, o tym zapominać.

Przybliżając tą opowieścią sylwetkę Stanisława Skorupińskiego jestem przekonany, że przedstawiam takiego właśnie odpowiedzialnego człowieka. 

Stanisław chyba jako jedyny z dzieci Teodora i Antoniny Skorupińskich zdobył wykształcenie wyższe niż podstawowe. Było to seminarium nauczycielskie, jakie organizowano w II RP celem zabezpieczania kadr nauczycielskich dla szkół przeważnie na wsiach[3]. Był dobrym nauczycielem. Uczył moje starsze rodzeństwo: Jadwigę, Janka i Zosię. Ja nie zdążyłem być jego uczniem; miałem do szkoły pójść 1 września 1939. Zrozumiałe, że nie poszedłem. Dla scharakteryzowania pana Stanisława jako nauczyciela oddam ponownie głos memu bratu.   

Do szkoły w Grodzeniu chodziło około 60 dzieci z naszej i pobliskich wiosek: Janowa, Wolęcina oraz innych, bliżej Grodzenia położonych, gospodarstw. Gdy ja chodziłem do szkoły, było nas 67. Szkoła była 4 – klasowa. Lekcje odbywały się na dwie zmiany. Trzecia i czwarta klasa od godziny 8 do 11, a pierwsza i druga od godziny 11 do 14. Zasadniczymi przedmiotami był język polski, matematyka i historia. Uczył nas także religii, ale wtedy doliczana była dodatkowo jedna godzina lekcyjna  

Dziś nikt nie wyobraża sobie, aby jeden nauczyciel jednocześnie uczył tyle dzieci w czterech oddzielnych klasach. Nauka odbywała się w ten sposób, że jedna klasa miała lekcje głośne, a druga ciche (odrabiała zadane wcześniej ćwiczenia) i na przemian.

Było to możliwe przy  dużym zdyscyplinowaniu uczniów. Nauczyciel utrzymywał rygor jak w wojsku. Dyscyplinę wymuszał, gdy była taka konieczność karami cielesnymi. Żadnemu dziecku nie przyszło na myśl poskarżyć się w domu na nauczyciela, gdyż mógł co najwyżej dostać karę dodatkową od rodziców. Nie było też zwyczaju, by rodzice (częściej matka) biegła do nauczyciela z pretensjami. Nie było też przypadku, by nauczyciel dziecko skrzywdził, chociaż na lekcjach miał z sobą wierzbową witkę i bardziej niegrzecznych obdarzał „łapą” (uderzeniem w otwartą dłoń). Nauczyciel na wsi był bardzo szanowany. Był pierwszym po proboszczu. Proboszcza całowano w rękę, nauczycielowi nisko się kłaniano”.

Rzeczywiście trudno sobie wyobrazić dziś podobne warunki prowadzenia lekcji. Jednak w takich warunkach pracował nauczyciel na naszej i pewno w większości podobnych wsi. Był sam. Bez należytej dyscypliny uczniów nie można wyobrazić sobie jego pracy. Wspomagał go szacunek starszych, całego otoczenia. Na pewno warunki te odbijały się niekorzystnie na sprawności przekazywania dzieciom wiedzy. Z drugiej strony może dobrze byłoby przenieść w dzisiejsze czasy nieco z szacunku, jakim obdarzano wtedy zawód nauczyciela. Odbiłoby się to z pewnością korzystnie na przekazywaniu dziś naszym dzieciom wiedzy. 

Rola wiejskich nauczycieli była ogromna. Większość starszych mieszkańców naszej wioski, równolatków moich rodziców pamiętających jeszcze czasy zaborów, była analfabetami. Zaborcy nie byli zainteresowani rozwojem szkolnictwa na tych terenach. Szczególnie na wsiach analfabetyzm był powszechny. Budowa szkół na wsiach i pośpieszne przygotowywanie dla nich nauczycieli było naczelnym zadaniem młodego, odrodzonego państwa polskiego. Jego przejawem był dekret Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o seminariach nauczycielskich. To nic, że były to szkoły zaledwie czteroklasowe. Jednak były i uczęszczanie do nich dzieci było obowiązkowe. Te dzieci, mimo że była to zaledwie szkoła czteroklasowa, już nie były analfabetami.

Widzę pewną zbieżność naszych, moich i Stanisława, ambicji. To poczucie potrzeby zdobycia wykształcenia i społecznego awansu. Podobnie jak on, ja również z niejakim trudem wyrwałem się z mojego środowiska. Nadrabiając wojenne zapóźnienia, zdobywałem kolejne stopnie w coraz to wyższych szkołach. 

Znałem dobrze jedną z sióstr Stanisława, Mariannę i jej drugiego męża Leona Powsińskiego. Blisko znałem także jej synów: Zbigniewa Holli (najstarszego syna z pierwszego małżeństwa)[4] i Sławomira. Leon był pilotem, zbudował dom na Okęciu w pobliżu lotniska. Tam mieszkali.  Przyjaźniliśmy się i często odwiedzaliśmy się wzajemnie.

Marianna o swoim bracie mówiła ciepło. Był zdolny i ambitny – uważała. Był jednym z trzech jej braci, których zabrały wojny. Pierwszy  Władysław  jeszcze w czasie I wojny światowej trafił na Syberię, skąd już nigdy nie powrócił, a Franciszka i Stanisława straciła w czasie II wojny. Zamordowali ich Niemcy.

Przypuszczać należy, że Stanisław widział w swojej pierwszej pracy (mam na myśli szkołę w Grodzeniu) stabilizację. Jak można najskuteczniej wtopić się w nowe środowiska?

Właśnie tak jak on: ożenić się z miejscową dziewczyną, pobudować dom i mieć dzieci.

W niecałe siedem lat, jakie spędził w Grodzeniu, warunki te spełnił. Z rodzinnego albumu prezentuję zdjęcia tej, w tym momencie na pewno szczęśliwej, rodziny: Stanisława, jego żonę Zofię oraz ich dzieci – Marię i Sławomira.

Maria Skorupińska urodziła się w 1935 roku. Sławomir w 1936. W takim razie ich zdjęcia pochodzą z lat 1938/39. Stanisław Skorupiński miał wtedy 30 lat.

Więcej informacji o Stanisławie dowiedziałem się od Zofii, mojej teściowej.  Lubiła dużo mówić, a o swoim pierwszym małżeństwie w szczególności. Z jej relacji wynikało, że był to anioł. Żony nie tylko słuchał się, ale także słuchał. Gdy wychodził do pracy, a ona nie zdążyła powiedzieć wszystkiego, co zamierzała, prosiła, by wrócił i wysłuchał reszty. Zofia z rozmarzeniem wspominała, że zawsze wracał, by do końca wysłuchać co miała do powiedzenia. Wynikałoby z tego, że nie tyle był aniołem, co zgodnie z powszechnie używaną nazwą zbyt uległych mężów i jak my żartowaliśmy, pantoflarzem. Oszczędźmy mu tej nazwy. Może lubił słuchać młodej żony. Opowieści te zapewne skierowane były do jej drugiego męża, też Stanisława (Majewskiego), a może do mnie. Któż trafi za kobietami?

Niezależnie od intencji, z wszystkich rozmów, jakie przeprowadziłem z ludźmi znającymi osobiście Stanisława Skorupińskiego, wynikało, że był to człowiek prawy i rzetelny. 

Był także żołnierzem. W ramach szkolenia w seminarium nauczycielskim skończył szkołę podchorążych i był mianowany na stopień plutonowego podchorążego.  W takim stopniu w ramach mobilizacji w sierpniu 1939 poszedł na wojnę. O przebiegu jego kampanii wojennej w zasadzie nic nie wiem. Istnieje jednak zapisany epizod, który pozwala domyślić się wielu zdarzeń, jakie wtedy zaszły. 

Kartka z rodzinnego albumu: Rodzina Zofii i Stanisława Skorupińskich krótko przed wybuchem II wojny światowej

Jego najmłodszy brat Zenon w tym samym czasie również został zmobilizowany. Przypadek sprawił, że Zenon Skorupiński skłoniony został do napisania wspomnień, a ja mogłem je przeczytać. Cóż to za przypadek? 

Syn jego siostry Bronisławy, Wiesław Jelonek w latach pięćdziesiątych opuścił kraj i wyemigrował do Szwecji. Teraz można to tak delikatnie nazwać. Faktycznie to opuścił Polskę nielegalnie. Był to czas, gdy takie pojęcie jak legalna emigracja nie istniało. Był sportowcem. Skakał o tyczce. Z wyjazdu na zawody do Szwecji nie powrócił. Pozostał w Szwecji, gdzie się ożenił i praktycznie on i jego troje dzieci mieszkają tam do dziś. Jego jednak ciągnie do kraju. Dziś, gdy jest to możliwe, zachował polskie obywatelstwo i bardzo często do Polski przyjeżdża. Na emeryturze napisał swoje wspomnienia wojenne w formie rozmów ze swoim wnukiem. Mam oczywiście egzemplarz tej książki. Niestety napisana jest po szwedzku. Szczegółami nie mogę służyć, ale to Wiesław Jelonek poprosił wujka Zenona o napisanie wspomnień z czasu jego służby wojskowej i walk w trakcie wojny. Mam kopię wspomnień Zenona. Posłużę się nimi. Wojenne losy obu braci splotły się, bowiem spotkali się na jej szlakach. Nie uprzedzajmy jednak faktów. 

            Zenon Skorupiński odbywał służbę wojskową w czasie od marca 1936 do września 1937 w 65 pułku piechoty w Grudziądzu. Po przeszkoleniu podstawowym skierowany został do szkoły podoficerów dla obsługi RKM i z taką specjalnością otrzymał przydział mobilizacyjny do 14 pułku piechoty we Włocławku. Po odbyciu służby powrócił do Warszawy, do żony (był już żonaty) i uprawianego zawodu – był fryzjerem. 

Rozkaz mobilizacyjny nakazywał mu zgłosić się 1 września 1939 o godz. 7 rano we Włocławku. Rodzinne spotkanie pożegnalne przed wyruszeniem na miejsce zbiórki odbyło się 31 sierpnia w mieszkaniu Maryli Powsińskiej. Żegnani byli Leon Powsiński – pilot i Zenon. Jego żegnał dodatkowo półroczny syn – Ryszard.  Do Włocławka dojechał z kłopotami już po wybuchu wojny. Ich pociąg został ostrzelany przez samoloty niemieckie. Byli zabici i ranni. Punkt zborny nie był w samym Włocławku, a w Szpetalu Górnym, w lesie porastającym wysoki, prawy brzeg Wisły. Tam po raz pierwszy przypadkowo spotkali się Zenon i Stanisław. Nie dostali jednak przydziału do tej samej jednostki. Stracili ponownie kontakt. 

14 pułk, w którym przyszło służyć Zenonowi, został skierowany do obrony Warszawy. Wyjechali tam pociągiem. Pod Kutnem ich pociąg został zbombardowany i dalszą podróż odbywali pieszo. Po drodze stoczyli, jak opisuje Zenon, trzy utarczki (jedna w okolicy Wawra), ale nie na tyle groźne, by ich pułk ucierpiał. Do Warszawy weszli 13 września. Zenon opisuje, że widoczne były już ślady ataków lotniczych. Doszli do Placu Trzech Krzyży, skąd otrzymał od swego dowódcy godzinną przepustkę na odwiedzenie, blisko śródmieście leżącego, miejsca pracy przy ul. Rakowieckiej. Chciał zostawić wiadomość dla rodziny, przede wszystkim żony. Jej jednak już w Warszawie nie było. Wyjechała zaraz po wybuchu wojny do siostry mieszkającej w Chełmnie. 

Jego pułk otrzymał rozkaz obrony fabryki[5] amunicji w Forcie Bema na Woli. Stanowisko obronne obsługi jego CKM-u umieszczone było na dachu fabryki. Jak twierdził, nie było to miejsce najbezpieczniejsze, ale mimo częstych ataków lotnictwa na ten obiekt, przeżył. Miał szczęście. Tylko raz bomba spadła nieopodal, ale nie wybuchła. Opisuje, że ostatnie kilka dni przed kapitulacją atak artyleryjski na miasto trwał praktycznie nieprzerwanie. Ich obrona jednak trwała. Nie mieli znacznych strat, o których by wiedział.

            Obrońcy Warszawy skapitulowali 27 września[6]. Warunki kapitulacji były dość łagodne dla żołnierzy niższych rang. Zgodnie z nimi obrońcy Warszawy złożą broń i udadzą się do obozów przejściowych. Oficerowie zatrzymują białą broń i zostaną odwiezieni do obozów jenieckich (oflagów) wewnątrz Niemiec. Podoficerowie i szeregowcy z obozów przejściowych będą zwalniani do swoich domów. Zenon najpierw znalazł się w obozie w Błoniu, a po kilku dniach przewieziony został do Sochaczewa (25 km od Warszawy). Napisał, że w obozie tym panował głód. Ludność miejscowa przynosiła pod druty jedzenie, nie zawsze smaczne i treściwe, za które jeszcze przeważnie płacili polską walutą. Opisał zdarzenie, że napotkał niemiecką kuchnię polową, a przy niej niemieckiego żołnierza mówiącego po polsku. Nakarmił go kapustą z mięsem i na drogę dał jeszcze porcję do menażki. To wtedy, mając taki majątek, ponownie spotkał brata Stanisława. Nakarmił go i razem znaleźli wspólne legowisko. Było im raźniej. Wiele rozmawiali. Część tych rozmów Zenon opisał w swoim dla Wiesława Jelonka pamiętniku. Korzystam z nich. Dla mojej opowieści są niezwykle ważne.

            Jednostka, do której został skierowany Stanisław, także bez większych trudności dotarła do Warszawy. Bronili się w innej (nie na Woli) dzielnicy i również nie ponieśli znaczących strat. Jego tylko przysypał raz gruz ze zbombardowanej kamienicy. Nie to mnie jednak z tych rozmów szczególnie zainteresowało.

Zawsze dziwiłem się, że Stanisław Skorupiński nie był oficerem. Nauczyciele po skończonym studium nauczycielskim z reguły zostawali podporucznikami rezerwy. Marian Tabaszewski mąż Pelagii (siostry Zofii), nauczyciel szkoły w Grodzeniu bezpośrednio przed przybyciem Skorupińskiego, oficerem rezerwy był. W wojnie brał udział, dostał się do niewoli i w oflagu dotrwał do wyzwolenia. Przeżył okupację.

Przywołując te fakty, chcę zwrócić uwagę na ciąg zdarzeń, które nieuchronnie zbliżały Stanisława do katastrofy. Pierwszym był brak awansu na stopień oficerski. Z opisanych przez Zenona rozmów ze Stanisławem dowiadujemy się, że po skończeniu studium nauczycielskiego po roku powołany został na ćwiczenia, w wyniku których powinien otrzymać awans oficerski. Nie stało się tak jedynie z powodu jakiegoś konfliktu z jednym z zawodowych oficerów funkcyjnych na tych ćwiczeniach. 

 Popatrz – zwierzał się bratu – wtedy byłem na niego wkurzony, a teraz jestem mu za to wdzięczny. Gdybym był oficerem, musiałbym pójść do obozu. Jako podoficer wrócę do domu. Przecież mam żonę i dzieci. Będę mógł o nich zadbać.

To było właśnie drugie zdarzenie zbliżające go do wspomnianej na wstępie katastrofy. Rzadko się zdarzało, że wziętych do niewoli żołnierzy, a szczególnie podoficerów nie umieszczano w obozach jenieckich – stalagach. Wyjątek ten dotyczył obrońców Warszawy. Wspomniany już wcześniej Stanisław Majewski również uczestniczył w walkach obronnych w 1939 r. Jego jednostka dostała się do niewoli w innym rejonie, nie w Warszawie. Trafił do stalagu, a później skierowany został do pracy w jakimś niemieckim warsztacie mechanicznym. Nie tylko przeżył okupację, ale dodatkowo odbył praktykę, która była mu pomocna w dalszym życiu. Pracował w ośrodku maszynowym. Był tam szanowany, gdyż umiał sobie poradzić z każdą nową maszyną, jaka do nich przychodziła. Mawiał do mnie: „W Germanii mieli podobne i nauczyłem się wtedy je obsługiwać”. Znam inny, bardziej znamienny przypadek. Chodzi o podoficera wojsk polskich Jana Kiełkowskiego, przed wybuchem wojny dowódcę organizacji militarnej „Krakus” jednoczącej patriotyczną młodzież (nie tylko, starszych również) z Grodzenia i okolicznych wsi. Przeżył okupację w stalagu. Gdyby był na miejscu, Niemcy zamieszkujący te okolice na pewno postaraliby się wsadzić go do obozu koncentracyjnego, skąd wyjścia nie było. Przyjaźnili się z moim ojcem i kibicował mojej karierze, raczej wojskowej, a nie naukowej.

Wróćmy do Stanisława i Zenona – braci Skorupińskich. Wydano im wtedy przepustki zezwalające na powrót do domów. Przepustki napisane zostały w dwóch językach i opatrzone, jak wyraził się Zenon, niemiecką gapą. Wszyscy, których domy znajdowały się bliżej niż 50 km, mieli tam udać się na pieszo. Mieszkający dalej mogli powrócić specjalnie podstawianymi pociągami. 

Z opowiadań Zenona wiemy, że dostał się do Warszawy, a następnie pojechał do Chełma po żonę Jasię i synka Rysia. Do Warszawy jednak już nie wrócili. Uznali, że w małym mieście łatwiej będzie przeżyć im wojnę. Jego żona miała tam rodzinę. Zakupili zakład fryzjerski i przetrwali nie tylko okupację, ale i resztę swoich dni.

Stanisław czekał na swój pociąg. Z Sochaczewa najprościej było dojechać do Włocławka, a stamtąd do Grodzenia już tylko nie całe 30 km. Do Lipna szosą (ok. 20 km) mogły kursować samochody. Z Lipna do Grodzenia na pewno pieszo. Z rozmów z teściową pamiętam, że chyba szedł pieszo z Włocławka. Być może, choć tego już się nie dowiemy.

Zapamiętałem jednak co innego. To trzecie zdarzenie, które mogło uchronić go przed katastrofą. Mógł próbowaćnie wracać do Grodzenia, a pójść do Warszawy lub dalej pojechać do Chełma z Zenonem albo jeszcze gdzie indziej. To taka teoretyczna możliwość, która wtedy nawet nie mogła przyjść Stanisławowi do głowy. Piszę o tym dlatego, że moja teściowa taki wariant rozpatrywała. Jak się wie, co go czekało w Grodzeniu, można rozpatrywać takie kosmiczne przypadki. Ciekaw jestem, co ona by wtedy powiedziała, gdyby rzeczywiście nie powrócił do domu. Teściowa tak jakby miała w tym względzie żal do Jego siostry Marianny, że go do tego nie nakłaniała. Niesłusznie, bo przecież po wyjściu z obozu w Warszawie już nie był. Odjechał prosto, jak przypuszczam, w kierunku Włocławka. 

Snując dalej, ten teoretyczny scenariusz, zachodzi pytanie, czy takie rozwiązanie w ogóle było możliwe. Wtedy dane jeńcom przepustki nie musiałyby ściśle określać miejsca, gdzie mogli się udać. Musiałby mieć możliwość kontaktu z żoną, a ona móc do niego w inny rejon Polski przyjechać. To ostatnie zapewne było możliwe. Niemcy wysiedlali do Generalnej Guberni mieszkańców rejonów włączonych do Rzeszy. Zbyt dużo tu niewiadomych, by poważnie brać pod uwagę ten scenariusz. Przede wszystkim musiałby znać perfidny zamiar okupanta fizycznej likwidacji polskiego narodu i to, że w rejonach włączonych do Rzeszy, począwszy od inteligencji, zamiar ten rozpocznie realizować natychmiast. Tego nie mógł przewidywać nikt. On został zwolniony przez te same władze okupacyjne, które były w miejscu, do którego zmierzał. Miał tam rodzinę i nowo pobudowany dom. Posiadał „gleit” w postaci wystawionej na jego nazwisko przepustki umożliwiającej dotarcie do nich. Nikt przy zdrowych zmysłach nie planowałby w takich warunkach ucieczki, nie wiadomo, gdzie i dlaczego.

A jednak tam, gdzie zmierzał, czekało na niego realne niebezpieczeństwo. Jak mało trwałe okazało się jego miejsce na ziemi, posiadanie domu i pracy, miało się okazać wkrótce. Dotyczyło to nie tylko jego, ale także jego bliskich.

            Okupant pod pozorem uruchomienia szkolnictwa zorganizował w Lipnie powiatową konferencję dla wszystkich nauczycieli z całego powiatu. Aby nie wzbudzać podejrzeń, wzięli w niej udział także nauczyciele narodowości ukraińskiej (w powiecie lipnowskim było ich kilku). Konferencja odbywała się w dużej sali miejskiego kina[7]. Była tam duża sala odpowiednia dla organizacji takiego zebrania. Budynek kina powstał po odzyskaniu niepodległości kraju w 1918 r. w wyniku przebudowy cerkwi. Wtedy prawosławną cerkiew[8] zaadaptowano na Dom Ludowy. Ze względu na rozmiary przed wojną wyświetlano tam filmy oraz wystawiano sztuki teatralne.  

Gdy chodziłem do lipnowskiego liceum, na frontonie budynku widniał napis Kino – Teatr – Ojczyzna i wyświetlano w nim także filmy. Znajdował się przy ulicy Mickiewicza, dokładnie naprzeciw internatu, w którym czasem, gdy udawało mi się zdobyć miejsce, mieszkałem.  Chodziłem do tego kina, gdy film był znośny, a ja miałem na to pieniądze. Nie zauważyłem jednak, by umieszczono tam chociażby skromną tabliczkę upamiętniającą zdarzenie z końca roku 1939: selekcję i początek procesu mordowania lipnowskich pedagogów. Może jest, ja ze wstydem muszę się przyznać, że jej wtedy nie szukałem.

Przebieg konferencji był typowy, wielokrotnie później powtarzany w wielu miejscach i różnym czasie.

Gestapowcy obstawili drzwi, kazali wyjść i udać się do domów nauczycielom narodowości ukraińskiej, a pozostałych Polaków zapakowano do podstawionych samochodów ciężarowych i wywieziono. Miejscem docelowym okazał się najpierw obóz koncentracyjny w Hohebruch w Prusach Wschodnich, skąd następnie rozwożono ich do różnych obozów: Dachau, Mauthausen – Guzen, Sachsenhausen i Buchenwald.

Gdzie trafił Stanisław, tak dokładnie nie wiadomo. Teściowa, chociaż wiele o swoim mężu mówiła, chyba nie wspominała, by z obozu pisał do niej listy. W 1941 roku otrzymała tylko wiadomość, że zmarł na zapalenie płuc właśnie w Mauthausen. Dziwnie większość tego typu zawiadomień wymieniało ten rodzaj śmierci. Jakaś epidemia.

Napis na nagrobku rodziny Mierzwickich o zamordowaniu Stanisława Skorupińskiego w obozie zagłady w Mauthausen.

Skąd wątpliwości co do miejsca jego śmierci? Wnukowie Stanisława, Krzysztof Jankiewicz i Jarosław Skorupiński odwiedzili po wielu latach obóz koncentracyjny w Mauthausen i w spisie ofiar tego obozu nazwiska swojego dziadka nie znaleźli. Gdzie i w jakich okolicznościach zginął, ostatecznie nie wiadomo?  

Nie ma też, jak wiele ofiar tej wojny, swojej mogiły. Nie mamy możliwości zapalenia na jego grobie znicza i odmówienia najprostszej modlitwy. Za to istnieją aż dwie mogiły symboliczne. Jedna na cmentarzu przy kościele parafialnym w Kikole. Na grobowcu rodziny Mierzwickich, który odbudowaliśmy z Marią, znajduje się wpis o śmierci, a właściwie zamordowaniu w 1941 roku męża Zofii – Stanisława. 

Druga na cmentarzu w Nieszawie. Na nagrobku rodziców Stanisława dodatkowo wyryto napis o jego zamordowaniu w niemieckich katowniach. Jego wiek został tu zapisany pomyłkowo. W rzeczywistości miał 33 lata. Żadna różnica. Obie liczby świadczą o tym, że zadana mu śmierć jest pogwałceniem wszelkich norm humanitarnych. Miał, jak to się popularnie mówi, całe życie przed sobą.

            Stanisław Skorupiński ma również oficjalne upamiętnienie. To wpis na tablicy umieszczonej w przewidzianym do tego celu miejscu w parku Lipnowskim. 

Zamieszczona tam tablica wymienia 60 nauczycieli lipnowskiego powiatu, którzy zginęli w hitlerowskich obozach śmierci lub polegli w walkach z okupantem w latach 1939 – 1945. Tablica została ufundowana w hołdzie ich ofiary 1 września 1968 r. przez kolegów – ówczesnych nauczycieli Lipna i powiatu lipnowskiego. 

            Dlaczego ich to spotkało? Dlaczego musieli zginąć? Tu nie było przypadku. Wszystko zostało z góry zaplanowane i z żelazną konsekwencją realizowane. Ziemie polskie przylegające do granic Niemiec i Prus Wschodnich, a więc Śląsk, Wielkopolska, Pomorze, Kujawy, Ziemia Dobrzyńska i znacząca część Mazowsza włącznie z Płockiem, zostały włączone do Rzeszy. Z reszty naszego kraju utworzono tzw. Generalną Gubernię ze stolicą i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka w Krakowie.  


Fragment nagrobka rodziców Stanisława Skorupińskiego na cmentarzu w Nieszawie
z wpisem o zamordowaniu Stanisława w niemieckim obozie zagłady w 1941 r.

Tereny włączone do Rzeszy miały być w trybie pilnym wynarodowione z ludności polskiej i zgermanizowane. W tej działalności mieli nasi okupanci wieloletnią praktykę w czasie zaborów i jednocześnie wiedzę o nikłej kiedyś skuteczności tego procesu. Nie chcieli popełnić wcześniejszych błędów, a skuteczność działania poprawić. Zgodnie z przyjętą koncepcją należało w pierwszym rzędzie usunąć z tych terenów polskich propaństwowych, patriotycznych działaczy, katolicki kler oraz inteligencję. Wszystkich, którzy mogli oddziaływać na resztę polskiego społeczeństwa. Usunięcie oznaczało niestety likwidację fizyczną.  

Stanisław Skorupiński, nauczyciel czteroklasowej szkoły w małej wsi Grodzeń, został w ten sposób zaliczony do grona osób zagrażających interesom III Rzeszy i z tego powodu miał zginąć – i zginął.  Był pod ręką. Spieszył się spod Warszawy do domu i rodziny. Ledwo zdążył, by zginąć. Nie pomógł bliskim. Ich los był także już zaplanowany. Jak?

Z niemiecką systematycznością organizowana została niemiecka administracje na zajętych terenach. Prym wiedli od wielu lat osiedli na tych terenach niemieccy osadnicy. Pomarenko, Racław, członkowie klanu Wycke, to nazwiska osób, którzy przywdziawszy mundury w kolorze czarnym lub żółtym, szerzyli przemoc i strach wśród okolicznych mieszkańców tych ziem. Wspomagali ich przybysze z większych miast – Gdańska, Torunia.

Właśnie z Torunia został przysłany do majątku w Ciełuchowie urzędnik – jak mówiono – buchalter, folksdojcz Tomaszewski. Mówił dobrze po polsku (po niemiecku pewno też). Nadawał się na urzędnika w folwarku, gdzie większość pracowników była Polakami.   

Nauczycielom pow. lipnowskiego zamordowanym w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i poległym w walce z okupantem w latach 1939 – 1945

            Pracownicy byli potrzebni i w folwarku, i u okolicznych Niemców, którzy błyskawicznie powiększali swoje posiadłości, zabierając dobytek polskim sąsiadom. Buchalter Tomaszewski miał rodzinę – żonę i córkę i pilnie potrzebował mieszkania. Rozwiązanie narzucało się samo. Pomysłodawcą, jak powszechnie mniemano, był Racław, osadnik niemiecki, którego gospodarstwo co prawda znajdowało się we wsi Ciełuchowo, ale przy granicy z Grodzeniem. Zresztą po zabraniu i przyłączeniu do swojej ziemię swego sąsiada Ludwika Fosa stał się już mieszkańcem naszej wioski. Miał w jej sprawach wiele do powiedzenia. Będąc w dobrych stosunkach z nowym właścicielem majątku w Cieluchowie, praktycznie rządził całą okolicą. 

W Grodzeniu poza naszym sąsiadem Julianem Peplau nie było osadników niemieckich. Ten zaś nie należał do szanowanych gospodarzy również przez mieszkających tu Niemców. Racław nie miał konkurencji i przeciwników przy realizacji swoich zamiarów. Pomysłów, o czym jeszcze w tej opowieści się okaże, miał wiele.

Z Grodzenia do majątku w Ciełuchowie nie było znów tak daleko, by nie można było dowozić buchaltera do pracy, a w Grodzeniu przy trakcie stał nowo wybudowany dom byłego nauczyciela. Mieszkała w nim co prawda jego żona z dziećmi, ale nie była to ważna przeszkoda. Można było ją przecież przenieść do matki. Jej gospodarstwo i dom było po sąsiedzku w odległości kilkuset metrów. Trudno nie skorzystać z takiej okazji, tak racjonalnego rozwiązania. Osoba, której najbardziej to dotyczyło, nie miała tu nic do powiedzenia. W ten prosty sposób Zofia Skorupińska wraz z dziećmi musiała opuścić swój dom i przeniesiona została do wyznaczonego jej pokoiku w domu swojej matki, a folksdojcz Tomaszewski wprowadził się wraz z rodziną do już opuszczonego nowego domu jej i wywiezionego do obozu koncentracyjnego męża.

Przypomnijmy, jak on cieszył się, że nie został oficerem, że może powrócić do domu i zająć się rodziną. Spieszył się nawet z powrotem. Nic nie było mu dane. Los jego, jego majątku i jego rodziny był przesądzony. Wkrótce, w 1941 roku, zjawili się w naszej okolicy osadnicy niemieccy z Rumunii. Nazywano ich Besarabami. Dla nich przeznaczano gospodarstwa rolne zabierane Polakom. Nasza sąsiadka Antonina Mierzwicka z dwiema córkami Pelagią i Zofią oraz ich dziećmi (jej mąż Antoni już nie żył, a synowie zostali wywiezieni do pracy chyba w Prusach Wschodnich) w trybie nagłym, nocą musiały opuścić swoje domostwo i oddać je wraz z pozostałym dobytkiem i ziemią przybyszom z Besarabii.  Ci na dodatek otrzymywali polskich parobków, którzy mieli za zadanie uczyć ich metod uprawy roli. W ten sposób moja siostra Jadwiga trafiła do nich do pracy. Wysiedlani Polacy byli, w zależności od znanych jedynie władzom okupacyjnym kryteriów, wywożeni w głąb Niemiec lub na inne tereny zajętej Polski, w tym nawet do Generalnej Guberni. Panie Mierzwickie wywiezione zostały w okolice Wąbrzeźna. Mało wiem o tym okresie ich życia. Teściowa, gdy rozmowa dotykała tego czasu, przeważnie płakała.

            Folksdojcz Tomaszewski nie za długo zamieszkiwał dom Skorupińskich. Racław, organizator porządków w mojej wsi, miał w stosunku do niego inne zamiary. Wynalazł (wysiedlił właściciela) dom blisko leżący Pałacu w Ciełuchowie (miejscu pracy buchaltera) i przeniósł go do niego. Dom Skorupińskich rozebrał, przeniósł na swoją działkę i zamieszkał w nim. Długo jeszcze po wojnie za kościółkiem widoczne były fundamenty rozebranego domu, betonowa płyta sklepienia i piwniczne schody. To była solidna konstrukcja, nie tak łatwa do rozbiórki. 

Opowiadano, że gdy w styczniu 1945 przyszło uciekać naszym niemieckim sąsiadom, żona Racława z płaczem obejmowała i tuliła się do opuszczanego nowego domu. Zrozumiałe, tyle trudu kosztowało ich jego zdobycie i wybudowanie. Było czego żałować.

            Za to Zofia Skorupińska, zanim dotarła po przejściu frontu do Grodzenia, mogła co najwyżej zobaczyć wspomniane wyżej fundamenty. Gospodarstwa po Niemcach szybko znajdowały chętnych i były natychmiast przydzielane przeważnie bezrolnym miejscowym Polakom. Gospodarstwo Racława było już zadysponowane i oczywiście nowy jego dom został już zamieszkały. Trudna do wyobrażenia jest gehenna, jaką przeżyła wdowa po nauczycielu, by odzyskać swoją własność. Szczęśliwie Racław nie zdążył rozebrać starego domu. Jeszcze stał, ale kto chciałby opuścić nowy dom i przenieść się do starej rudery. Nowy właściciel gospodarstwa po Racławie nie chciał. Postępek Racława, a właściwie polityka władz okupacyjnych powodowała w przyszłości takie konflikty. Zofia nie była w stanie ponownie przenieść domu do pierwotnego położenia. Musiała wywalczyć nie tylko dom, ale wyłączyć i otrzymać na własność niewielką działkę z byłej ziemi Racława, na której stał dom i zapewniony był do niego dojazd. Stary i nowy dom Racława (co zrozumiałe) stały w sąsiedztwie, blisko siebie. Teraz od traktu do tych domów prowadziły równoległe dwie drogi. Śmieszne, ale prawdziwe. Wiem o tym. Zaglądałem tam w latach pięćdziesiątych do mojej przyszłej żony, a później przyjeżdżaliśmy do teściowej, zanim nie zbudowali innego domu i nie przenieśli się do Kikoła. 

Muszę przyznać, że Stanisław z zaświatów wspomagał bliskich. Myślę, że wspierał moją teściową po wojnie w jej bojach o odzyskanie ich własności. Stała się przebojową kobietą, a jej argumentacja, że jest wdową po zamordowanym w obozie koncentracyjnym nauczycielu, była nie do odrzucenia. Może nie otwierała jej na oścież drzwi urzędów, ale nie pozwalała ich zamknąć. Walczyła jak lwica i zwyciężała. Resztę swoich dni spędziła już w lepszych warunkach, w dość dużym i wygodnym domu zbudowanym w Kikole. Stanisław, drugi jej mąż, zapewne w jej mniemaniu już nie był aniołem. Moim zdaniem był bardzo przyzwoitym, pracowitym i dobrym człowiekiem.  Zosi i jej dzieciom nieba gotów był przybliżyć.  

Wypada mi zakończyć opowieść o ostatnim przedwojennym nauczycielu Grodzenia. Dlaczego ją pisałem? Mogę podać wiele powodów. Pisałem ją przede wszystkim dla siebie. Zobowiązania takiego nigdy nie podejmowałem, ale czułem taką powinność. 

Dzieci Stanisława już odeszły. Sławomir wcześniej, Maria już przeszło rok temu, w październiku 2019. Żyją jeszcze jego wnuki i kilkoro prawnucząt. To im, jego wnukom i prawnukom chcę tę opowieść zadedykować. Może przybliży im sylwetkę ich dziadka i pradziadka. Chciałbym, by tak się stało. Jego życie, chociaż krótkie i tragicznie zakończone, było godne. Dobrze, by o tym pamiętali. Gdybym mógł, nałożyłbym na nich obowiązek wyjaśnienia, gdzie i w jaki sposób zginął. Niemcy w swojej perfidnej systematyczności pewnie gdzieś to odnotowali. Może można do tych informacji dotrzeć.

Pozostaje jeszcze moja ulubiona wieś – Grodzeń. Często mówię, że jest to taki kąt z dzieciństwa, którego się nigdy nie zapomina. To tam, choć tak krótko, to jednak skutecznie wrastał w miejscową społeczność – nauczyciel Stanisław Skorupiński. 

Chciałbym zwrócić się do młodych mieszkańców Grodzenia. Waszym dziadkom i pradziadkom nauczyciel Stanisław Skorupiński nie tylko przekazywał wiedzę, on uczył ich patriotyzmu, bycia Polakami, a to w oczach okupanta nie mogło mu ujść bezkarnie. Dlatego zginął, ale i dlatego wart jest waszej pamięci. Nie ma i pewno w najbliższej przyszłości nie będzie w Grodzeniu szkoły. Buduje się jednak inne obiekty użyteczności publicznej – ośrodki sportowe, świetlice, domy kultury, biblioteki itp. Nadaje im się nazwy, patronów. Macie gotową propozycję, przecież jednego spośród was. Możecie w taki sposób uczcić jego imię i przekazać je pamięci potomnym.

                                                                             Zdzisław Jankiewicz, luty 2021 r.  


[1] Zachęcam do przeczytania wcześniejszych tekstów Zakładki SKĄD NASZ RÓD.

[2] Wszystkie informacje o rodzicach Stanisława zawdzięczam ich prawnuczce p. Ewie Kiesiewicz – Nowakowskiej, wnuczce siostry Stanisława Bronisławy Jelonek.

[3] Zostały utworzone dekretem Naczelnika Państwa z 7 lutego 1919 i w szybkim czasie dostarczały absolwentów tworzących kadrę dla rozwoju szkolnictwa podstawowego, wtedy zwanego powszechnym.

[4] Pierwszy mąż Marianny – Holli, przybyły do Polski z armią Hallera, również był pilotem. Zginął śmiercią lotnika

[5] Jeżeli był to Fort Bema na Woli, to raczej był tam magazyn a nie fabryka amunicji.

[6] Taką datę podał w swoim pamiętniku Zenon. Oficjalna data podpisania kapitulacji to 28 września.

[7] Mogę się mylić. Znalazłem informację, że zebranie to miało miejsce w siedzibie Banku Spółdzielczego. Pozostanę jednak przy swojej ugruntowanej przez lata informacji.

[8] W latach 1896 – 1914 w Lipnie stacjonował pułk wojsk rosyjskich oraz znaczna liczba rosyjskich urzędników wojskowych i cywilnych oraz ich rodzin. Dla nich wybudowano w mieście między innymi cerkiew prawosławną.